„Nić losu” Ireny Desselberger

W życiu każdego z nas przychodzi moment, kiedy zaczynamy wspominać lata dzieciństwa, okresu dorastania, dojrzałości… Niektórzy pozostają na odnawianiu tych wspomnień wyłącznie w ramach własnej świadomości i pamięci, inni natomiast sięgają po symboliczne pióro (w dzisiejszych czasach zastępuje je komputer…), aby przelać te wspomnienia na papier.  Różne też ­­drogi i jeszcze różniejsze doświadczenia życiowe prowadzą do chwili, kiedy człowiek podejmuje decyzję nie tylko opisania swoich przeżyć, ale też i przede wszystkim udostępnienia ich szerszemu ogółowi. Wymaga to swoistej odwagi, zwłaszcza że książka taka bazuje przecież na materiale autobiograficznym.

Tak jest właśnie w przypadku książki Ireny Desselberger pt. Nić mojego losu (Wydawnictwo Polonica 2017). Mamy tu bowiem do czynienia nie z powieścią opartą na literackiej fikcji, ale z czymś bardzo osobistym: wspomnieniami osoby, której w ciągu biegu życia przyszło nie tylko przemieszczać się między różnymi miejscowościami i środowiskami w Polsce, ale także na tzw. obczyźnie, w tym przypadku na emigracji w Szwecji. Długie lata spędzone poza krajem, jak też rozliczne i bogate wydarzenia życiowe skłaniają do refleksji i do próby podsumowania tych doświadczeń. Bilans ich nie zawsze może przylega do wcześniejszych oczekiwań czy marzeń. Jak powiada sama autorka w swoim wierszu-prologu otwierającym te wspomnienia:

Siedzę przykucnięta w labiryncie myśli.

Ściskając zerwany Ariadny kłębek nici.

Czuję, że nie trafię tam nigdy już,

Dokąd pragnęłam – myśląc, że jestem tuż, tuż…

Ów przytoczony fragment wiersza, a zwłaszcza motyw „nici Ariadny”, oddaje celnie i symbolizuje nie tylko drogę życiową autorki, ale przede wszystkim, jak już zapowiada sam tytuł książki, „nić jej losu”. Nie ma pisarza, który nie opierałby swoich tekstów (w takim czy innym stopniu) na kanwie własnych przeżyć, jednak to, co uderza w książce Ireny Desselberger, to rzadko spotykana otwartość i szczerość – niekiedy aż zaskakująca odwagą obnażenia nierzadko bolesnych czy drażliwych spraw czy wydarzeń. Sądzę, iż wielu z naszych rodaków (mam tu na myśli głównie Polonię sztokholmską/szwedzką, ale nie tylko) zapewne doszukałoby się w tej książce podobieństw do własnego losu. Jakby nie było, każdy z nas znalazł się w tym kraju z takiego czy innego, nierzadko podobnego powodu.

Główną postacią wspomnień jest oczywiście sama autorka, zaś fabuła opiera się na autentycznych wydarzeniach z jej życia – od wczesnego dzieciństwa aż do chwili obecnej – na dobre i na złe. Autorka urodziła się w samym środku drugiej wojny światowej, w Środę Popielcową 1942 roku, w starym domu w Sułkowicach, sprawiając do tego niemiłą niespodziankę otoczeniu: zamiast upragnionego syna urodziła się kolejna córka. Jak czytamy: „Według opowieści mamy, przez dwa tygodnie nikt nie przyszedł, żeby mnie zobaczyć.” Przytaczam to właśnie zdanie, bo widzę tu pewną symbolikę i przekorę losu: owa dziewczynka, która swoim przyjściem na świat początkowo zaskoczyła i rozczarowała otoczenie, wyrasta na rezolutną, pełną wdzięku, humoru i odważną pannę, a czytelnik, towarzysząc jej przez lata szkolne i studia, nieraz podziwia błyskotliwość i odwagę, a nawet tupet tej młodej osóbki, potrafiącej dzielnie sobie radzić w różnych sytuacjach. Jednocześnie, o czym nie zapominajmy, mamy poprzez te wspomnienia wgląd w Polskę lat 60-tych i 70-tych, a więc doskonały obraz komunistycznej rzeczywistości, oddanej przez autorkę wielokrotnie czy to z humorem czy to z przechowaną przez lata irytacją, ale także nierzadko z nutą nostalgii czy smutku.

Irena Desselberger ze Stanem Borysem

Po studiach pani Irena wychodzi za mąż za Piotra Desselberga i wyrusza, jak pisze, na swoją pierwszą emigrację – do Katowic. Tam rodzi się syn Jacek, a kilka lat po nim córeczka Renia. W roku 1981, dzięki pracy męża w szwedzkiej firmie Ericsson, rodzina ma możliwość wyjazdu do Szwecji. I tak zaczyna się druga emigracja państwa Desselbergów, tym razem w obcym kraju. Emigracja początkowo nieplanowana, ale rzucone wiele lat wcześniej, jeszcze w komunistycznej Polsce, gorzkie słowa autorki: „Niech mi nikt nie mówi o Ojczyźnie! Moja ojczyzna będzie tam, gdzie moje dzieci będą miały co jeść!” okazały się z czasem prorocze i rodzina została na stałe w Szwecji. I podobnie jak to miało miejsce w przypadku opisu komunistycznej egzystencji w Polsce, równie ciekawe są opisy Szwecji od lat 80-tych po obecne. Niejeden odbiorca tekstu rozpozna pewnie wszystkie te drobne i wielkie problemy dnia codziennego, z jakimi zmagają się ludzie w nowym kraju – nie będę ich opisywać, żeby nie odbierać potencjalnym czytelnikom przyjemności lektury.

Wspomnę tylko, że z czasem nad małżeństwem pary głównych postaci, z początku szczęśliwym, zaczynają powoli gromadzić się chmury. Różnice pochodzeniowe i nawyki wyniesione z domu obojga nie ułatwiają sytuacji, a trudności te wzmaga postępująca choroba syna. To, w ogromnym skrócie i bez uprzedzania wydarzeń, przebieg dziejów w tej książce. Warto jednak uwydatnić szczególną problematykę stanowiąca wspólną płaszczyznę nie tylko dla osób i zdarzeń opisanych w samej książce. Mam tu na myśli emigrację i problemy związane z przystosowaniem się do nowego kraju, kultury, języka, tradycji, sądów, uprzedzeń, itd. – lista jest długa. Dużo miejsca Irena Desselberger poświęca we wspomnieniach emigranckiej frustracji, zwracając uwagę na fakt, że gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli, filtrujemy zawsze rzeczywistość poprzez własne doświadczenia, myśli, język i przede wszystkim kulturę, w której się wyrosło. Wielu z nas rozpozna w tych opisach ów emigracyjny paradoks: tu źle, ale i tam niedobrze… Jednocześnie, co autorka niejednokrotnie akcentuje, daje to jakby podwójną perspektywę widzenia, utrudniającą, ale i ułatwiającą akceptację czy dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Nie każdego stać na to, żeby odsłonić przed światem swoje codzienne zmagania ze szwedzką rzeczywistością, swój związek małżeński, problemy z dziećmi czy inne troski dnia codziennego w tak otwarty sposób, jak czyni to autorka. Nie szczędzi ona jednak czytelnikowi również opisów wielu szczęśliwych chwil, spędzonych z rodziną w najprzeróżniejszych sytuacjach, czy to na wakacjach, czy na co dzień. Jest też w tej książce bardzo dużo humoru, autoironii i empatii oraz emanuje z niej miłość do ludzi i przede wszystkim wielki optymizm – mimo niejednokrotnie naprawdę trudnych przeżyć i ciężkich doświadczeń życiowych.

Myślę, że przede wszystkim oparcie w najbliższych, jak również silna i nigdy niezachwiana wiara w Boga, pozwoliła autorce znieść wszelkie trudy i nie zgasiła w niej nigdy nadziei na lepsze jutro. Jak i to, że miała ona (i ma nadal) nieustający kontakt z rodziną w Polsce, której zresztą zawsze pomagała w krytycznych chwilach, zwłaszcza w okresie stanu wojennego: w ciągu pięciu lat Irena Desselberger wysłała 362 kg paczek! Innymi słowy nie straciła ona nigdy kontaktu z Polską, pozostając w głębi ducha wierna swojej starej ojczyźnie. Świadczy o tym dobitnie również jeden z zamieszczonych w książce wierszy, pt. „Moja Ojczyzna”, napisany i wygłoszony na uroczystości Święta Niepodległości Polski w 2014 roku w Polsko-Szwedzkim Klubie Seniora.

Kiedy czytałam tę książkę nasunęła mi się następująca refleksja z Autobiografii Agathy Christie: Co decyduje o wyborze wspomnień? Życie przypomina siedzenie w kinie. Pstryk! I oto ja: dziecko pałaszujące ptysie (…). Pstryk! Minęły dwa lata i siedzę na kolanach u babci (…). To jedynie chwilki – a między nimi długie puste przestrzenie miesięcy czy nawet lat. Gdzie się wtedy było?… Otóż myślę, że Irena Desselberger jak mało kto potrafiła wypełnić owe „długie puste przestrzenie miesięcy czy nawet lat”: w opisie chociażby dzieciństwa czy okresu dorastania jest imponujące mnóstwo szczegółów. Bardzo dużo miejsca poświęca zwłaszcza wspomnieniom o babci, rodzicach i ich wkładzie w wychowanie dzieci i wnuków. Zwłaszcza ostania część książki to niesłychanie drobiazgowa historia całej rodziny – jakże bogate źródło informacji dla kolejnych pokoleń.

Irena Desselberger, pisząc o rodzicach, podkreśla szczególnie, że: „oboje starali się nas wychować ‘na ludzi’, ale też ‘dla ludzi’.” Myślę, że wierna tej rodzinnej tradycji autorka spisała swe wspomnienia nie tylko dla najbliższych, ale także właśnie „dla ludzi”: poza sferą całkowicie prywatną, uniwersalność problemów i wydarzeń opisywanych w książce może być udziałem wielu Polaków, którzy znaleźli się w zbliżonej e/imigracyjnej czy też w każdej innej podobnej życiowej sytuacji.

M. Anna Packalén Parkman

Irena Desselberger: Nić mojego losu. Wydawnictwo Polonica, Sztokholm 2017

 

 

Lämna ett svar