WYWIADY: Następny projekt: chcemy wysyłać satelity

Flightradar24 to aplikacja, którą wielu z nas ma zainstalowaną w swoich telefonach. Małe obrazki żółtych samolocików pokrywają całe kontynenty. Dziennie z aplikacji korzysta ponad 2 miliony użytkowników na całym świecie. Nie tylko dla zaspokojenia zwykłej ciekawości, gdzie znajduje się teraz samolot, którym będziemy lecieć na wakacje. To, wbrew pozorom, ważne narzędzie pracy dla wielu ludzi związanych z lotnictwem. Konstruktorem aplikacji jest młody Polak mieszkający w Sztokholmie, Michał Robertsson.  Firma Flightradar24 ma zainstalowanych dzisiaj na całym świecie 15 tysięcy odbiorników sygnałów nadawanych przez samolotowe transpondery.

Michał Robertsson, 41 lat, wcześniej Michał Niczko. Zmieniłeś nazwisko. Dlaczego?

To długa historia. Pracowałem wcześniej w wielu szwedzkich firmach i widziałem, że wiele podań o pracę od osób z obcymi nazwiskami była odrzucana. Byłem akurat bezrobotny i był to dla mnie jeden ze sposobów żeby dostać szybciej pracę.

Zadziałało?

W końcu założyłem własną firmę.

Przyjechałeś tutaj jako małe dziecko.

Miałem 6 lat. Moi rodzice przyjechali do Szwecji w 1983 roku. Mój ojciec pracował w firmie, która dawała mu możliwość wyjazdu na pięć lat do pracy w Szwecji. Mieliśmy wrócić do Polski, ale nie wróciliśmy. Mieszkaliśmy w Sztokholmie.

Działałeś w polskim harcerstwie w Sztokholmie. Jak tam trafiłeś?

Rodzice wysłali mnie na jeden z pierwszych obozów harcerskich, wtedy to były początki reakatywowanego polskiego harcerstwa w Szwecji, jeszcze nawet nie Hufiec nie nazywał się Kaszuby. Zostałem tam na 15 lat, byłem przez jakiś czas zastępcą druha Jana Potrykusa. Dzisiaj świetnie ten okres wspominam, nadal mam kontakt z wieloma osobami, które wtedy w naszym hufcu były.

Studiowałeś na Politechnice Sztokholmskiej…

Tak, dwa lata. Studiów nie zdążyłem ukończyć, bo dostałem pracę.

Dawniej w Polsce mówiono, że bez studiów trudno zrobić karierę, ale to się dzisiaj wcale nie sprawdza.

Dzisiaj jako właściciel firmy też nie pytam w pierwszej kolejności osób, które zatrudniam, czy ukończyły studia. Ważniejsze są inne rzeczy.

Jakie?

Pytam o motywację, dla której ktoś się stara o pracę w naszej firmie. Później dopiero pytam o kompetencje, doświadczenie…

Twoja firma to Flightradar24. To też aplikacja pozwalająca na obserwację ruchu lotniczego. Myślę, że korzysta z niej wielu czytelników Nowej Gazety Polskiej, ale mało kto wie, że jej twórcą jest Polak. Jak się zaczęło?

W czasie gdy byłem bezrobotny zacząłem budować strony internetowe. Między innymi stronę na której można było zamieniać się mieszkaniami, zrobiłem też stronęń gdzie można było wysyłać za darmo smsy. Zacząłem dzięki tym stronom zarabiać napierw drobne, później coraz większe pieniądze. To spowodowało, że założyłem firmę. Prowadziłem ją w domu, po dwóch latach zaczęło mnie to trochę nudzić, przez przypadek natrafiłem na kolegę, z którym nie miałem kontaktu wiele lat, który pracował w firmie komputerowej w Irlandii. To zdolny programista. W 2006 roku założyliśmy wspólnie firmę, nadal budowaliśmy strony internetowe, coraz lepsze, kupiliśmy domenę Flygresor.se. Zrobiliśmy z niej wyszukiwarkę tanich lotów. Weszła na rynek w 2007 roku, a rok później była największą wyszukiwarką tanich lotów na rynku szwedzkim. To rozwijało się bardzo dobrze i bardzo szybko. Flightradar to produkt uboczny tej strony. Chcieliśmy po prostu zachęcić więcej ludzi do korzystania z naszej wyszukiwarki. W 2007 roku zwrącuiłem uwagę, że angielska firma sprzedaje odbiorniki radiowe, które odbierają sygnały z samolotów i w ten sposób można wiedzieć, gdzie samolot w danej chwili się znajduje. Kupiliśmy dwa takie odbiorniki, zainstalowaliśmy je w Sztokholmie i nagle mogliśmy obserwować wszystkie samoloty znajdująace się w tym obszarze na naszych komputerach. Taką funkcję umieściliśmy na stronie Flygresor.se. To korzystającym z naszej wyszukiwarki bardzo się spodobało. Było tak, że dużo więcej ludzi wchodziło na stronę by zobaczyć gdzie jest samolot, niż zarezerwować lot. Stwierdziliśmy, że lepiej z tego zrobić oddzielną stronę, i podzieliliśmy naszą firmę na dwie. Za czasem sprzedaliśmy Flygresor.se, dzisiaj zajmuję się tylko Flightradar. To produkt bardziej globalny.

Jakby jednak porównać korzyści jaki użytkownikom dawała wyszukiwarka Flygresor, to Flightradar wydaje się tylko ciekawym gadżetem…?

Pozornie. Zależy kto z tej aplikacji korzysta. Mam różne grupy użytkowników. Korzysta z naszej aplikacji coraz więcej firm. Korzystają lotniska, firmy lotnicze, podróżujący… Wiele osób wychodzi z założenia, że firma lotnicza wie, gdzie jej samolot się znajduje. A tak naprawdę to linia lotnicza tego nie wie. Dlatego dla ludzi bądź firm pracujących z lotnictwem jest to ważne narzędzie pracy. Oczywiście, że kontrolerzy ruchu powietrznego wiedzą, gdzie każdy samolot się znajduje, ale ta informacja nie jest przekazywana obsłudze lotniska na przykład przy gate’cie, czy obsłudze technicznej czekającej na przylot samolotu. Więc dla nich Flightradar to bardzo wartościowe narzędzie. Gdy do tego dodamy firmy dowożące jedzenie do samolotów, taksówkarzy odbierających pasażerów na lotnisku, rodziny lotników, stewardes, którzy chcą wiedzieć, gdzie ich bliscy się w tej chwili znajdują, czy zwykłych pasażerów oczekujących na lot – to mamy bardzo szeroką grupę osób, które z aplikacji korzystają.

Jest to produkt o charakterze globalnym, ilu macie użytkowników?

2 miliony dziennie.

Kiedyś bardziej zaawansowana aplikacja była płatna?

Tak, mieliśmy trzy aplikacje – jedna płatna, jedna darmowa, jedna specjalna, teraz mamy znowu jedną aplikację. Załadowało ją ponad 40 miliony użytkowników. Dzisiaj utrzymujemy się z reklam na stronie, ze specjalnych subskrypcji naszych usług.

Wydawało by się, że informacja, gdzie znajduje się każdy samolot powinna być ze względów bezpieczeństwa poufna, a nie jest. Jak to praktycznie wygląda? Rozumiem,że macie takich odbiorników wyłapujących sygnały z samolotów więcej niż dwa…

Wbrew pozorom nie jest to wcale informacja poufna. Mamy teraz na całym świecie zainstalowanych 15 tysięcy odbiorników. Co tydzień instalujemy 50 nowych. Chodzi o polepszenie zasięgu. Jeden odbiornik ma zasięg 300 kilometrów. Ale… oczywiście sa samoloty, które z różnych powodów powinny być ukryte, więc współpracujemy z różnymi służbami bezpieczeństwa, policją. Jak proszą nas by ”ukryć” samolot, to go ”ukrywamy”. Na przykład nie pokazują się na naszej aplikacji helikoptery policyjne. Podobnie samoloty rządowe. Każdy samolot ma własny transponder, pilot go nie może wyłączyć, bo wówczas stanie się ”niewidzialny” także dla wież kontrolnych. My jednak możemy ”zablokować go” by się nie pojawiał w aplikacji. Ale w gruncie rzeczy każdy kto chce może sobie kupić własny odbiornik sygnałów z transponderów i będzie ”widział”, gdzie każdy z samolotów lub helikopterów się znajduje.

Czy te 15 tysięcy odbiorników pokrywają już cały świat?

Przestrzeń powietrza nad lądami jest w zasadzie dość dobrze pokryta. Mamy pewne ”dziury” na Saharze, w Chinach i w Amazonii. Nad Antarktydą też nie jest dobrze, ale tam na szczęście nie latają żadne samoloty. Problem jest nad ocenami i morzami. Jak postawimy odbiornik na brzegu to ma zasięg 300 kilometrów od brzegu. Na przykład nad Atlantykiem z jednej i drugiej strony jesteśmy w stanie obserwować obszar po 300 kilometrów każdy, pozostaje dziura prawie 2000 kilometrów. Dlatego staramy się dzisiaj instalować odbiorniki na wszystkich wyspach, np na Grenlandii mamy 15 odbiorników, podobnie na Islandii.

Czy to wymaga jakiegś zezwolenia?

Nie, to zwykły odbiornik radiowy.

Co można zatem zrobić by mieć wgląd w ten obszar na którym nie ma odbiorników?

To nasz następny projekt: chcemy wysyłać satelity, wtedy uzyskamy globalny zasięg. Projekt bardzo fajny, tylko też bardzo kosztowny. Wysłanie jednego satelity to gigantyczne pieniądze, a my byśmy potrzebowali takich satelit kilkadziesiąt.

Ambitne plany.

Myśmy próbowali polepszyć zasięg odbioru sygnałów na morzu za pośrednictwem współpracy z firmą amerykańską i norweską. Był to projekt przypominający deskę surfingową: prawie metr szeroka, cztery metry długa, na której zainstalowaliśmy nasz odbiornik zasilany panelami słonecznymi z nadajnikiem satelitarnym, który na bieżąco wysyłał sygnały, które odbieraliśmy w Sztokholmie. Wysłaliśmy tę deskę z Trondheim, dryfowała ona przez pół roku po Atlantyku. To był bardzo ciekawy produkt, ale niestety bardzo drogi. Taka deska porusza się z szybkością 1-2 węzłów, pokrywa też obszar o zasięgu 300 kilometrów. Trzeba by takich desek surfingowych mieć setki. Tylko aby pokryć Atlantyk to potrzebne by było 30 takich pływających desek. Nie można więc tego porównać do zasięgu satelity. Tym bardziej, że jedna deska kosztuje niemal tyle co satelita.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

Lämna ett svar