Nikt nie chciał mi pomóc…

Mobbing – to pojęcie, które najczęściej kojarzymy z dziećmi i ze szkołą. O tym się mówi, o tym się pisze; w szkołach działają specjalne grupy zajmujące się zwalczaniem mobbingu. Ofiarami mobbingu w Szwecji zajmowały się także sądy – i wydano w nich wyroki skazujące. Ale mobbing to nie tylko problem szkół i młodzieży – to także poważny problem w miejscach pracy – problem socjalny – który, jak ktoś wyliczył, kosztuje rocznie 18 mld koron.

Janusz Kozłowski znalazł się w Szwecji w 1986 roku. Początkowo uczył się szwedzkiego, ale nauka – jak sam przyznaje – nie szła mu najlepiej. Zdecydował się, że najlepszą szkołą będzie miejsce pracy, wśród Szwedów. To, co miało być pozytywną szkołą życia, zakończyło się kilkunastoletnim koszmarem.

Systematycznemu prześladowaniu w pracy nadaje się różne określenia, w zależności, co kto rozumie jako prześladowanie. Czasami mówi się wówczas o mobbingu, ale nie ma jasnej i jednoznacznej definicji tego pojęcia. Mobbing nie jest także pojęciem prawnym. Nie oznacza to oczywiście, że tego typu prześladowanie jest przez prawo dopuszczalne.

W momencie jednak, gdy nie można jednoznacznie określić, gdzie leży granica między prześladowaniem, a np. systematycznymi złośliwościami, wówczas trudno temu zjawisku przeciwdziałać. Mobbing w miejscach pracy to rzecz, o której mówi się wstydliwie, którą wszyscy starają się ukryć, albo nie chcą o niej wiedzieć. Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje – wręcz przeciwnie – i to w skali powszechnej!

Janusz Kozłowski w Polsce pracował w PTTK, w kotłowni. Zaledwie rok po przybyciu do Szwecji, w 1987 roku podjął pracę w firmie Pågen w Malmö.  To była jego pierwsza praca w Szwecji. Przez 11 lat był pracownikiem piekarni Pågen i niemal przez 11 lat był – jak twierdzi – ofiarą ciągłego prześladowania ze strony jednego ze swoich kolegów w pracy.

Pierwsze dwa lata nie narzekałem. Poszedłem do pracy nie z myślą żeby się skarżyć, że praca jest ciężka, ale po to żeby pracować — mówi Kozłowski, ale nie jest w stanie mówić o tej sprawie spokojnie. Stany depresyjne, rozgoryczenie, poczucie bezsilności, kłopoty z mówieniem – to wszystko wysoka cena, jaką zapłacił za pobyt w Szwecji. Jego zdaniem chodziło w jego przypadku o prześladowanie przez tylko jednego z kolegów w pracy, ale także o brak pomocy wielu innych.

Sprawa skomplikowana i trudna. Z pism, które zgromadził Kozłowski wynika, że mimo wielokrotnych prób załatwienia sporu, nikt nie był w stanie jej wyjaśnić, uznając, że pewnie wszystko rozwiąże się samo. Ale samo nic się nie rozwiązało, a problem jedynie pogłębił. Według Kozłowskiego nie bez znaczenia było i to, że był Polakiem. — Wiele razy słyszałem, jak wyzywał, że wszyscy Polacy to złodzieje — skarży się Kozłowski. Jak było naprawdę, trudno ocenić. W tym samym zakładzie pracowało paru innych Polaków. Tamci nie odczuwali dyskryminacji, a więc wszystko wskazuje na to, że Janusz Kozłowski stał się typową ofiarą mobbingu.

Bezsilne okazały się związki zawodowe, które początkowo zainteresowały się sprawą, lecz na krótko. Z protokołów związkowych wynika, że nie dopatrzono się przypadków prześladowania. Komentarz Janusza Kozłowskiego jest krótki: — To skandal! Równie bezsilny i nie zainteresowany rozwiązaniem problemu okazał się pracodawca. Także kasa chorych. Kozłowskiemu nikt nie mógł pomóc, albo… nikt nie chciał pomóc. Po jedenastu latach sytuacja tak nabrzmiała, że zakończyła się dla niego zawałem i pobytem w szpitalu.

Postronnemu obserwatorowi trudno ocenić całą sprawę, ale bez względu na to, kto ma w niej racje i jakie były powody nieporozumień między Kozłowskim, a osobą, która go prześladowała, nie można w żaden sposób wytłumaczać pasywnej postawy tak wielu instytucji, które sprawę powinny wziąć w swoje ręce.

Lekarz, który badał Kozłowskiego, przyznaje, że przyczyną zawału mogła być sytuacja w pracy. W 1999 roku poszedł na zwolnienie lekarskie. Na pytanie, czy czuje gorycz do Szwedów, odpowiada: – Czuję gorycz, że nikt mi nie pomógł, że spotkałem się z lekarzami, z policją, z kuratorem, ale nikt mi nie pomógł. To oczywiście budzi największe zdziwienie. A potęguje się ono, gdy uświadomimy sobie, że sytuacja nabrzmiewała przez 11 lat. Kozłowski zwracał się także o pomoc do Biura Antydyskryminacyjnego, ale i tam nikt nie był w stanie mu pomóc.

Czuję się pokrzywdzony i zgnębiony, ale przede wszystkim opuszczony przez prawo. Jak nikt nie chce człowiekowi pomóc, to można czuć się jedynie zrezygnowanym.

Konsekwencje mobbingu są bardzo długotrwałe. Mogą zburzyć nie tylko życie samej ofiary, ale także jego rodziny. Psycholog Ewa Raj uważa, że to iż ktoś jest cudzoziemcem, nie ma zasadniczego wpływu na sam fakt mobbingu. Ale może to być jeden z aspektów, który to zjawisko wywołuje. Imigranci swoje niepowodzenia często tłumaczą tym, że są właśnie imigrantami. – Człowiek, który staje się ofiarą mobbingu  ma pewien obraz samego siebie – mówi Ewa Raj – i przez to czuje się często bezsilny wobec innych ludzi i środowiska. Często wyobraża sobie, że nic w takiej sytuacji nie może zrobić. Nie tylko, że nie może, ale  odczuwa, że nie ma nawet do tego prawa.

Ale Kozłowski nie pozostawał bierny, choć miał poczucie bezsilności. Próbował wszystkich dostępnych środków, lecz jak sam twierdzi, była to walka ze słoniami.

Minęły 4 lata od zawału, i 15 lat od chwili, gdy życie Kozłowskiego zamieniło się w piekło. Z jednej strony przyznaje, że chciałby uciec od tej historii – wyprowadził się 50 kilometrów od Malmö, byle być dalej od dawnego miejsca pracy – ale tak naprawdę nie potrafi o niej zapomnieć. Nie ustąpił i nadal walczy. Ostatnio oddał sprawę do sądu w Göteborgu (sąd ją odrzucił), chce zwrócić się do sądu w Strassburgu, ale żaden adwokat nie chce mu pomóc. Walczy, choć zdaje sobie sprawę, że płaci za to zdrowiem: swoim i rodziny. Chciałby wrócić do pracy, ale na razie nie widzi takiej możliwości: — Nie myślę o tym teraz, teraz chcę po prostu żyć…

Nowa Gazeta Polska, nr 79/2003

Lämna ett svar