ZYGMUNT BARCZYK: Nafplio, grecka stolica zakochanych

Nafplio to najpiękniejsze greckie miasto, wyróżniające się elegancją i barwnością. Czaruje pastelowymi fasadami okazałych mansjonów, neoklasycystycznych kamienic, tureckich domów. Zatopione w kwieciu, szczególną atencję okazuje bugenwilli, której pnącza wija się są niemal wszędzie. Mimo wielu tureckich elementów zabudowy, budzi skojarzenia z atmosferą włoskich miasteczek. Będąc dziś weekendową przystanią dla oddalonych o 2 godziny jazdy autem przybyszów z Aten, lansowane jest jako grecka stolica zakochanych.

„Włoskość” Nafplio ma, rzecz jasna, odcisk wenecki. Nazywane było Napoli di Romania. Zabudowa miasta wzięta jest w ryzy regularnej kratownicy, ulice przecinają się pod katem prostym. Domy i dziś nie mogą być wyższe niż na trzy piętra, dba się o harmonię całości. Kiedy miasto zaczęło się wspinać na ochraniające je zbocze, zbudowano ulice w formie długich i stromych schodów, wokół ktorych postawiono szereg zgrabnych mansjonów (będących dziś w większości pensjonatami). Odtąd Nafplio może służyć za wzorzec malowniczości. Trzeba się tylko nieźle namęczyć, by dotrzeć do najwyższych domostw.

Z racji strategicznego położenia, od zarania dziejów było ważnym portem na Morzu Egejskim. Dostając się na początku XII wieku pod władze krzyżowców, przechodziło następnie z rąk do rąk, stając się łupem kolejnych zdobywców. Pod koniec XIV wieku przechodzi w ręce Wenecjan, by, odbite przez Turków w XVI wieku, znaleźć się w obrębie państwa osmańskiego. Na przełomie XVII i XVIII wieku staje się na powrót grodem weneckim, by, po odzyskaniu przez Grecję niepodległości, zostać w latach 1823-1834 pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego.

Na strategiczne położenie i znaczenie miasta w długiej historii wskazuje i to, że znajdują się tam aż trzy twierdze obronne. Pierwsza na wzgórzu, widoczna z daleka, to imponująca fortyfikacja kompleksu Palamidi. Druga to, ulokowana nad starówką, na grzbiecie półwyspu wcinającego się w zatokę, otoczona długimi murami obronnymi Akronafplia. Zaś na mikroskopijnej wysepce u wrót zatoki, słynna warowania Bourtzi.

Wspinając się po 999 schodach na szczyt góry ( można z przeciwnej strony zbocza podjechać autem), spojrzeć można na okolicę z wysokości  „najmocniejszego zamku świata”. Tak nazwali Wenecjanie złożone z siedmiu niezależnych fortec Palamidi, którego nikomu nie udało się zdobyć walką. Zdobyte zostało w wyniku zdrady, kiedy Turcy, po porwaniu jednego z inżynierów weneckich, poznając plan fortyfikacji, zniszczyli armaty, wypędzając następnie Wenecjan z miasta. W identyczny sposób odbili Palamidi Turkom powstańcy greccy, wyzwalając zachowane  w dobrym stanie miasto i ustanawiając tam stolicę z parlamentem w budynku byłego meczetu. Ateny były w owym czasie lichym miastem, zrujnowanym przez tureckich okupantów.

Nafplio jest symbolem narodzin Nowej Grecji, Palamidi zaś symbolem tego, co formuje jej tożsamość. W twierdzy tej więziony był Theodoros Kolokotronis, legendarny przywódca powstania narodowego. Warto wspiąć się na wzgórze nie tylko ze względu na moc symbolu. Z wysokości strzelnic rozpościera się zachwycający widok na Cały Ten Błękit Świata. W dole szafirowy szal morza, na przeciwległym brzegu zatoki pasma łańcuchów górskich. Te bliższe odcinają się szafirem zboczy od pasm dalszych, odchodzących, okrytych modrą tonią, coraz bledszą, przechodzącą w bladoniebieską siność przy linii horyzontu. Świat wyczarowany wyłącznie z odmian błękitu. Misterium. Można się w tym zatracić.

Szybko zatem w dół, do ludzi, do tawern i kafejek głośnych, romantycznych zaułków, których tu moc, butików z sztuką i rzemiosłem, ulic udekorowanych kwieciem dorodnym, pasaży spacerowych wokół zbocza nad zatoką, ze wspaniałymi okazami kaktusów, drzewa morwowego i cytrynowego. I dalej ku przystani, w stronę jaśniejącego w słońcu placu Philellion, do którego wciąż przybijają stateczki. Obok, mój ulubiony kościół: Panagia Theotokos. W środku, pośród ikon i obrazów świętych, majestatyczna cisza kontrastująca z gwarem kafejek i ulic dochodzącym z zewnątrz.

Trudno nie wspomnieć Syntagmy, centralnego placu starego Nafplio, urzekającego harmonią proporcji. Jestem tam na początku kwietnia. Plac skąpany w słońcu, miłe 25 stopni ciepła w samo południe, ogródki restauracyjne na placu już czynne. Na stoliku puchar piwa (rytualny Mythos), do tego talerzyk mezy. Miejscowi ubrani ciepło, w ciemnych kurtkach, z szacunkiem dla kalendarza, toż to początek wiosny. Starsi Grecy odziani elegancko, acz obuwie wygodne, by dało się chodzić po stromych schodach uliczek. Obok nich zagraniczni turyści, w przewiewnych strojach, jakby byli w drodze na plażę.

Pamiętam Syntagmę w sierpniu. Skwar nie pozwala na wejście na rozpłomieniony słońcem plac. Krople potu spływają po twarzy od samego wirowania myśli w głowie. Stoję w oknie pensjonatu ulokowanego na zboczu, spoglądam na miasto w dole. Jak wielu innych, czekam na zachód słońca ( który sam w sobie jest poematem, który podziwiam z okna). Wreszcie ściemnia się. Dyskretne lampy oświetlają plac i uliczki. Ożywają knajpki. Kelnerzy kładą papierowe obrusy na stoliki, schodzą się koty oczekujące kulinarnych atrakcji. Wraz z atłasowym cieniem, wkraczają na plac ludzie. W ciągu kwadransa, drgająca cisza spiekoty ustępuje miejsca radosnemu zgiełkowi wieczora. Na Syntagmę zdają się ściągać wszyscy. Grupki młodych, przytulone do siebie pary, starsi, dzieci. Jedni stoją, inni spacerują wzdłuż i wszerz placu, między nimi dzieci na rowerkach, chłopcy grający w piłkę, która raz po raz wpada między stoliki. Są i spacerowicze na wózkach inwalidzkich. Po chwili, ogródki knajpiane już pełne, plac zamienia się w gromkie party. Śmigają w niebo kolorowe ptaszki produkowane Chinach. Są też turyści, rozpoznawalni łatwo w swoich „naokołoplażowych” szmaciakach. Z różnych stron dobiega muzyka, z wysokości mojego okna to tylko kakofonia. Aksamit wieczora zdołał już okryć całe miasto, rwetes więc spory. Twarz chłodzi miły zefirek, w ręku szklanka pełna ouzo. Zostaję w oknie, by pogapić się na świat, który, po odejściu słonecznego najeźdźcy, oddycha pełna piersią. Pojawiły się eleganckie panie i eleganccy panowie. Pewnikiem zjechali z Aten. Czas rozpocząć  romantyczny weekend w Nafplio.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar