KATARZYNA GRUBEROWA: Kolejny etap: Krasnojarsk i Delegatura Rządu Polskiego w Londynie (7)

Luty 1942 – rozpoczynam kolejny etap mojej syberyjskiej wędrówki. Będzie ich jeszcze kilka. Zaczęłam szukać pracy w Kozulce (nie było o nią trudno w owym czasie), ale zanim na coś trafiłam, dowiedzieliśmy się z miejscowej prasy, że do Krasnojarska (stolicy kraju) przyjechał przedstawiciel ambasady polskiej. Było nas w tej Kozulce sporo, więc na jakimś większym spotkaniu postanowiono, że należy z tym przedstawicielem nawiaząć kontakt.

Zdecydowano, że do Krasnojarska mają pojechać pani Jezierska, imienia nie pamiętam, lat ok. 35, matka dwojga dzieci i ja. Ktoś z rosyjskich znajomych dał nam adres przyjaciół w Krasnojarsku, gdzie mogłyśmy w razie potrzeby przenocować. I wyruszyłyśmy w drogę. Wtedy jeszcze nie obowiązywały specjalne zezwolenia na przejazdy pociągiem. Wprowadzono je nieco później. Podróż trwała parę godzin. Krasnojarsk, to duże miasto, stolica kraju większego od Polski sześć czy siedem razy, położonego nad ogromną rzeką Jenisiej, która zaczyna się gdzieś nad granicą mongolską a wpływa do morza Białego na dalekiej północy za Norylskiem. W tym Norylsku też byli polscy zesłańcy. Jenisiej w Krasnojarsku już jest ogromny i piękny, o czym przekonałam się dopiero wiosną.W czasie tego pierwszego pobytu w Krasnojarsku był on jeszcze zamarznięty.

Nie miałyśmy adresu polskiego przedstawiciela, ani nawet jego nazwiska. Chodziłyśmy więc po głównej ulicy, oczywiście im. Lenina, przypatrując się przechodniom, zwłaszcza wyglądających nieco odmiennie od tutejszych, których dość łatwo było rozpoznać głównie po ubraniu. Byłyśmy trochę zaniepokojone, ale pełne nadziei, że nasze poszukiwania udadzą się. Mama zleciła mi też sprzedanie na bazarze w Krasnojarsku paru rzeczy – kołnierza futrzanego i serwety. Na te rzeczy nie reflektowali kołchoźnicy. Poszłyśmy na ten bazar. Był ogromny, pełen kupujących, sprzedających i po prostu ciekawskich; kupić i sprzedać można było tam wszystko. Nie udało mi się jednak sprzedać moich rzeczy, nie umiałam zachwalać, wstydziłam się zaczepiać kupujących, a zresztą i zainteresowanych nie było, niestety. Mama była rozczarowana, bo oczekiwała na potrzebne pieniądze.

Przed wieczorem dobrze już zmęczone poszłyśmy pod otrzymany w Kozulce adres. Gospodyni przyjęła nas serdecznie, napoiła herbatą i dała coś do zjedzenia, ale przenocować u przjaciół naszych kozulskich znajomych nie udało się. Gospodarz po powrocie z pracy powiedział, że się boi, bo co prawda już wolni ale jednak jesteśmy zesłańcami i on nie może narażać swojej rodziny. Było późno, miasto duże, nieznane, hoteli żadnych, a i pieniędzy na hotel nie miałyśmy. Spędziłyśmy pół nocy w kinie na dwóch seansach Braci Artamonowych wg. Gorkiego, potem od północy na stacji kolejowej, ale o 5-ej rano wyproszono nas stamtąd z powodu sprzątania (była na tej stacji masa ludzi!). Wpuszczono nas na usilną prośbę do kolejowego urzędu pocztowego. Noc była bardzo mroźna, to była chyba druga połowa lutego. Od rana ponowiłyśmy wędrówkę po mieście w poszukiwaniu przedstawiciela rządu polskiego. Przypadek chyba dosyć często rządzi ludzkimi losami! Spotkałyśmy p. Józefa Mieszkowskiego na głównej ulicy Krasnojarka. Poznałyśmy go bez trudu – był w mundurze oficera polskiego, kapitana. Przyjechał przed kilku dniami z Kujbyszewa, gdzie mieściła się wówczas polska ambasada, a wcześniej był w Londynie. Urządzał właśnie biuro Delegatury i nawiązywał kontakty w władzami i z ośrodkami, w których mieszkali Polacy. Wypytywał nas o Polaków w kozulskim rejonie, o to jak żyją, skąd pochodzą, co wiemy o innych terenach. Niestety, nie miałyśmy zbyt wiele informacji na tematy interesujące go, byliśmy przecież odizolowani, trudno było nawiązywać w naszych warunkach jakiekolwiek kontakty. Wiedziałyśmy tylko na pewno, że jest nas tu bardzo dużo. Pytał o nasze rodziny, o nas same, o zawody i wykształcenie. Zaproponował mi pracę w jego biurze, gdy dowiedział się, że znam język rosyjski, piszę na maszynie polskiej i rosyjskiej, umiem liczyć na maszynie. Oczywiście chętnie zgodziłam się. Wróciłam do Kozulki po niezbędne rzeczy i po kilku dniach wróciłam do Krasnojarska.

Władze potraktowały przedstawiciela Polski bardzo przychylnie, był to wszak teraz sojusznik w wojnie z Niemcami, miała też powstać i walczyć u boku armii sowieckiej armia polska! Początkowo biuro znajdowało się w udostępnionym przez władze sublokatorskim pokoju z używalnością kuchni u rosyjskiej inteligenckiej rodziny. Do gotowania herbaty otrzymaliśmy od gospodarzy znane mi z dzieciństwa naczynko – nowiutki nocnik, dosłownie! Tylko to można było dostać aktualnie w sklepie. Podejrzewam, że mieszkanie było pod stałą obserwacją sowieckiej bezpieki, a zadaniem właścicieli było nadzorowanie nas. Po blisko dwóch miesiącach, kiedy już personel był prawie skompletowany, władze przydzieliły Delegaturze nowy lokal, dość pokaźny dom, w którym było i biuro i mieszkania dla pracowników.

Do moich obowiązków należały prace biurowe, pisanie na maszynie itp. Otrzymywaliśmy wówczas nowe – polskie dokumenty – zaświadczenia, iż jesteśmy polskimi obywatelami. Tych właśnie zaświadczeń wypisałam bardzo wiele. Prowadziłam też ich rejestr. Nie mogłam niestety zachować mojego dokumentu, został odebrany przez władze radzieckie przy kolejnej zmianie naszego obywatelstwa niecałe dwa lata później, ale mój brat Witold ma to zaświadczenie pisane moją ręką. Personel Delegatury składał sie z kilku osób. Roboty przybywało, gdyż w Krasnojarskim kraju mieszkało kilkanaście, a może i kilkadziesiąt tysięcy zesłanych. Ponadto Krasnojarski Kraj jest miejscem bardzo wielu obozów, w których też przebywało bardzo wielu Polaków. Coraz to nowi zgłaszali się do Delegatury. Zaczęłam też prowadzić kartotekę poszukiwania rodzin i było sporo radości, gdy udało się czasem odnaleźć poszukiwanych. Tak na przykład Filip Istner, dziennikarz, który wyszedł z obozu i zgłosił się w Delegaturze, poprzez naszą kartotekę odnalazł żonę, która przebywała na południu kraju. Pojechał do niej. Spotkaliśmy się potem w Warszawie, a także tu w Sztokholmie. Zaczęła przychodzić pomoc dla Polaków z Ameryki, tzw. UNRRA – odzież używana, ale na ogół w dobrym stanie, i duże ilości artykułów żywnościowych, czasem takich, jakich nigdy dotąd nie widzieliśmy.

Działalność Delegatury była coraz szersza, pracy było też coraz więcej. W dużych ośrodkach powstawały delegatury rejonowe. Delegatura zorganizowała w Krasnojarskim Kraju trzy polskie domy dziecka – w Kazaczyńsku nad Jenisiejem (na północ od Krasnojarska), w Bolszoj Jerbie w Chakasskim Autonomicznym obwodzie (na południu) i trzeci jeszcze dalej na południu w Minusinsku (już niezbyt daleko granicy mongolskiej). Część podstawowego zaopatrzenia domy te i istniejące przy nich szkoły polskie otrzymywały od władz miejscowych, ale sporą część dostarczała Delegatura z pomocy UNRRA. Pomoc tę otrzymywali też Polacy mieszkający na całym olbrzymim terytorium Kraju Krasnojarskiego. Przyjeżdżali do Krasnojarska przedstawiciele z rejonów, czasem z rzeczami jeździli też pracownicy delegatury.W samym Krasnojarsku prawie nie było Polaków, był to tzw. ‘reżimnyj gorod”, tj. miasto, w którym bez zgody odpowiednich władz nie można było mieszkać. Dotyczyło to zresztą nie tylko cudzoziemców. Pracownicy Delegatury otrzymywali takie zezwolenia na określony czas, po czym należało je u władz przedłużać.

Na drugim brzegu Jenisieju, a więc już poza granicą miasta, mieszkała bardzo liczna grupa byłych obywateli polskich, głównie Żydów polskiego pochodzenia, którzy w 1939 r. uciekli przed Niemcami z zachodniej Polski na tereny zajęte przez Związek Sowiecki i następnie w 1940 r. zgłosili się dobrowolnie do pracy w głębi Związku. Wszyscy mieli obywatelstwo sowieckie nadane, jak wszystkim, w 1939 r. Pamiętam, że niektórzy z nich pochodzili z Pomorza, z woj. bydgoskiego. Z polecenia Delegata pojechałam do nich, miałam dowiedzieć się w jakich warunkach żyją, ilu ich jest. Mieszkali w bardzo trudnych warunkach, w barakach, po kilka osób w jednym pomieszczeniu. Były tam też rodziny z dziećmi. Wszyscy pracowali w tamtejszej fabryce włókienniczej. Władze radzieckie nie uznawały ich za obywateli polskich (chyba dlatego, że nie byli wywiezieni lub nie wyszli z obozów na podstawie amnestii, lecz dobrowolnie tam przyjechali, a może i dlatego, że to byli głównie Żydzi, bo z objawami antysemityzmu spotykałam się tam niejednokrotnie, i to na różnym poziomie, nawet ze strony wysokiego rangą urzędnika) i nie mogli oni, zdaniem władz sowieckich, podlegać opiece Delegatury Rządu Polskiego. Sytuacja była dla Delegatury bardzo kłopotliwa. Niemniej pamiętam dobrze, że Delegat dość dyskretnie udzielał im pomocy w żywności i odzieży.

W ramach wspomnianej umowy polsko-radzieckiej zostali amnestiowani wszyscy (później okazało się, że daleko nie wszyscy) obywatele polscy, którzy znaleźli się w obozach sowieckich, a także wszyscy deportowani w latach 1940-1941. Deportowani na ogół pozostawali na miejscach deportacji już jako wolni, część, zwłaszcza z terenów o najtrudniejszych warunkach do życia i ci którzy chcieli i mieli odwagę – wyruszali na południe. Natomiast wypuszczani z obozów otrzymywali od kierownictwa obozu jakieś nieduże pieniądze i bilet kolejowy do miejscowości, którą wskazali. Najczęściej były to miejsca formowania się polskiej armii, lub tereny ZSRR o cieplejszym klimacie, na południu kraju. W Krasnojarsku zatrzymywało się mnóstwo ludzi, by w Delegaturze otrzymać pomoc. Wszyscy byli w przerażającym stanie – często chorzy, bardzo źle ubrani, właściwie niemal w łachmanach, głodni, często zupełnie zdezorientowani. W Delegaturze udzielano im najniezbędniejszej pomocy – pieniędzy, odzieży, żywności na dalszą drogę, informacji, wciągałam ich na listy poszukiwanych rodzin. W Krasnojarsku nie mogli, a najczęściej i nie chcieli pozostawać, nie mieli tu żadnych szans.

Mama i bracia mieszkali nadal w Kozulce, chłopcy pracowali, Mama zajmowała się domem. Latem 1942 roku Delegat wysyłał dyplomatyczną pocztą sprawozdanie z działalności i inne papiery do Kujbyszewa, do Ambasady. Potrzebował do tego dwóch osób. Jedną z nich jako kurier był pracownik Delegatury, drugą został mój brat Witold. Pojechał on do Kujbyszewa jako ochrona kuriera, a stamtąd udał się do formującego się wówczas na podstawie wspomnianej umowy rządu polskiego z rządem sowieckim wojska polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Trudną drogę do wojska, a potem z wojskiem na południe przez Persję, Palestynę, do Włoch gdzie wziął udział w walkach m.in pod Monte Casino, a następnie do Anglii opisał we wspomnieniach byłych żołnierzy zamieszczonych w książce pt. Śląsk pamięci Monte Casino, wydanej pod jego redakcją w 1999 r. i w drugiej pt. Monte Cassino Ankona, Bolonia 1944/2004. Żołnierze 2 Korpusu Wojska Polskiego we Włoszech. 2004. Do kraju wrócił w 1947 r. z Anglii. Studiował fizykę na politechnice wrocławskiej, został pracownikiem naukowym, profesorem, obecnie jest na emeryturze, ma troje dzieci i czworo wnuków. Mieszka w Zabrzu, a dzieci i wnuki we Wrocławiu i koło Bielska Białej.(13)

A tymczasem narastały nieporozumienia między rządem polskim a władzami radzieckimi. Wiosną 1943 r. została ujawniona sprawa Katynia. Niemcy w obecności przedstawicieli Polskiego i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odkryli masowe groby oficerów polskich wziętych do niewoli w 1939 roku i zamordowanych bestialsko na Ukrainie. Sprawa stała się głośna na cały świat. Niemcy utrzymywali, na podstawie znalezionych przy zmarłych dokumentów, że zbrodni dokonali Rosjanie w 1940r., a więc jeszcze przed wybuchem wojny radziecko-niemieckiaj. Rosjanie natomiast z całą stanowczością twierdzili, że jest to zbrodnia niemiecka. Rząd polski w Londynie miał wszelkie podstawy wierzyć w zbrodnię rosyjską. Ale straszna wojna ciągle trwała. Anglicy, Francuzi, Amerykanie byli w tej wojnie sojusznikami Związku Radzieckiego, dostarczali Rosji wszelkiej pomocy. Nie było dla nich wygodne zabieranie głosu w sprawie katyńskiej i zaostrzanie w takiej sytuacji stosunków z Rosją. Wypowiedzieli się o niej dopiero po wojnie. Sprawa opisywana była w prasie radzieckiej dość szczegółowo, jako oczywiście zbrodnia niemiecka. Dopiero w latach 1991-1992 Rosjanie, już za czasów prezydenta Jelcyna, przyznali się do popełnienia tej zbrodni, ale dotychczas nie zgadzają się na uznanie jej za zbrodnię ludobójstwa i odmawiają udostępnienia Polsce wszystkich dokumentów dotyczących tej zbrodni. Początkowo była mowa o około 15 tys. zamordowanych. Już po wojnie są odnajdywane nowe masowe groby i na Ukrainie i na Białorusi. Dziś już mowa jest o blisko 25 tysiącach zamordowanych tam oficerów, policjantów i in.obywateli polskich.

Nam, żyjącym w głębi Związku, trudno było uwierzyć i zaakceptować, że Rosjanie mogli zamordować tysiące polskich oficerów, choć wiedzieliśmy o obozach sowieckich, o aresztowaniach i zsyłkach, których sami byliśmy ofiarami. Ale bardzo trudno było nam uwierzyć w tak niewiarygodną zbrodnię na tysiącach oficerów, nie mogliśmy zrozumieć, że można z zimną krwią dokonać takiej zbrodni. To było nie do wiary. Dlaczego? Po co? Przecież szła wojna przeciwko wspólnemu wrogowi. Każdy żołnierz, a tym bardziej oficer, wydawało się nam, był potrzebny. Skłanialiśmy się do tego, że to jednak była zbrodnia niemiecka. Później dotarło do nas, jak bardzo byliśmy naiwni! Przy okazji tej sprawy prasa rosyjska zaczęła sporo pisać o tym, co się dzieje pod okupacją niemiecką, o zbrodniach na ludności cywilnej na terenach zajętych przez Niemców. Wcześniej o tym w prasie było nie wiele, pisano raczej o sytuacji na frontach. I to też był dla nas argument za tym, że tylko Niemcy, a nie Rosjanie mogli tego dokonać.

Nastąpiło zerwanie umowy między rządem polskim i rządem radzieckim. Nad naszym losem zaczęły się znów gromadzić czarne chmury. Większość pracowników Delegatury wraz z jej Delegatem Józefem Mieszkowskim została pewnej nocy aresztowana. Trzy osoby, w tym J.Mieszkowskiego, skazano po kilku miesiącach na 10 lat obozu, inni dostali mniejsze wyroki. Pozostałym pracownikom nakazano opuszczenie ZSRR, umożliwiono im dołączenie się do wycofującej się już wtedy z Rosji do Persji armii gen. W. Andersa. Zostawiono tylko trzy osoby z poleceniem pilnowania biura i magazynu, który opieczętowano. Działalność Delegatury została całkowicie przerwana. Byliśmy pod stałą kontrolą NKWD, telefon był prawdopodobnie na podsłuchu, co parę godzin ktoś nieznany dzwonił i po polsku albo rosyjsku pytał o delegata, albo o którąś z osób, które zostały aresztowane lub zmuszone do wyjazdu. Żyliśmy w stałym strachu i napięciu Mieliśmy nakazane nie ujawniać nikomu tego, co się stało. Wśród tych trzech pozostawionych osób były Irena Czyżewska, Władysław Wojtowicz i ja. Ale wkrótce okazało się, że i ja muszę wyjechać z Krasnojarska. Skończył się okres mojego zezwolenia na przebywanie w Krasnojarsku, nie przedłużono mi prawa pobytu. Dostałam nakaz bezzwłocznego opuszczenia Krasnojarska.

W 1951 roku, kiedy po powrocie z zesłania pracowałam w Warszawie w przedsiębiorstwie Ruch jako personalnik, zadzwoniła do mnie nieznana mi osoba, kobieta, która przedstawiła sie jako personalnik w jakimś, nie zapamiętałam nazwy, urzędzie i zapytala czy znam i co mogę powiedzieć o p. Józefie Mieszkowskim, który właśnie zgłosił się u niej do pracy i powołuje się na znajomość ze mną. Odpowiedziałam, że nie udzielam informacji przez telefon i poprosiłam o kontakt osobisty. Takie były dyspozycje. Nikt do mnie po tym telefonie nie zgłosił się. Byłam ogromnie zdziwiona, że pan Mieszkowski nie skontaktował się ze mną i że powołuje się na mnie, skąd wie gdzie pracuję, skąd zna moje nazwisko po mężu. Powiedziałam o tym Tacie i wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Dopiero znacznie później sprawa się wyjaśniła. Pan Mieszkowski powrócił do Polski po odsiedzeniu całego wyroku z nawiązką. Był na wyrębie lasu na dalekiej północy, stracił tam rękę. Wrócił do Polski w 1956 albo 1957 i zgłosił się do pracy w wydawnictwie, w którym pracował Tata i to właśnie do niego dotarło podanie p. M. o pracę. Spotkałam pana Mieszkowskiego zupełnie przypadkowo w wydawnictwie, w którym pracowałam. Poznaliśmy się i przywitali serdecznie. Oczywiście nic o moich losach nie wiedział. Dał mi do przeczytania swoje bardzo ciekawe wspomnnienia. Nie wiem, czy udało mu się je wydać. A zatem telefon do mnie w 1951 r. był, przypuszczalnie po prostu zwykłą prowokacją władz bezpieczeństwa, dla których moja praca w delegaturze rządu londyńskiego w Krasnojarsku była w ówczesnych warunkach w Polsce co najmniej podejrzana. Za to też w 1953 r. zostałam usunięta z pracy w Ruchu. Jednym z argumentów było to, że mogę zdradzić jakieś tajemnice Ruchu ev. starym znajomym z Delegatury.

RODZINA OLECHNOWICZÓW Z KRASNOJARSKA

W czasie pobytu na Syberii spotkałam wielu ciekawych ludzi. Nie wszystkich, niestety, mogę tu wspomnieć, ale z rodziną Olechnowiczów łączyły nas bardzo serdeczne stosunki. Spotkaliśmy się poraz pierwszy w Krasnojarsku. Nie pamiętam w jakich okolicznościach prawdopodobnie moja Mama spotkała u kogoś Zosię O. Jej mąż, Wiktor, był naczelnym lekarzem w Krasnojarskim szpitalu, ona nie pracowała, mieli jedynego syna. Przypadły sobie z Mamą do serca i szybko nawiązała się przyjażń, która przetrwała długie lata. Spotykaliśmy się często, pomagali nam, a potem, kiedy ja wyjechałam, mojej Mamie, opiekowali się nią. Poznaliśmy niezwykle skomlikowane losy tej rodziny. Darzyli nas zaufaniem, opowiadali o sobie, co w tamtych czasach, kiedy raczej panowała wzajemna nieufność, było rzadkie. Kiedy Mama wyjeżdżała z Krasnojarska do Polski w 1946 roku, pożegnanie było wzruszająco serdeczne, opowiadała Mama. O jedno jednak prosili oboje usilnie, abyśmy nie pisali do nich listów, nie nawiązywali jakichkolwiek kontaktów. Po prostu bali się i mieli ku temu swoje powody. Rodzina była polska, pochodziła ze wschodnich terenów Polski, z tzw. później Zachodniej Białorusi. W czasie pierwszej wojny i rewolucji bolszewickiej znalazła się w Rosji. Oboje świetnie mówili po polsku i chętnie z nami po polsku rozmawiali. Mieli bliski kontakt z rodziną Feliksa Dzierżyńskiego. Wiktor opowiadał, że pamięta, jak w dzieciństwie siadywał na kolanach Dzierżyńskiego. Najprawdopodobniej rodziny mieszkały w pobliskiech miejscowościach(14) .
Wiktor skończył studia medyczne i weterynaryjne w Leningradzie. W 1937 roku, w czasie wielkiej czystki w ZSSR, został aresztowany i skazany na 10 lat obozu na dalekiej północy. Przyczyn wyroku oczywiście nie znał. (Dziś wiem, że dotyczyła wtedy specjalnie Polaków i osób mających kontakty z Polską lub Polakami). Pies komendanta obozu zachorował i Wiktorowi polecił leczenie psa, co mu się powiodło. Wdzięczny komendant zaproponował Wiktorowi, że może mu z Moskwy, dokąd się właśnie wybierał, przywieźć na przykład proszek do czyszczenia zębów, którego w obozie nie było. Wiktor podziękował za ew. prezent, ale poprosił o wrzucenie do skrzynki pocztowej w Moskwie listu do jego siostry. Wręczył mu list otwarty i zaproponował komendantowi, by go przeczytal zanim wyśle. Czy list komendant czytał, tego Wiktor nie wie, ale wrzucił go do skrzynki w Moskwie. List siostra otrzymała i zgodnie z prośba Wiktora, zawartą w liście, zwróciła sie do kogoś bardzo wysoko postawionego, nie pamiętam nazwiska, ale to był znajomy Wiktora z czasów przyjaźni z Dzierżyńskim, ktoś z władz sowieckiej bezpieki. Siostra opowiadała potem Wiktorowi, że gdy ten zajrzał do teczki Wiktora, był tam tylko jego życiorys i nic wiecej. Interwencja poskutkowała. Wiktora z obozu wypuszczono, wrócił do Leningradu, trudniej było z pracą. Dostał jakieś zajęcie jako weterynarz. Wkrótce wybuchła wojna. Przeżyli trwającą 900 dni – od września 1941 do stycznia 1944 roku – blokadę Leningradu przez Niemców, opowiadali nam o niej dość szczegółowo. O tym jak ludzie masowo umierali z głodu i mrozu, jak ciała zmarłych leżały zimą na ulicach, bo nie miał ich kto i gdzie pogrzebać, jak nie było światła w długie zimowe noce, jak na opał szły książki, meble… A także o tym jak gotowali zupę na skórzanych paskach od spodni, bo o mięsie czy nawet kościach można było tylko pomarzyć, albo o tym jak Zosia po wielkiej protekcji dostała pracę w fabryce czekolady produkowanej dla wojska i gdzie można było na miejscu jeść tę czekoladę bez ograniczeń i jak po trzech dniach zrezygnowała z pracy. Okazało się, że samą czekoladą żyć nie można, a dzienna norma chleba wynosiła 150 gram i to nie zawsze można było go dostać. Pod koniec blokady nawpół żywych wraz z innymi ewakuowano ich przez jezioro Ładogę i znaleźli się w Krasnojarsku, gdzie ich spotkaliśmy.

Po powrocie do Polski, zgodnie z ich życzeniem, nie pisaliśmy do nich listów, ale bardzo często wspominaliśmy. Wasz Tata oczywiście nie znał ich osobiście. W latach sześćdziesiątych służbowo ze swojego wydawnictwa pojechał do Leningradu. Było to już dawno po śmierci Stalina, w ZSRR trwała tak zwana odwilż, reżym zelżał i nie panował już tak powszechny dawniej strach przed kontaktem z cudzoziemcami. Poprosiłam, żeby spróbował odnaleźć Olechnowiczów. Nie było to łatwe, ale udało się. Został niesłychanie serdecznie przyjęty. Zaprosił ich do Polski, na co przystali chętnie, choć przywidywali trudności. Potem była wystawa książki polskiej w Moskwie, Kijowie i Leningradzie. Tata był jej komisarzem, tj. organizatorem. Do Leningradu pojechałam ja również jako obsługa wystawy. Nastąpiło wzruszające po tylu latach spotkanie. Wiktor obwoził nas po Leningradzie i okolicach, nawet do Wyborgu na granicy fińskiej nas zawiózł. Wiele, wiele rozmawialiśmy, opowiadał o swoich i rodziny trudnych przeżyciach. Rozstaliśmy się z obopólną decyzją spotkania się w Polsce. Wysyłałam oficjalne, potwierdzone przez władze polskie, zaproszenie. Ciągle były tam jakieś trudności z otrzymaniem przez nich paszportu. I kiedy wreszcie wszystkie zostały przezwyciężone i szykowali się już do wyjazdu Wiktor zmarł nagle na zawał serca właśnie w Moskwie, kiedy odbierał zgodę na wyjazd do Polski. Kontakt z Zosią oczywiście podtrzymywaliśmy nadal, i my i Mama, nawet stąd ze Sztokholmu. Mam pamiątkę od nich otrzymaną wówczas w Leningradzie, pudełeczko z wygrawerowaną plakietką Viktoru Iosifowiczu w den rożdenija 8.IV.1952.

Spotkanie z rodziną A.i I. Hedbergów z Sigtuny

Chcę żebyśmy zachowali w pamięci jeszcze jedną rodzinę spotkaną na naszej drodze i z nami blizko zaprzyjaźnioną. Co prawda narusza to chronologię moich wspomnień, ale wydaje mi się, że wspomnienie o tej rodzinie właśnie w tym miejscu pasuje jak najbardziej. Jest to szwedzka rodzina Ingrid i Artura Hedbergów z Sigtuny w Szwecji. Spotkaliśmy się w 1966 roku na urlopie w Międzyzdrojach nad polskim Bałtykiem. Mieszkaliśmy w tym samym domu wypoczynkowym. Oni byli z synem Pellem, my z Wandą i Marysią, Tadzik podróżował wtedy po Polace popularnym w owym czasie wsród młodzieży autostopem. Przez dwa tygodnie spędzaliśmy wspólnie wiele godzin dziennie. Opowiadaliśmy im o Polsce, oni nam o Szwecji, robiliśmy wspólne wycieczki, razem piliśmy kawę, spacerowaliśmy. Po powrocie do Warszawy zastaliśmy już list od Ingrid, była potem regularna wymiana listów. Następnego roku ciekawi Polski przyjechali na tydzień, mieszkali w hotelu, ale byli naszymi gośćmi. Również w następnym roku znów przyjechali i oprócz Warszawy odwiedzili Kraków.

W 1968 roku w związku z ówczesnymi wydarzeniami postanowiliśmy, jak wiecie, wyjechać z kraju. W przeddzień wyjazdu przyszedł list od Ingrid z życzeniami świątecznymi, był to koniec grudnia, i zapowiedź ponownego spotkania latem w Polsce. Kiedy już po paru tygodniach dotarliśmy do Rzymu, zawiadomiliśmy Hedbergów o tym, że jesteśmy w drodze do Kanady i że już stamtąd napiszemy do nich. W odpowiedzi po dwóch dniach przyszedł od Ingrid ekspres, w który pisała, że nie do Kanady mamy jechać lecz do Szwecji, ktora na nas czeka. Była w urzędzie imigracyjnym, nawiązała także kontakt z prof. Joachimem Israelem, znanym socjologiem szwedzkim, który był jednym z autorów wydawanej w mojej redakcji książki i którego poznałam w czasie jego wizyty w Polsce, o czym Ingrid wiedziała. Oboje dali nam gwarancje w szwedzkim urzędzie imigracyjnym. Korespondencja nasza była bardzo intensywna w ciągu tych kilku miesięcy. Ingrid pisała m.in o tym, że już upatrzyła dla nas mieszkanie w Sigtunie. Przekonała nas, że lepsza będzie dla nas Szwecja niż daleka Kanada. I kiedy w czerwcu 1969 roku przyjechała do Rzymu szwedzka komisja do spraw imigracji byliśmy już na jej liście. 3 lipca 1969 roku wraz z dużą grupą przylecieliśmy do Szwecji. Przez wszystkie lata, a lat tych jest już sporo ponad trzydzieści, rodzina Hedbergów traktowała nas jak najbliższą rodzinę. Zwłaszcza w pierwszym okresie pomagała nam oswoić się ze Szwecją, Artur i Ingrid odwiedzli nas bardzo często w Sztokholmie, zapraszali do siebie. Pierwszą w Szwecji wigilię spędziliśmy u Hedbergów. Wanda i Marysia mieszkały u nich, kiedy rozpoczął się rok szkolny, a my jeszcze wtedy nie mieliśmy mieszkania w Sztokholmie. Nasi goście z Polski czy skąd inąd byli też zawsze gośćmi w Sigtunie, tego sobie życzyła Ingrid. Wanda i Andrzej spędzali u nich wakacje. Również nasze wnuczki bywały tam często. Pamiętam jak Vivi w ich ogrodzie robiła pierwsze w swoim życiu samodzielne kroki! Przyjaźń nasza przetrwała do końca. Artur zmarl kilka lat przed Ingrid, ona w czerwcu 2004. Takiej przyjaźni, życzliwej pomocy w trudnych chwilach zapomnieć nie można!

Katarzyna Gruber

cdn

Foto: Kasia stoi przy beczce z wodą pitną. Krasnojarsk

Lämna ett svar