Mój Leonard

Już za życia stał się legendą. Dla wielu z nas, zmarły w 2016 roku Śpiewający Poeta z Montrealu to przyjaciel, mentor, ktoś bliski, kto towarzyszy nam od lat w sytuacjach osobistych, te zaś, i za sprawą jego songów, pamiętane są latami.

Moim Osobistym Leonardem został już w połowie lat 70 tych, kiedy dane mi było wysłuchać pieśni z wydanego w 1974 roku albumu „The Best of Leonard Cohen”. Mieszkaniec PRL nie mógł tak po prostu kupić płyt z muzyką zachodnią, mógł liczyć tylko na przypadkowe dojścia. Ktoś przywiózł płytę i pozwolił ją puścić w obieg w kręgu znajomych. Spotykaliśmy się by pospołu słuchać jego utworów, again and again, aż do zdarcia winylowej płyty. Tłumaczyliśmy jego teksty domowym sposobem, próbowali za Maciejem Zembatym – w jego i Macieja Karpińskiego translacji – śpiewać cohenowe songi na rajdach studenckich. W moim kręgu przyjaciół prym wiódł „niebieski prochowiec” (You Famous Blue Raincoat). Na pamięć znaliśmy „Susanne”, „So Long Marianne”, „Bird on the Wire”, wsłuchiwaliśmy się w „Joan of Arc” i „Story of Isaac”.

Trzy dekady później, pojechałem z Elżbietą na grecką Hydrę, głównie po to, by pobyć chwilę w miejscu, w którym Leonard spędził w latach 60-tych kilka lat szczęśliwego i płodnego twórczo życia. Zamarzyłem, by spoglądając na druty linii wysokiego napięcia, na które Leonard patrzył przez okno swojego domu, zaśpiewać sam dla siebie, mój ulubiony utwór „Bird on the Wire” (Like a bird on the wire/Like a drunk in a midnight choir/I have tried in my way to be free.). “The Best Of” była składanką wybranych utworów z trzech pierwszych studyjnych albumów Cohena, które nagrał na początku lat 70 tych. Kiedy już po latach mogliśmy nabyć tę płytę (jak i inne ją poprzedzające), w wielu naszych domach ostała się jako płyta kultowa.

Leonard Cohen urodził się i dorastał w Montrealu, tam zdobywał pierwsze nagrody literackie. Grając na gitarze i śpiewając dla przyjaciół nie myślał o karierze barda. Wiele lat później, w wywiadach dla prasy, lubił kokietować twierdzeniem, że właściwie nie umie śpiewać, gitarzystą jest średnim, ale musiał się zająć wokalnym potraktowaniem swoich poematów, bo z samego pisania wyżyć nie mógł. Jego monotonny, prowadzony ciepłym barytonem śpiew – którym podawał pełne przewrotności wiersze, gdzie było miejsce na czarny humor, religijne aluzje, jak i autoironiczne dywagacje o kobietach – trafił pod strzechy. Acz były to strzechy bohemy i środowisk “naokoło akademickich”. Sam znam, w Polsce i w Szwecji, ludzi, którzy z marszu potrafią wyrecytować wiele jego wierszy i którzy za swoim Osobistym Leonardem biegali na występy gdzie się tylko dało. Uwielbiany w specyficznych kregach odbiorców na całym swiecie, nie osiągnął jednak nigdy popularności Boba Dylana.

Kiedy w roku 1960 tym, po okresie długiego przygnębienia, ów pragnący literackich sukcesów 27-latek, za śmieszne pieniądze kupił na Hydrze dom bez bieżącej wody i prądu, nie wiedział, że spędzi tam sześć świetnych, na grecki sposób spędzanych lat, pełnych twórczej weny i miłości do Marianne. Jednak dopiero po wyjeździe do Nowego Jorku, mieszkając w artystowskim Chelsea Hotel, nagrał swoje pierwsze płyty.

Leonard pojawiał się na scenie muzycznej nagle i znikał nagle. I to na długo. Albumy ze swoimi songami nagrywał w odstępie 3-4 lat.  Po jedynym fatalnym, moim zdaniem, albumie “Death of Ladies`Man”, wydanym w 1977 roku wraz z Philem Specktorem, odstawia gitarę na bok, coraz śmielej aranżując swoje utwory na klawiszowce, używając czasem i blachy. W latach 80-tych rośnie jego popularność. Jego songi wykraczają teraz poza hermetyczne kręgi tradycyjnych admiratorów. Pisze utwory uznane za przeboje: “Hallelujah”, “Dance mi to the End of Love”, “First We Take Manhattan”, “Take This Waltz”. W 1992 pojawia się znakomita “polityczna” płyta “The Future”, m.inn. z songami: “Waiting for Miracle”, “The Future” i “Anthem”. Po nim zapada cisza na długo.

Od 1994 do 1999 przebywa Cohen w ośrodku Zen, na Mount Baldy w okolicy LA, poświęcając się medytacji. Powie po “powrocie do świata”, że próbował wielu dróg wyjścia z depresji. Były kobiety, picie i sztuka, jednak dopiero kilka lat odcięcia się od świata w charakterze mnicha, przyniosło rozwiązanie. Stał się nowym człowiekiem.

Muzycznie milczy do 2001 roku, kiedy to wydaje fenomenalny muzycznie i literacko album ”Ten New Songs”. Przeżycie moje równe było temu z okresu młodości przy słuchaniu “The Best of”. Leonard oznajmia powrót do Zgiełku i naszych codziennych masek w tym świecie: I m back on Boogie Street. W utworze “Thoussand Kisses Deep”, który zapada w duszę jak mało który, śpiewa:

zostajemy wezwani, żeby stanąć twarzą w twarz ze swoją niepokonaną porażką. I żyjmy dalej tak, jakby nasze życie było prawdziwe, choć jest tylko przykryte tysiącem pocałunków.” W utworze o mocy hymnu: ”Here it Is”, mówi nam “ Niechaj wszyscy żyją, niechaj wszyscy umierają. Witaj moja kochana. I moja kochana żegnaj.” (tłum. Daniel Wyszogrodzki).

Album jest artystycznym majstersztykiem, również dzięki kompozycjom i śpiewowi towarzyszącej mu Sharon Robinson.

Mijają lata. Rzadko, bo rzadko, ukazują się kolejne płyty. Świetne: “Old Ideas“ i “Popular Problems” nagrywa Cohen mając ponad 75 lat. Tembr jego głosu z wiekiem mocno się obniża, śpiew coraz częściej przechodzi w melorecytację. W 2006 roku okazuje się, że Leonard został ograbiony z oszczędności przez swoją menedżerkę. Żeby wyjść z długów musi udać się w długie trasy, dając koncerty dla dużej publiczności. Od 2008 roku koncertuje po całym świecie nieprzerwanie. Pojawia się trzykrotnie w Szwecji. Kiedy w roku 2010 przybywa do Stockholmu ponownie, ludzie zapełniają wielką halę czując, że to ostatnia szansa usłyszeć Leonarda na żywo. Tymczasem prawie 80-letni artysta wybiera się w 2013 w kolejną trasę, dając nadal koncerty trwające ponad 3 godziny (w tym w Stockholmie).

Otrzymuję piękny prezent urodzinowy od Elżbiety, drogi bilet do Globen. Obawiam się występu w wielkiej hali. Dotąd słuchałem Leonarda tylko w kameralnym otoczeniu. Tymczasem Mag z Montrealu, już przy przy pierwszym songu zamienia Globen w klimatyczny klub. 12 tysiźcy ludzi, wszytkie generacje reprezentowane na sali, wielu zna teksty na pamięć. Koncert życia. Zachwycony, decyduję się polecieć z córką do rodzinnych Katowic, skoro i tam, w Spodku, czego się nie spodziewałem, niecały kilometr od rodzinnego domu, wystąpi Mój Leonard. Alicja po koncercie wyznała, iż mimo że zna jego jego songi dobrze, rada jest, że mogła usłyszeć jego ciepły głos tam, gdzie słuchała go u mamy i u taty na rękach.

Trasy koncertowe ”staruszka” Leonarda wykończyłyby młodego muzyka, a on, niezłomny, dawał z siebie wszystko, gdziekolwiek zagrał. Ogrom wysiłku, ale i wspaniały muzyczny jego efekt, ukazuje dwupłytowy album ”Live in London”.

Koncertowe okrążanie globu nadwyrężyło w końcu zdrowie 80-latka. Zaszył się w swoim domu w Los Angeles, wycofując się “ze świata”. Nie oczekiwałem, że jeszcze usłyszę jego głos inaczej niż z posiadnych dotąd płyt. A tu niespodzianka. Mówiąc ściślej – wstrząs! 21 października 2016 roku ukazuje się jeden z najlepszych w całym dorobku Cohena album: “You Want It Darker”. 17 dni później Leonard odchodzi z tego świata.

Songi są świadomym pożegnaniem, spokojną przemową człowieka pogodzonego z losem i ze światem. Pogodzonego po swojemu. I am ready, my Lord, wyznaje w “Traveling Light”. Album jest perłą w jego dorobku poetyckim i muzycznym. Nie ma w nim grama sentymentu. Jest Bóg, jest śmierć, jest poddanie się Woli, jest zgoda. Słychać chór synagogi w Monteralu, celtyckie fiddle, ostatnie tony wygrywa kwartet smyczkowy. Nie ma taniej obietnicy.

Namówiony przez syna Adama, który zadbał o producencki szlif całości, schorowany Leonard nagrywa wokal w swoim living room w LA, wysyłając materiał do współpracowników emailem. W tytułowym “You Want It Darker ” powiada[1]:

Ty karty rozdajesz/Ja znikam z tej gry

Ty ciało uzdrawiasz/Ja chromym chcę być

Gdy chwała cię zdobi/ Ja wstydem kryję się

Ty ściemniasz barwy/My zdławmy skrę.

(tłum. Małgorzata Ewa Skibińska)

Zygmunt Barczyk

[1] If you are the dealer, I’m out of the game
If you are the healer, it means I’m broken and lame
If thine is the glory then mine must be the shame
You want it darker…

 

Lämna ett svar