A LOT of troubles

Postanowiliśmy polecieć do Warszawy LOT-em, bo kursuje z pobliskiej Arlandy, a nie tanimi linjami z odległej Skavsty. W naszym wieku należy nam się odrobina komfortu. Wybraliśmy lot wieczorny, aby zjeść obiad o normalnej porze i bez stresu udać się na lotnisko, gdzie miał nas zawieźć uczynny znajomy.

W południe, w dniu wyjazdu, zadzwonił LOT z informacją, że wieczorny rejs został odwołany ponieważ samolot ma poważną  usterkę. Były dwie opcje: lot przez Frankfurt w tym samym dniu po południu albo poranny lot następnego dnia. Nie znoszę lotów o bladym świcie, wybraliśmy więc Frankfurt, tym bardziej że do Warszawy mieliśmy przylecieć o tej samej porze co z LOTem.

Należało zreorganizować porządek dnia: zamiast obiadu przygotować prowiant na droge, zadzwonić do znajomego z informacją o zmianie planu i do brata w Warszawie, że przylecimy Lufthansą a nie LOTem. Znajomy nie odpowiadał na telefon, zamówiłam więc na wszelki wypadek taksówkę. Ponieważ w międzyczasie zadzwonił znajomy z pomyślną wieścią, że może nas podwieźć wcześniej, musiałam odmówić taksówkę. Sprawdziłam jeszcze, czy Małżonek zapakował do plecaka, odpowiednika mojej torebki, paszporty i nieodzowne lekarstwa. Pieniądze i numery identyfikacyjne rezerwacji miałam w swojej torebce. Czułam lekki zawrot głowy, logistyka wymaga skupienia, nie wolno mi było o niczym zapomnieć, ale sytuacja była z grubsza pod kontrolą.

O umówionej porze zjawił się znajomy, pomógł załadować bagaż, poczym ruszyliśmy na lotnisko. Dojechaliśmy na miejsce na półtorej godziny przed odlotem. I wtedy zaczął się horror. Małżonek oświadczył, że zapomniał w domu plecaka. Nie było czasu na namysły, czy wymówki. Panowie natychmiast ruszyli z powrotem, a ja w szoku usiadłam w halu lotniska. Była sobota, ruch na drogach niewielki, mieli szansę, że zdążą . Siedziałam jak na szpilkach nękana przeciwstawnymi uczuciami, nadzieją na przemian z rezygnacją. Na pół godziny przed odlotem pojawił się Małżonek z plecakiem. W biegu dostaliśmy karty pokładowe i przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa. Bramka wejściowa była jeszcze otwarta. Weszliśmy na pokład jako jedni z ostatnich pasażeròw. Nadal byłam roztrzęsiona, potrzebowałam czasu, aby nabrać dystansu do przeżytego stresu. Małżonek, którego trudno wyprowadzić z równowagi, próbował mnie uspokoić. „Czemu się denerwujesz, kochanie? Przecież zdążyliśmy.”

Na pokładzie SASu, w drodze do Frankfurtu, posililiśmy się własnym prowiantem. Przewoźnik zapraszał bezpłatnie na kawę lub herbatę, co było więcej niż na pokładzie LOTu, gdzie ostatnio częstowano tylko szklanką wody i minimalnym batonikiem Prins Polo. Natomiast Lufthansa, tak jak za dawnych czasow, dopieściła nas smacznymi kanapkami, piwem, winem i sokiem pomidorowym. Na lotnisku czekał na nas brat z bratową i wtedy pękła we mnie tama wzburzonych uczuć i ze łzami spłynęło częściowo napięcie po przeżyciach dnia.

Na tym mogłaby się zakończyć moja relacja, gdyby pech nie dał znow znać o sobie. Na parę dni przed powrotem do Sztokholmu, LOT zapowiedział strajk. Do końca nie było wiadomo czy i jak polecimy z powrotem. W ostatniej chwili strajk odwołano, ale niepewność dodatkowo nadwątliła moje zszarpane nerwy.

Teraz, z perspektywy czasu, próbuję ocenić optymistycznie nasze podróżne perturbacje. Może to nie był pech tylko szczęście w nieszczęściu. Przecież dolecieliśmy. W obie strony.

Teresa Urban

Lämna ett svar