Matylda

Co jest w człowieku najwyższe, co najważniejsze? Rozum i wątpliwości? Bezinteresowność, bohaterstwo, braterstwo, wierność? Grzegorz wierzył niezachwianie, że tylko jedno: dobroć, może spełnić człowieka w pełni. Na jego skali wartości serce szło przed rozumem.

To nie była zwykła historia, a wszystko zaczęło się wtedy, kiedy kupił dom w Poroninie. Był wystawiony na sprzedaż już parę lat, a postawiono go w miejsce domu, który spłoną w 1969 roku. Wcześniej, jeszcze przed wojną, stała tam podobno kuźnia. Prawdę mówiąc Grzegorz nie wiedział, po co go kupił. Może, dlatego że miał nagle dużo pieniędzy.

To się zdarzyło w Ameryce. Pracował już z górą rok na budowie wielopiętrowego parkingu, kiedy kolega zaprosił go na weekend do Las Vegas, i Grzegorz wygrał tam, na jednoręcznym bandycie, ni mniej ni więcej, tylko okrągły milion dolarów! Wrócił wtedy do Kraju i mądrzy ludzie poradzili mu, żeby ulokował część pieniędzy w domu.

Był bardzo piękny i Grzegorz nie mógł rozumieć, dlaczego stoi tyle lat pusty. Piękny i zarazem jakiś dziwny. Sprawiał wrażenie, że wypełnia go pamięci minionych egzystencji. Kiedyś przyjechał wuj Tadeusz, i poszedł któregoś dnia na spacer. Wrócił zdumiony. – Wyszedłem na spacer – opowiadał zdziwiony – z myślą, że wracając wstąpię na pocztę… I zatrzymałem się przed twoim domem!

To zdarzało się wielu ludziom. Nawet pukali do drzwi i dziwili się, że nie ma tu urzędu pocztowego. Podobno dawno temu rzeczywiście mieścił się tu urząd pocztowy. Czyżby żyli tu w poprzednich wcieleniach?

Przed Grzegorze właścicielem domu był znany artysta-rzeźbiarz. Mieszkał teraz trochę dalej, w górę zakopianki. Grzegorz odwiedzał go czasem pogadać. Rzeźbiarz opowiedział mu, że kiedyś zorganizował seans spirytystyczny, z którego wszyscy uciekli przerażeni. Nie chciał powiedzieć dlaczego, ale któregoś dnia spytał, czy nie boi się mieszkać sam? Grzegorz zdziwił się. Czegóż miałbym się bać? Nie zrobiłem nikomu nic złego? Rzeźbiarz tylko się uśmiechnął.

To zdarzyło się tego dnia, kiedy miał pojechać do Krakowa. Obszedł cały dom i sprawdził czy okna pozamykane, a gdy szedł korytarzem pierwszego piętra, usłyszał na drugim odgłos kroków. Charakterystyczny krok kobiety na wysokich obcasach. Pomyślał, że to pewnie któraś z dziewcząt, którym wynajmował pokoje. Kroki zbliżały się, jakby do schodów, i nagle ucichły. Wszedł na drugie piętro sprawdzić, co to było, i wtedy ją ujrzał.

Stała przy końcu schodów i przyglądała mu się. Była prześliczna! Po prostu piękność, młoda kobieta cudownej urody. Stała przed nim i przyglądała mu się wielkimi błękitnymi oczami. Grzegorz po raz pierwszy w życiu zobaczył ducha! Gdy to później opowiadał zapewniał, że wcale się nie bał. Była zbyt piękna, aby się bać!

Zaczęli rozmowę. Telepatycznie, ale Grzegorz miałem wrażenie, że słyszy jej głos. Powiedziała: Dzień dobry! I parę grzecznościowych słów. Na to Grzegorz: Dzień dobry, Pani Matyldo! Tak to jakoś wyszło, przecież nie znał jej imienia, ale nic nie powiedziała.

Przedstawił się i powiedział, że to jego dom, i że Matylda może tu być jak długo zechce. Zupełnie mu to nie przeszkadza, a nawet czuje się wyróżniony. Ale musi trzymać się pewnych reguł. Możesz tu być Matyldo! – mówił. – Możesz się domem i mną opiekować, przyjmę to z radością! Ale pamiętaj, żadnych innych duchów, a szczególnie żadnych demonów! Jeżeli się nie zastosujesz, będziesz musiała dom opuścić! Ale bardzo się cieszę ze spotkania!

Potem pojechał do Krakowa, a gdy wrócił wszystko zastał na swoim miejscu i w porządku. Ale po paru dniach poczęły dziać się rzeczy, które mówiły, że Matylda jest w pobliżu. Na przykład zapach. Ilekroć poczuł miękki, łagodny zapach perfum wiedział, że Matylda jest gdzieś blisko.

W ciągu roku Matylda ukazała się jeszcze trzem osobom, ale Grzegorzowi już nigdy. Jednym był młody chłopak. Pracował w lodziarni na rogu, i wynajmował pokój.

Któregoś dnia Grzegorz zorganizował wielki bal przebierańców. Przyjechali oczywiście Krakusi, parę osób z Warszawy, parę aż z Gdyni. Było cudownie, bal trwał do rana i było już dobrze widno, kiedy ostatni goście poszli spać.

Chłopiec wstał wcześnie rano, poszedł do łazienki i nagle poczuł, że ktoś za nim stoi. Odwrócił głowę i zobaczył piękną kobietę w dziewiętnastowiecznym stroju. Był przekonany, że to ktoś z gości Grzegorza, więc się uśmiechnął się i grzecznie pozdrowił. Ale kiedy zobaczył, że kobieta pochyla się z zaciekawieniem i próbuje wziąć do ręki mydło, a jej dłoń przepływa tylko przez mydelniczkę, przerażony uciekł i natychmiast się wyprowadził.

Matylda była sympatycznym duchem i na pewno nie chciała nikogo straszyć. Grzegorz czuł się bezpiecznie wyczuwając jej obecność, a Matylda, tego był pewien, kochała dom i wszystkich jego mieszkańców.

Wieści o Matyldzie się rozeszły i kiedyś ktoś zapytał Grzegorza, dlaczego nie sprowadzi egzorcysty, żeby przepędził ducha? Grzegorz się wtedy bardzo oburzył. Tak nie można! To byłby wielki nietakt! Nie wyrzuca się, na Boga domowników na bruk!

Grzegorz rozmawiał z Matyldą wielokrotnie i wyczuwał jej obecność, choć nie pokazała mu się nigdy więcej. Uświadamiał jej, że nie należy do świata ludzi, że jest z innej frekwencji istnienia, ale to jakoś do niej nie przemawiało. Prosił i namawiał, aby rozejrzała się wokół, a na pewno zobaczy istoty podobne sobie, może nieżyjących już, jak ona, krewnych. Nie miała na to ochoty i Grzegorz więcej nie namawiał. Jej sprawa. Jeżeli wybrała obcowanie z ludźmi, jemu to nie przeszkadzało. Może mieszkać w jego domu jak długo zechce.

Grzegorz był pewien, że Matylda była w pełni świadoma tego, co robi. Zna świat, i drugą stronę lustra też zna. Jeżeli bardziej woli być w świecie ludzi niż dusz, i jest tu szczęśliwa, to w końcu najważniejsze.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar