ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Stany dusz i serc

W ogrodzie Japończyka pana Itaru Sasaki stoi stary kiosk, odległe wspomnienie czasów telefonii przewodowej. Nie jest nigdzie podłączony i – używając języka, którego nie cierpię – można rzec, jest niezależnym i suwerennym kioskiem! Gdy podnieść słuchawkę, słychać tylko szum wiatru, a chwilami jakby strumyk tuż przepływał. Pan Sasaki kupił kiosk osiem lat temu, tuż po śmierci kuzyna, by się móc z nim komunikować. Nie, nie, nie żadne hokus pokus, duchy, media, trans-komunikacja i tak dalej. Pan Sasaki po prostu kochał kuzyna bardzo, a gdy wchodzi do kiosku i przykłada słuchawkę do ucha, jego tęsknotę i ból wiatr niesie ku kuzynowi i „rozjaśnia się mrok w moim sercu”, i raźniej mu na duszy.

Czas biegnie a z nim wydarzenia, w roku 2011 nadeszło tsunami poprzedzone trzęsieniem ziemi, i pochłonęło dziewiętnaście tysięcy ofiar. To wtedy do pana Sasaki poczęły przyjeżdżać całe rodziny ofiar katastrofy i ich przyjaciół. Pragnęli tylko postać chwilę w kiosku i ukoić smutek, rozjaśnić mrok serca.

Uczucie smutku po utracie osoby bliskiej wydaje się być wyrazem przekonania, więcej nawet, wiary, że osamotnienie nie dodaje sił, i to reflektuje społecznie daleko w przeszłość. Przykładów na interakcje umarłych z żywymi jest wiele: piramidy, kurhany, pomniki, kościoły, cmentarze, muzea, izby pamięci, również dokumenty (ostatnia wola). No i wzdychania, no i smutek, no i łzy.

Spojrzenie na śmierć, na opłakiwanie i smutek, zmieniało się przez wieki. Średniowiecze niepokoiło się głównie zbawieniem duszy i tym zajmowała się religia. Wczesny modernizm pozostawił duszę religii, ale począł okazywać wielkie zainteresowanie ciałem, nauka wprost rwała się do jak najdokładniejszego poznania tajemnic ciała.

W latach 1800tnych królowa Wiktoria, ubrana przez dziesiątki lat we wdowie szaty, symbolizowała bardzo ekspresyjnie smutek i żal z utraty ukochanego męża. Powstawały pompatyczne grobowce, zmarłym wykonywano pośmiertne maski. W naszych czasach rytuały wokół śmierci nie skupiają się już jedynie na zapewnieniu zmarłemu szczęśliwej podróży do Edenu (jeszcze kościół, ale jakby mniej), zajmujemy się bardziej pogrążonymi w smutku bliskimi zmarłych, troszcząc się o stan ich serc i dusz.

Smutek i żal podążają za śmiercią i dystansują, są rodzajem amputacji żałobnika od radości, jaką niesie życie. Powstawały niezbędne rytuały, czarna opaska na rękawie i czarne ubranie wdowy wyróżniały.

Dlaczego tak? By inni widzieli smutek i docenili żal? Potrzeba afiszowania się sferą tak intymnej prywatności jak smutek? O co tu chodzi? Może jesteśmy coś winni naszym zmarłym? Czy my ich potrzebujemy? Czy oni nas potrzebują?

Śmierć trudno zrozumieć, wychodząc z pozycji przemian ewolucyjnych. Śmierć jest bezdyskusyjna i ostateczna, nie ma żadnych propozycji. Nic nie oferuje ani obiecuje, nie ma przeszłości ani przyszłości. Śmierć to śmierć. Wydaje się, że psychologowie ewolucji mogą mieć kłopotów ze zrozumieniem tego zjawiska, bowiem nie wszystko – na przykład smutek, da się wytłumaczyć kodami genetycznymi.

Przygnębienie, posępny nastrój, żal, innymi słowy melancholia, nie buduje. Przeciwnie, zaznacza się tak destrukcyjnie, że w dzisiejszych czasach klasyfikowana jest medycznie. Można, nawet należy ją leczyć i medycyna ma w tym zakresie jednostki chorobowe, albowiem współczesny człowiek winien być produktywny, łatwo przystosowalny, ma myśleć pozytywnie, nie ma się zastanawiać zbytnio nad przyszłością, a przeszłość najlepiej jak w ogóle pominie. (Serdeczne pozdrowienia i wyrazy podziwu mister Orwell!).

Sorry, ale ja protestuję! Ja lubię smutek. Więcej – ja nawet uważam, że smutek jest potrzebny i pożyteczny bo… Niestety nie potrafię tego jasno wyłożyć, ale czuję, że smutek w rozsądnej porcji i proporcji, niektórym i wcale nie nielicznym ludziom, służy jako środek oczyszczający duszę.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar