JANUSZ SŁAWOMIRSKI: Warunki i granice demokracji w Polsce? (3)

Od czasów istnienia Polski feudalnej 90 procent ludności nie miała pełnych praw, żyła jak niewolnicy. Od początku określano ich mianem „smerd”, czyli ktoś, kto śmierdzi, śmierdziel, a później mianem „cham”. Według rozpowszechnionej wśród szlachty i kleru teorii, mieli oni pochodzić od biblijnego Chama, natomiast szlachta od Jafeta. „Szlachetna” szlachta nie kwapiła się, aby uczłowieczyć chłopów, uwłaszczyć ich, zrobił to dopiero miłościwy car, batiuszka. Gdy Polska odzyskiwała po I wojnie światowej niepodległość, część chłopów była wręcz przerażona, że wróci pańszczyzna. Faktem jest, że co najmniej 90 proc. naszego narodu pochodzi od niewolników.

Nacjonalistyczna propaganda wtłaczała nam w mózgi megalomańskie kłamstwa o wyjątkowości narodu, o sławie i chwale, a rzeczywistość zawsze była inna. Oprócz skojarzeń z niewolnictwem, kojarzono Polskę z „polnische wirtschaft”, z „polsk riksdag”, z niesolidnością i bałaganiarstwem. Już od kilkuset lat ludzie z Zachodu podróżujący po Polsce przerażeni byli stanem dróg, zajazdów i karczm, z biedą i brudem („plica polonica”). To dopiero Unii zawdzięczamy przyzwoitą infrastukturę. Polacy, niestety, nawet dla ludów ościennych uchodzili za naród niepoważny, niestały. Miłosz pisze, że na Litwie uważano, że Polakowi nie można wierzyć, a jeśli mieć przyjaciela stałego i wiernego, to tylko Litwina. Spotkałem 30 lat temu Czechów, którzy mówili, że Polak to jedną ręką się modli, a drugą ci pieniądze z kieszeni zap…a.

Przypomniałem to sobie ostatniego lata, kiedy w Wolimierzu, tuż przy granicy, gospodyni moja, mądra pani Jadwiga, opowiadała, jak to zaraz po otwarciu granicy z Czechami (Unia), Polacy nocami jeździli do bratniego kraju i kradli tam traktory. Mówiła, że wstydziła się za nich, i że później Czesi patrzyli na Polaków jak na złodziei, no bo oni sami nigdy by nie jeździli do Polski na kradzież.

W Rosji uważano zawsze Polaków za niesłownych i zdradliwych, już od pierwszej wzmianki o nich w Kronice Nestora („Powieść minionych lat”), o tym, jak to Polacy wraz z Rosjanami umówili się na napadnięcie Mazurów, czy Bałtów. Polacy, zamiast czekać na wspólną akcję, jak to było umówione, zaczęli palić wioski przedwcześnie, co dało sygnał reszcie ludności, aby się broniła lub uciekła.
Dużo później nastąpiły polskie, zdradzieckie napaści w czasie wielkiej smuty na – osłabioną dżumą, straszliwym głodem, napadem Tatarów i Szwedów – Rosję. Polska była tam zawsze postrzegana jako wtyka jezuitów, kraj wysługujący się podstępnym łacinnikom. Polska była też jedynym krajem słowiańskim, który toczył wojny z Rosją. Srogo za to zapłaciliśmy.

Jeśli jednak wrócimy do różnic między Szwecją a Polską w budowaniu społeczeństwa, to są one przeolbrzymie. W Szwecji od początku istniała tradycja, co do wspólnego dogadywania się, tworzenia prawa i tradycji. Podstawowym terminem było tu słowo „lag”. Oznacza ono zarówno prawo, jak i drużynę, zespół ludzi zebranych w pewnym celu. Oni ustalają reguły, prawa, a więc „lag/lagar”, aby to wspólne przedsięwzięcie jak najlepiej przeprowadzić. Każdy w drużynie ma takie same prawa do wypowiedzenia się (ale też łupów, zysków, itd.) i każdy ma otrzymać „lagom”, w porcjach po równo i wystarczająco. Najważniejsza więc jest kultura dogadywania się i późniejsze, konsekwentne trzymanie się owego planu. To, oprócz wynalazków, było źródłem niebywałych sukcesów Wikingów na całym świecie, od północnej Ameryki do Morza Kaspijskiego, od północnej Afryki i Konstantynopola do Novgorodu.

Ta umiejętność dogadywania się owocowała później w stworzeniu koncepcji absolutnie kluczowej dla tworzenia współczesnego społeczeństwa szwedzkiego, KONCEPCJI KONTRAKTU SPOŁECZNEGO. Obywatele tworząc tkankę społeczną zawierają ze sobą najważniejszy kontrakt, co do własnych zachowań, co do obowiązków i przywilejów. Spłycając trochę problem, polega to na tym, że jeżeli np. Szwed widzi znak drogowy z ograniczeniem szybkości, to zapala mu się lampka w głowie, że tak się społeczeństwo umówiło, więc trzeba to szanować. Polak zaś, przyzwyczajony traktować władzę jako opresyjną, wrogą i głupią, będzie tylko poirytowany: „A co oni mi tutaj będą mówić, ja sam wiem, jak szybko mam jechać – ważne tylko, żeby nie złapali”. To są dwa podejścia, zupełnie różne. I to też może jest powodem, że dla części społeczeństwa konstytucja w Polsce nie jest ważna, nie rozumieją roli dogadywania się co do wspólnych, podstawowych spraw. Tak więc 500+ może być ważniejsze, konkretne, ma się je w garści, można wydać. A co z konstytucją? Co to w ogóle jest?

Wracając jeszcze do problemu niewolnictwa, to był on na tyle ważny w historii Polski, że służył on też załatwianiu spraw, konfliktów wewnątrzkrajowych. Otóż inaczej myślących, opozycjonistów można było po prostu sprzedać handlarzom niewolników. Tak więc my nie tylko byliśmy ofiarami, nasze „elity” czynnie współuczestniczyły w tym procederze. Zupełnie tak, jak w kraikach rządzonych przez kacyków afrykańskich – niewygodnych ludzi można się było po prostu łatwo pozbyć i jeszcze na tym zarobić. Wszystko wskazuje na to, że my Polacy wyniszczaliśmy też w ten sposób inne plemiona słowiańskie, głównie Serbo-Łużyczan (Sorbów) oraz Pomorzan, sprzedając ich w niewolę.

Wyśmiewamy się w dziesiątkach kawałów z Ro-sjan, u których ludzie są tani, nie mają wartości. Archetypem dowcipu jest tu: „Aljosza pogib, ale kaloszki całe”. Dobrze jest więc przypomnieć, że w Polsce, jeszcze w siedemnastym wieku, zwykłe było to, że jak król nie miał pieniędzy, aby zapłacić Tatarom za ich pomoc w wojnie, kazał im w zamian wziąć w jasyr określoną ilość wsi (pisze o tym m.in. Peter Englund). Poddani nie mieli wartości. A wyjątkowo lekkomyślne poświęcanie życia dzieci i cywilów w czasie powstań narodowych? Nie byliśmy/nie jesteśmy tu dużo lepsi niż Rosjanie.
Wierzę w to, że Polska ma jakieś tradycje samorządowe, tworzenia wspólnot wiejskich, ale boję się, że tradycje te były konsekwentnie niszczone przez panów feudalnych i kościół. A przypomnijmy, że kościół przez stulecia był największym posiadaczem ziemskim w Polsce, co oznacza, że wykorzystywał niewolniczą pracę chłopa polskiego na gigantyczną skalę. (Odsyłam tu przy okazji do świetnego eseju pióra Ludwika Stommy o zwalczaniu przez kościół pierwszych kół samokształceniowych na wsi polskiej.) Nigdy też nie dowiemy się, ile polskich pieniędzy poszło przez te stulecia do Watykanu. Jak mówił Piłsudski: „Kościół tylko żąda i bierze, a kwitów nie przedstawia”.

Jeden z profesorów polskich widzi szansę na naprawę w powrocie do idei oświeceniowych (trochę tak, jak Steven Pinker w najnowszej swej książce „Nowe oświecenie”). Tu ma olbrzymią rację. Nad polskim myśleniem ciąży, wisi, zaćmienie-zatrucie romantyczne w wyjątkowo szmirowatym i autodestrukcyjnym wydaniu. A więc mity cierpienia, ofiary – ale i bezprzykładnego bohaterstwa. Jak się temu przyjrzeć, to wychodzi z tego jakiś czysty absurd. Znakomity dziennikarz, znawca naszej kultury, Christian Davies, supertrafnie ocenia ten tragiczny wymiar polskiej, romantycznej mitologii narodowej: …te zbiorowe fantazje są tylko groteskowym żartem. Miały przynosić dumę i pocieszenie, a zamiast tego sieją nasiona szaleństwa, rozczarowania i rozpaczy.

Podstawowym romantycznym mitem jest mit bohaterstwa. Patrz chociażby: patologiczna odmianka tegoż – fenomen turbolechici. Sęk w tym, że Polacy nigdy nie byli narodem walecznym. Mrożek podrwiwał, pisząc, że Polska jedynie trochę ze Wschodem nauczyła się walczyć, ale od Zachodu zawsze cięgi brała. Ten mit heroicznej wielkiej Polski jest z gruntu fałszywy i szkodliwy. W porównaniu z Polską, to Litwa była heroicznie waleczna i to jej niezwykle dużo zawdzięczamy. Przecież ten maleńki naród zawojował olbrzymie przestrzenie prawie od Morza do Morza i podarował je Polsce, a Polska to wszystko z czasem roztrwoniła.

Przekupna, pasożytnicza klasa szlachecka sprzedała Polskę, aby później wrażliwie, w romantycznych uniesieniach, biadać nad ojczyzny grobem. To wszystko, to jakaś tragikomiczna farsa, świadcząca jedynie o histerii narodowej. Jedno z największych państw Europy samounicestwiło się, a teraz po latach nacjonaliści pieją o „chwale niezwyciężonego oręża polskiego”. What???
Czy Polacy dorośli do ujrzenia prawdy o sobie samych? Czy dojrzeliśmy do demokracji? Czy chcemy tylko kłamstw, samousypiających bajek, czy raczej solidnych analiz naszej przeszłości i teraźniejszości?

Uważam, że Polskę jako naród, jako wspólnotę, należy dopiero stworzyć, zbudować. Należy dokładnie przetrzepać zakurzone, kłamliwe mity historyczne, nasze samooszustwa i postawić w końcu diagnozę. Wszyscy rozsądni, nawet część kościoła, widzą chorobę drążącą naród, podziały, nienawiść, niezdolność do dialogu, patologie życia społecznego i politycznego. O powadze sytuacji świadczą nie tylko oceany nienawiści w Internecie, ale głównie to straszliwe, publiczne zabójstwo prezydenta Gdańska, Adamowicza.

Trzeba w końcu zabrać się za wychowanie obywateli do demokracji. Wierzę też, że taki katartyczny proces mógłby oznaczać masę dobra, masę pozytywów. Samo wyzwolenie się od kłamstw i autorytarnych ideologii jest czymś zdecydowanie radosnym. Mogłoby to za sobą pociągnąć – jak to już w historii bywało – wybuch energii odrodzenia i kreatywności ludzkiej. Mało tego, proces taki jest głęboko rozwijający, a wymaga głównie wysiłku myślowego, pracy intelektualno-duchowej, tak jak to postulował, chociażby Norwid.

Coś więc trzeba zrobić, aby nadrobić wielowiekowe zaniedbania. Na razie, to obydwie nasze duże partie nie są tu bez winy. PO wychodziła z założenia, że przecież Polacy nie są aż tak głupi, żeby uwierzyć propagandzie PiSu, że wystarczy tylko zadbać o ekonomię i wykształcenie, to wszystko samo się rozwiąże. PiS natomiast, aby mógł rządzić, świadomie trzyma naród w ciemnocie, podsyca nienawiść i podziały. Mało tego, na naszych oczach mnoży szkodliwe, absurdalne mity, teorie spiskowe, paranoidalne narracje. Takie działania tylko głęboko uszkadzają samą tkankę narodu polskiego. Pytanie zasadnicze brzmi: kim mamy być, czy potworem wśród narodów świata, pośmiewiskiem, zbiorowiskiem nieszczęsnych i nieszczęśliwych, wzajemnie się nienawidzących jednostek, czy zbiorem harmonijnych, empatycznych, tolerancyjnych, nawzajem się kochających i samospełniających indywiduów?

Starałem się, tak szczerze, jak mogłem, odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie, co w końcu jest dość trudne. Polska jest twardym orzechem do zgryzienia, jeśli chodzi o jej zrozumienie. Nawet, o czym mało kto wie, Giacomo Casanova próbował tego w swojej książce: „Istoria delle turbulenze della Polonia”.

Często czytając prace historyczne autorów niepolskich, natykam się na ich trudności w próbach oddania skomplikowanej struktury dawnego państwa polskiego. I czy było to państwo, a nie jedynie luźne stowarzyszenie oligarchów-feudałów? Tak więc trudności jest masa. Chwała więc poważnym historykom, takim jak, przywołani już przeze mnie, Norman Davies, Peter Englund czy Ludwik Stomma, ale także nieprzywołanym, takim jak: Janusz Tazbir, Timothy Snyder, Timothy Garton Ash czy Jerzy Besala. Polecam gorąco lekturę ich prac.

Janusz Sławomirski

Lämna ett svar