WYWIADY: Na miarę Szwecji

Zbyszek Bizoń. Muzyk, kompozytor. Urodził się 30 marca 1940 roku w Bielsku Białej. Przygodę z muzyką rozpoczął już w dzieciństwie, ucząc się gry na skrzypcach; uczęszczał do liceów muzycznych w Bielsku-Białej i Katowicach, ostatecznie ukończył Średnią Szkołę Muzyczną w Łodzi. W latach 60. XX wieku współpracował z czołowymi polskimi zespołami big beatowymi – najpierw krótko z Niebiesko-Czarnymi (w roku 1962), a potem przez kilka lat (1962-1965) jako instrumentalista i kompozytor, a później kierownik muzyczny – z zespołem Czerwono-Czarni. Z grupą tą wiele koncertował w kraju i za granicą (głównie dla Polonii w USA). Po rozstaniu z Czerwono-Czarnymi zajmował się komponowaniem muzyki teatralnej. Współpracował z warszawskim Teatrem Syrena. Jego dziełem jest m.in. muzyka do programu Bujajmy wśród gwiazd. Kolejnym zespołem, z którym się związał była grupa Tajfuny. Został jej kierownikiem muzycznym i saksofonistą. Stało się to w marcu 1965 roku. Trzy lata później w roku 1968 m.in. z muzyków tego zespołu utworzył własną grupę, nadając jej nazwę Bizony.

ZBYSZEK BIZOŃ: — Poważnie zająłem się muzyką, gdy przeprowadziłem się do Katowic. Graliśmy muzykę jazzową w klubach, później znalazłem się w Łodzi i tam zacząłem grać w klubie „Pod Siódemkami”. Jazz oczywiście, nawet mieliśmy kiedyś koncert w filharmonii z Urbaniakiem. W międzyczasie poznawałem coraz więcej muzyków, ludzi z branży. Znalazłem się w Sopocie i tam dowiedziałem się, że Czerwono-Czarni poszukują saksofonisty. I tak trafiłem do zespołu.

I w tym momecie wszystko się zaczęło… Jak wspominasz te lata sześćdziesiąte, początki kariery?

— To były lata zwariowane, ale urocze. Ale pewnie zawsze wspominamy miło okres, gdy miało się lat dwadzieścia. Wtedy wszystko było możliwe: wydawało się nam, że jesteśmy najlepsi, wszystko umiemy… Graliśmy koncerty, byliśmy w ciągłych podróżach. To był czas pełen aktywności. Dzisiaj widzę że organizatorzy po prostu nas wykorzystywali. Potrafiliśmy zagrać 4-5 koncertów dziennie, bo to przynosiło pieniądze… przede wszystkim organizatorom. Myśmy dostawali jakieś śmieszne stawki.

Z kim występowałeś w Polsce?

— Z większością polskich muzyków. Najczęściej zresztą graliśmy moją muzykę. Najpierw z Czerwono-Czarnymi, z Tajfunami, później stworzyłem Bizony i oczywiście miałem główny wpływ na to, co graliśmy. Można powiedzieć: mnie się dobrze ze mną grało (śmiech).

W Polsce kojarzony jesteś głównie z zespołem Bizony…

— Tak, chociaż także z Czerwono-Czarnymi i Stanem Borysem. Ale głównie Bizony, bo to od mojego nazwiska. W 1966 roku pojechaliśmy z Czerwono-Czarnymi na koncerty do Stanów Zjednoczonych i tam poznałem młodą Amerykankę. Mówiłem jej, że planuję stworzyć nową grupę i ona zasugerowała, żeby nazwać ją Bizony, Bisons to świetna nazwa mówiła. I tak zostało. Ona przyjechała później do Polski, myśmy akurat grali koncerty gdzieś koło Opola. Byliśmy na takiej plenerowej imprezie, było 15-20 tysięcy widzów. Jak ona to zobaczyła, to mówi do mnie: Zbyszek, ty musisz być milionerem! (śmiech). Ona nie potrafiła sobie wyobrazić, że może tyle ludzi przyjść na koncert, a my w sumie niewiele na tym zarabiamy. Miała takie amerykańskie wyobrażenia. A nas doganiała rzeczywistość komunistyczna…

Myślisz, że trafiłeś na zły czas, by zrobić karierę?

— Chyba tak. Gdyby był normalny czas, jak jest teraz, to byłoby zupełnie inaczej! Nie trzeba by było się tak eksploatować, ale poświęcić się temu co się lubi: więcej czasu poświęcić na muzykę, na poszukiwania… Wtedy nie było na to czasu. Wszystko na wariackich papierach.

W 1971 roku zdecydowałeś się wyjechać z Polski.

— To było w momencie gdy Gierek dochodził do władzy. Wtedy zostały odwołane na pół roku wszystkie imprezy. Akurat graliśmy w Warszawie Muzykoramy – w tym czasie ze Stanem Borysem miałem własną grupę Bizony – ale wszystko odwołano, bo się władza zmieniała. A z czegoś trzeba było żyć. Rozwiązałem zespół, bo ludzie nie mieli pieniędzy na utrzymanie. Ja sam z Maćkiem Kossowskim chciałem wyjechać do Hollan-dii, później zaproponowano mi wyjazd do Szwecji. Trochę byłem w Londynie, ale wróciłem do Szwecji i tak się życie ułożyło, że nie mogę stąd wyjechać. Ciągle mi się wydaje, że jestem w hotelu. Takim większym hotelu, co się nazywa Szwecja.

A myślałem, że się już tutaj zadomowiłeś po tylu latach?

— W hotelu też można się zadomowić. Ale gdzieś głęboko nie utożsamiam się z tym miejscem – to nie jest moje miejsce. Chociaż… teraz to już ciężko się z czymś utożsamiać. Jak jeżdżę do Polski to też już nie jest to samo, mimo iż wspomnienia z lat młodości wciąż są bardzo żywe.

Jak byś zatem opisał ten swój czas w Szwecji?

— Czy coś osiągnąłem? Trudno powiedzieć. Poznałem nowy świat, nowych ludzi. Zawodowo też osiągnąłem nowe doświadczenie, ale… tak globalnie…. miałem dużo mniejsze możliwości osiągnąć to, co mogłem osiągnąć w Polsce. Tutaj trzeba było być nieprawdopodobnym indywidualistom – chociaż warto wspomnieć wielu wybitnych amerykańskich muzyków, którzy tutaj też nie odnosili kariery. Szwecja jest specyficznym krajem, niedużym, trudno odnieść sukces. Tu wszystko jest… „na miarę Szwecji”. W jakiś sposób lokalne.

Czy muzyka nie jest jednak dziedziną sztuki uniwersalnej?

— Oczywiście, ale żeby zrobić karierę trzeba tu przyjechać już jako znany wykonawca. Albo być tutaj urodzonym, znać to środowisko artystyczne i wówczas robić to, co jest akceptowane najpierw przez to środowisko, a później publiczność. Jak się jest obcokrajowcem, to zawsze patrzą na ciebie trochę inaczej. My po prostu inaczej odczuwamy muzykę, jesteśmy inni…

Czujesz gorycz?

— Niiiieeee…. Nie czuję goryczy. Jest, jak jest, i trzeba to zaakceptować.

Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

 

 

Lämna ett svar