KATARZYNA GRUBEROWA: Kolejny etap w moim życiu (5)

Rozpoczął się nowy okres w moim życiu – praca zawodowa. Trwała ona nieprzerwanie od 1940 do 1992 roku – 52 lata! Ale po kolei.

Jaka była sytuacja w domu, kiedy wróciłam do Baranowicz? Ojciec nadal pracował na poczcie, Mama zajmowała się domem, bracia chodzili do gimnazjum, teraz już dziesięciolatki. Największy nasz pokój był odnajęty. Mieszkały w nim trzy panie, dwie siostry i córka jednej z nich. Była to rodzina osadnika wojskowego spod Baranowicz. Osadnicy to byli wówczas najczęściej wojskowi z lat dwudziestych, którym po zwolnieniu z wojska przydzielano ziemię na wschodnich terenach Polski, pochodzącą z reformy rolnej, miało to też sprzyjać polonizacji miejscowej, białoruskiej ludności wiejskiej. Mąż jednej z tych pań, Skolimowskiej, był zmobilizowany do wojska w 1939 r. i ślad po nim zaginął. Kiedy przez nowe władze zostały zmuszone do opuszczenia gospodarstwa schroniły się u nas. W lutym 1940 r. odbywała się pierwsza wielka wywózka ludności polskiej w głąb Rosji. Nasze lokatorki, jako rodzina wojskowa, zostały zabrane i wywiezione w pierwszej kolejności. Pamiętam tę noc, kiedy po nie przyszło NKWD(11) , pamiętam nasz strach i przerażenie. Zostały one wywiezione do Kazachstanu. Pisały stamtąd do nas, rodzice wysyłali im paczki. Po wojnie wróciły, osiedliły się na Dolnym Śląsku blisko Mamy, odwiedzały ją, spotkałam je, kiedy Mama jeszcze mieszkała na Dolnym Śląsku w Łagiewnikach. Kolejna wywózka odbywała się w kwietniu tego samego roku. Potem były następne, o czym dalej.

Ojciec zarabiał niewiele, jak na ówczesne stosunki, a i kupować nie bardzo było co – większość towarów zniknęła z rynku w ciągu pierwszych tygodni nowej władzy. Moje pójście do pracy poprawiło oczywiście sytuację. O pracę nie było trudno. 2 stycznia 1940 r. rozpoczęłam pracę w dyrekcji pocztowej, która mieściła się w pobliżu naszego domu. Zostałam sekretarką dwuosobowego działu. Kierownikiem był Rosjanin, który stale był w rozjazdach w terenie. Ja miałam pilnować papierów. Czasem zastanawiam się nad swoją ówczesną odwagą (chyba tzw. hucpą raczej, to więcej niż odwaga, to odwaga połączona z bezczelnością) – podjęłam się pracy nie mając żadnego doświadczenia, żadych kwalifikacji, nie znając rosyjskiego, nie umiejąc pisać na maszynie, co było tam potrzebne, przy tym na rosyjskiej maszynie, a ja nawet liter rosyjskich wtedy jeszcze nie znałam! Pierwsza pensja to było 175 rubli. Niewiele.

Dość szybko uczyłam się języka rosyjskiego, pomagali rodzice, którzy go znali, również polscy starsi ode mnie koledzy w pracy. Szefa prawie nigdy w biurze nie było, był w ciągłych rozjazdach, co robił nie bardzo się orientowałam. Nie miałam dużo (raczej miałam mało) pracy, więc uczyłam się pisać na rosyjskiej maszynie i to przyśpieszało opanowywanie języka. Pamiętam takie zdarzenie: szef kazał mi wypisać ”komandirowocznoje udostowierenije” (delegację służbową), a ja nie tylko nie zrozumiałam co to znaczy, ale nie umiałam nawet tego słowa powtórzyć; jakoś zapisałam go na kartce, a ojciec w domu wytłumaczył mi o co chodzi, no i jakoś udało się. Było więcej podobnych zdarzeń, a czasem i nieporozumień. Po czterech miesiącach nabrałam pewności i odwagi, zażądałam podwyżki, bo w domu było krucho. Podwyżki mi nie dali, bo plan etatów jej nie przewidywał, więc znalazłam sobie pracę lepiej płatną w dyrekcji kolei. Pracowała tam już moja koleżanka szkolna, Jadzia Abramowiczówna, i ona dała mi znać, że mogę tam starać się o zatrudnienie. Koleżanka ta została aresztowana tuż przed wybuchem wojny z Niemcami w czerwcu 1941 r, a jej matka razem z nami została wywieziona na Syberię tym samym transportem. Jadzia znalazła się potem w niemieckim obozie koncentracyjnym w Kołdyczewie koło Baranowicz, gdzie zginęło około dwóch tysięcy więźniów. Na mogile zamordowanych jest na pomniku napis w językach polskim, białoruskim, rosyjskim i hebrajskim, bo tych narodowości byli więźniowie. Z obozu białymi autobusami przybyła Jadzia do Szwecji, skąd wyemigrowala do USA. Jej mama wróciła razem z nami do Polski i po skontaktowaniu się z córką i po przezwyciężeniu wszystkich przeogromnych w tamtym czasie trudności wyjechała do córki do Ameryki. Rozmawiałam z Jadzią telefonicznie, kiedy w w 1975 roku odbywaliśmy z Wandą i jej mężem Andrzejem, nasza wielką podróż po Ameryce. Niestety, do spotkania nie doszło, bo mieszkała nie na trasie naszej podróży.

Początkowo w dyrekcji kolei byłam sekretarką w dziale służby parowozowej z płacą już 250 rubli miesięcznie. Mogłam też sobie dorabiać wieczorami, pisząc na zlecenie na maszynie różne teksty dla innych działów, zwłaszcza tabele, bo w tym wyspecjalizowałam się. A było tego bardzo dużo, więc czasem siedziałam w biurze do późna w nocy i wcale nieźle zarabiałam. Teraz mój udział w budżecie domowym był już znaczny – zarabiałam więcej niż Ojciec! Wszystkie pieniądze oddawałam Mamie, nie miałam wówczas żadych potrzeb, a i kupować nadal nie było co. Od czasu do czasu dostawałam jakieś dodatkowe przydziały na kartki, które przysługiwały pracownikom kolei. Przypominam sobie takie wydarzenie: jako sekretarka pobierałam w końcu miesiąca w kasie głównej dyrekcji sumę należną na pensje pracowników działu dla okolo 30 osób. Pod koniec wypłaty stwierdziłam, że mi pieniędzy nie wystarczy na wypłatę dla wszystkich, a przecież pokwitowałam całą potrzebną sumę. Przeraziłam się! Po zamknięciu kasy głównej i sporządzonej kontroli okazało się, że to nie był mój błąd. W kasie głównej okazała się nadwyżka równa dokładnie sumie, jakiej mi brakowało. Kasjerką była moja ciotka, Kazia Kowalczykowa, na szczęście! I jeszcze jedna uwaga. Dyscyplina pracy była w owym czasie w Związku Sowieckim tak sroga, że za kilkuminutowe spóźnienie otrzymywało się wyrok więzienia! Usprawiedliwienia nie wiele pomagały.

Po jakichś siedmiu czy ośmiu miesiącach przeniesiono mnie do pracy w dziale planowania tejże służby. Już opanowałam zupełnie dobrze język rosyjski, umiałam liczyć na liczydłach, uczyłam się też liczenia na ”kręciołce”, takiej prostej maszynie do liczenia (na takiej samej liczyłam też tutaj w Szwecji w pierwszych latach pracy w Bibliotece (!), zatem postęp w tamtych czasach nie był taki błyskawiczny, jak w ostatnich dwudziestu latach). Moja szefowa, Irina Uwarowa, sympatyczna, inteligentna, wykształcona dama, była żoną dyrektora dyrekcji kolejowej, bardzo mi była życzliwa. Wiosną 1941 r. pojechała na urlop na Krym. Przed wyjazdem pokazała mi jak się robi plan finansowy naszej służby na następny kwartał i zleciła zrobienie go pod jej nieobecność. Siedziałam, liczyłam, kreśliłam i plan wydumałam – same liczby, żadnych tam tekstów. Plan władze dyrekcji przyjęły i zatwierdziły. Po przyjeździe szefowa zaczęła sprawdzać mój plan i okazało się, że w moich wyliczeniach kryje się błąd, którego nikt ze sprawdzających i przyjmujących ten plan nie zauważył i służba (czyli dział) otrzymała o 50 tys. rubli więcej niż się należało. Z mojego planu szefowa była zadowolona i obiecała, że jesienią wyśle mnie na kurs planowania do Moskwy, powiedziała także, że powinnam wstąpić do komsomołu, sowieckiej organizacji młodzieżowej. Kiedy jednak oświadczyłam, że jestem wierząca i chodzę do kościoła, więc chyba do komsomołu nie nadaję się – nie nalegała. Z kursu w Moskwie nic nie wyszło – w czerwcu nas wywieziono na Syberię, no i wybuchla wojna sowiecko-niemiecka.

Jako pracownikowi kolei przysługiwał mi bezpłatny bilet raz w roku do wybranej miejscowości. W maju 1941 r.otrzymałam należny mi dwutygodniowy urlop (mam zaświadczenie o tym urlopie, w którym stwierdza się E.F. Żdanowicz, inżynier planowa-nia (!) służby parowozowej korzysta z urlopu…!). Pojecha-łam po raz pierwszy do miej-scowości, w której się uro-dziłam, do Szarkowszczyzny, odwiedziłam matkę chrzestną, w drodze powrotnej byłam też u naszej dalszej rodziny mieszkąjacej gdzieś niedaleko (nazywali się Romanowscy, była to bardzo liczna rodzina na małym gospodarstwie rolnym, które miano włączyć do powstającego tam wówczas kołchozu; był więc w rodzinie nastrój przygnębienia i niepokoju). Byłam też w Wilnie, gdzie mieliśmy bliską rodzinę ze strony Ojca. W Wilnie bywałam kilkakrotnie wcześniej. Raz ze szkolną wycieczką. Mam zdjęcie naszej wycieczki zrobione na cmentarzu Na Rossie, gdzie pochowane jest serce Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. Byłam także kilkakrotnie u stryjostwa Hurynowiczów. Pokrewieństwo jest takie: brat mojej babci ze strony ojca był ojcem tego właśnie mojego stryjka, on i jego brat noszą nazwisko Hurynowicz (to jest też nazwisko panieńskie mojej babci); jego dzieci mieszkają w Polsce w Olsztynie, a dzieci jego brata w Słupsku. Bardzo lubiłam Wilno, jest takie bardzo swojskie, piękne. Do domu wróciłam w końcu maja z jakimiś zakupami, bo w Wilnie sytuacja pod względem zaopatrzenia była znacznie lepsza niż w Baranowiczach.

Wróciłam oczywiście do mojej pracy na kolei. Był już czerwiec. Kiedyś po pracy rozmawiałam z Ojcem i powiedziałam, że chyba coś się szykuje, gdyż NKWD zamawia dużo parowozów. W jakim celu? Czyżby znów wywózki? Coś na ten temat już zresztą szeptano na mieście. Wogóle atmosfera w mieście i w pracy była bardzo napięta, ciągle czegoś wyczekiwano, zastanawiano się co będzie dalej. Wiedzieliśmy, że gdzieś na zachodzie trwa wojna, ale informacji mieliśmy bardzo mało, gazet w języku polskim u nas nie było, a gdyby i były, to pewnie niewiele można by było z nich się dowiedzieć o sytuacji na świecie i na froncie na zachodzie. Rosyjskie gazety też nie pisały o tym, co się dzieje na zachodzie, a i mało je czytaliśmy. Z radia też niewiele się wiedziało. Wiekszość wiadomości pochodziła stąd, że ktoś gdzieś coś usłyszał i podał dalej. Wiem, że odważni chodzili przez zieloną granicę do Warszawy i stamtąd przywożono oprócz wiadomości towary, których u nas nie było, m.in. sacharynę. Cukru wtedy nie było wcale. Czasem otrzymywałam na kolei kilogram słodkich cukierków robionych z mąki kartoflanej i cukru, były czerwone w białe prążki i nazywały się raczki, smaczne to nie było, ale bardzo słodkie. Słuchanie i przekazywanie wiadomości nie było zbyt bezpieczne. Ludzie coraz bardziej bali się i to było uzasadnione. Przede wszystkim obawiano się wywózek i aresztowań, bo o takich sporo się mówiło.Troską większości był problem przeżycia, zdobycia żywności, niepokój o bliskich. Panowało też oczywiście przekonanie, że przecież to jeszcze to nie koniec, że to, co się stało, nie może trwać, że wojna się w jakiś sposób musi przecież skończyć i wtedy wszystko będzie jak dawniej, że znów będzie Polska.

W końcu 1939 r. przestały obowiązywać polskie pieniądze, ważne były tylko ruble. Rodzice, jeszcze przed wojną, zamierzali sprzedać dom w Baranowiczach i przenieść się do Wilna, tam moi bracia mogliby studiować na uniwersytecie czy politechnice. Ojciec wtedy przygotowywał sie już do emerytury. Był już nawet kupiec, pamiętam, że mieli dostać za dom 10 tys. zł. Do transakcji na szczęście nie doszło, bo wybuchła wojna. Ładnie byśmy wyglądali bez domu i z 10-ma tysiącami złotych, które z dnia na dzień straciły jakąkolwiek wartość! Potem nastąpiła tzw. paszportyzacja, wszystkim nadano radzieckie obywatelstwo i dano radzieckie paszporty, nikogo nie pytając o zdanie. Z dnia na dzień staliśmy się obywatelami ZSRR wcale o to nie zabiegając. W 1940 roku odbyły się też wybory do Rady Najwyższej ZSRR i do władz miejscowych. Udział w nich był obowiązkowy. Nie było, a w każdym razie nigdy nie słyszałam o jakichś sprzeciwach czy protestach. Tylko raz dowiedziałam się, że jednak gdzieś coś się dzieje. Przyjechała do mnie koleżanka ze Szczuczyna. Nie pamiętam jej nazwiska. Pochodziła z Nowogródka. Mieszkała u nas kilka dni i w wielkim sekrecie powiedziała, że ma się zobaczyć ze swoim chłopakiem, który jest w leśnej partyzantce, działającej przeciwko nowej władzy. Po kilku dniach wyjechała i więcej nigdy jej nie spotkałam.

A wracając do panującego dość powszechnie strachu – było się czego bać. Poza transportami w lutym i kwietniu 1940, o których już wspomniałam, wywożono na wschód również w czerwcu 1940 r. Tym razem wywożono przede wszystkim ludzi, którzy zapisali się na powrót do Warszawy, czy szerzej do utworzonej przez Niemców Generalnej Gubernii. Byli to głównie uciekinierzy z centralnej Polski, którzy przybyli na wschodnie tereny po wrześniu 1939 r. Ludzie ci zamiast do własnych domów w centralnej Polsce, teraz pod okupacją niemiecką, co im obiecywały władze radzieckie, pojechali wbrew własnej woli na daleką Syberię, m.in. do Bodajbo, do kopalni złota. Spotkałam ich później, kiedy i nasza rodzina została wywieziona na Syberię. I o ironio losu! Było wśród tych wywiezionych uciekinierów sporo Żydów, uciekających przed Niemcami na wschodnie polskie tereny w 1939, i nawet później przez zieloną granicę. Po zapoznaniu się z warunkami życia pod nową władzą uznali, że powinni raczej wrócić do swoich rodzinnych stron, pozostawionych tam domów i rodzin. Wywiezienie ich przez sowietów na Syberię dla większości z nich było ratunkiem, zachowali życie. Wielu oczywiście zgineło tam z biedy, ciężkiej pracy i mrozów, które tam dochodziły do 70 stopni., ale pod niemiecką okupacją czekał ich znacznie gorszy los – zagłada.

Katarzyna Gruber

cdn

Foto: Kasia z wnukami gospodarzy 1941 rok.

 

Lämna ett svar