Czarodziejski kontrabas Avishai Cohena

Piorunem wdarł się do elity współczesnego jazzu. Mimo, że z kontrabasu uczynił instrument solowy, zdobył popularność również i poza kręgiem entuzjastów jazzu. Zasłynął wirtuozerią solistycznego grania, wyczarowując misterne frazy karkołomną „palcówką” na, zdawałoby się, „inercyjnym” instrumencie.

Jego oryginalny styl gry, efektowne kompozycje, czerpiące z tradycji jazzu ale i ze skarbnicy muzyki żydowskiej, bałkańskiej i latynoskiej, sprawiają, że od pierwszych dźwięków jest muzykiem rozpoznawalnym. Niektórzy powiadają, że rytmika i melodyka utworów, wpisują się w kanon jazzu śródziemnomorskiego. Dla mnie to jazz ekstatyczny. Oferuje to co w jazzie najlepsze, uskrzydla słuchacza, włącza go w intensywny przebieg muzyki, na przemian energetycznej i melancholijnej, zespołowej, improwizowanej .

Avishai Cohen urodził się  47 lat temu w Izraelu, w rodzinie mającej korzenie w Hiszpanii, Grecji i Polsce. Wychowywał się na przemian w Izraelu i USA. Biorąc lekcje klasycznego fortepianu, sukcesywnie otwierał się na różne nurty muzyki. Kiedy usłyszał kultowego kontrabasistę jazzowego Jaco Pastoriusa, zrozumiał iż znalazł swój instrument. Ćwiczył zapamiętale, zarabiając na życie pracą robotnika budowlanego, łączył robotę na rusztowaniach z ulicznymi występami w Nowym Yorku. Pamiętam jego wypowiedź podczas nagranego na płytę i video koncertu jego ansamblu w klubie Blue Note. Stojąc szczęśliwy na tej prestiżowej scenie, powiedział słuchaczom:

wielokrotnie grałem tu w pobliżu, stojąc przed wejściem do klubu na chodniku po drugiej stronie ulicy, marząc że kiedyś zagram w środku, na tej scenie.

Przełom nastąpił w roku 1996,  kiedy do swojego zespołu zaprosił go wielki już podówczas Chic Corea. Po sześciu latach ich współpracy Avishai dojrzał muzycznie na tyle, iż zaczął koncertować pod własnym nazwiskiem, rok po roku wydając swoje autorskie płyty. Dał się przez te lata poznać nie tylko jako wirtuoz kontrabasu, ale i jako wyborny kompozytor, improwizator i jako lider organicznego tria (fortepian, kontrabas, perkusja), które stworzył wzorem innych mistrzów jazzu.

Avishai wciąż  poszukuje nowych form wyrazu. Ostatnio coraz częściej adaptuje swe utwory na duże składy symfoniczne, sięga po gitarę basową, śpiewa na koncertach, najchętniej piosenki żydowskie. Mimo sporej liczby albumów wydanych w ostatnich 20 latach, każda płyta przynosi coś świeżego, wzbudzając u słuchacza radość i wzruszenie. Avishai wciąż wiele koncertuje, grając zarówno w klubach, jak i w słynnych salach koncertowych. Publiczność za nim przepada, dobre wibracje wyzwolone jego muzyką budzą w słuchaczach euforię. Podczas tury koncertowej w Polsce w 2008 roku, w wywiadzie dla Onet.pl, powiedział:

Zrozumiałem, że nie można być dobrym muzykiem, jeśli nie jest się dobrym człowiekiem, jeśli nie szanuje się innych. Najpierw więc trzeba być człowiekiem, a dopiero potem można zostać muzykiem.

Dane mi było słuchać jego muzyki na żywo trzykrotnie, za każdym razem było to mocne przeżycie. Nie trzymając się ramek wyznaczanych w nagraniowym studio, Avishai napełniał znane z płyt utwory gęstymi improwizacjami. Dwa razy miało to miejsce w sztokholmskim klubie jazzowym Fasching, gdzie wystąpił wraz ze swoim sztandarowym trio, w skład którego wchodzili Shai Maestro na fortepianie i Mark Guiliana na perskusji. Dziś prowadzą oni własne zespoły, Avishai ma zaś nowe trio z Natai Hershkovitsem (p) i Danielem Dor (dr). Brawurowego koncertu w nowym składzie jego tria słuchałem w ubiegłym roku w sztokholmskim Koncerthuset, gdzie znów rozgrzał publiczność do czerwoności.

Avishai, jak sam zaznacza, lubi przyjeżdżać do Szwecji, lubi tu koncertować, dopracowuje nagrania w Nilento Studio w Göteborgu, u swojego przyjaciela Larsa Nilssona. Zszywał i wygładzał tam również moją ulubioną płytę „Gently Disturbed”. Złożony z 11 utworów album sprawia wrażenie suity. Dzieje się tak za sprawą przemyślanej kolejności utworów i świadomie wywoływanych zmian muzycznego klimatu. Zdumiewa wirtuozeria partii solowych każdego z muzyków ale i zespołowe, pełne intensywnej pulsacji, ”organiczne” granie tria. Jest tam wszystko: pasja i subtelność, kaskady dźwięków i nostalgiczny spokój ballady. Avishai Cohen, Shai Maestro i Mark Guiliana to piloci muzycznego aeroplanu a słuchacz pasażerem, szczęśliwym że z nimi leci. Jest ekstatycznie a czasem i melancholijnie, jak pod mazowieckimi wierzbami. Jest w tym graniu frenetyczny Orient, są rytmiczne puzzle Bałkanów, rozwirowana latina, jest elegancja Bacha a i medytacyjny liryzm Kurylewicza.

Najbardziej odlotowym na płycie Avishaia utworem jest „Eleven wives”. Podkręcone bałkany z podrasowanym orientem, koronkowe solowe przebiegi kontrabasu i łamańce rytmiczne tria. Słuchając takiego grania nie sposób nie lewitować. Bywa też na tej płycie spokojnie, jak w „Puncha Puncha”. Melancholia żydowska, rzewność słowiańska, skandynawskie wyciszenie. Mimo wielu wtrętów z różnych nurtów i tradycji, nie ma w tym jednak ani grama taniochy grania alla world music. I znów przyspieszone bicie serca: oto „Pinzin Kinzin”, ekwilibrystyka na bazie rytmicznej łamigłówki z okraszającą to wszystko filuterną melodią. Hipnotyzujące granie. I tak można by jeszcze długo o tej płycie. Która jest u mnie mocnym kandydatem do zabrania na samotną wyspę.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar