Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało

Sięgnę do „prehistorii”. Dla młodego człowieka żyjącego w Polsce „Ludowej” wyjazd do Zakopanego, na Mazury, Trójmiasta, Warszawy, Szczecina, był wydarzeniem takim, jak dziś nad Morze Czerwone, Wyspy Kanaryjskie, czy Malwiny. Podróże zagraniczne były sennym marzeniem ściętej głowy, inaczej mówiąc przywilejem bardzo niewielkiej grupy osób.

Mój pierwszy wyjazd „na Zachód” (1962 rok, zima stulecia, podróż do Wiednia z kabaretem Klubu Studentów Wybrzeża „Żak” TO-TU) rozpoczął się na stojąco w wagonie pocztowym ekspresu Gdynia-Warszawa, bowiem nie wszyscy dostaliśmy miejscówki, i drogą losowania trzy osoby (między innymi ja, trzecim był kontrabasista Helmut Nadolski) podróżowały na stojąco w wagonie pocztowym. Marzliśmy potwornie i gdyby Czesiek (Niemen) nie wyciągnął z kieszeni piersiówkę z czystym spirytusem (ciepłym!) – zamarzlibyśmy tam jak amen w pacierzu na śmierć. Nasz wyjazd był rewizytą, jechaliśmy na zaproszenie związku studentów uniwersytetu wiedeńskiego, rok wcześniej odwiedził Gdańsk ich chór akademicki.

Podróże zagraniczne istniały dla Polaków w sferze marzeń, wzdychań, snów. Ewentualnie NRD, Czechosłowacja, Bułgaria, i bolsze niczewo.

Wraz z transformacją nastąpiła, używając języka socjologów, przebudowa świadomości społecznej, co oznaczało otwarcie umysłów i portfeli. Dokonała się polaryzacja społeczeństwa i doszło do gwałtownego przyspieszenia. Polacy rozpoczęli nadrabiać stracony czas i rozjeżdżać się po świecie. Nastąpiła swoista inwazja na światowe kurorty, i tak trwało jeszcze do niedawna.

Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale zauważam, że nastąpiło – u moich znajomych, ale nie tylko, bo mówią o tym podobno również analizy biur podróży – pewne znużenie, jakaś wewnętrzna potrzeba położenia temu kresu. Ciągłe podróże, w pewnym sensie presja nałożona samemu sobie, stała się dla wielu podróżników, jeśli nie ciężarem to na pewno rodzajem zdecydowanie mniej interesującego sposobu na wypoczynek. Przytępiła się w jakimś sensie, nasyciła, ciekawość świata.

Powoli marnieje w nas nomada, lotniskowy koczownik, a budzi tęsknota do egzystencji osiadłej. Ludzie kupują, albo budują w Polsce lub gdzie indziej w świecie, własne gniazda. To poczyna mieć także odbicie w literaturze, ale to już inna historia.

Przypomina się scenka wziętą z głębokich polsko-ludowych czasów. Nie dałbym głowy, że autentyczna, ale absolutnie mieszczącą się w ówczesnych realiach. Polska była uważana za „najweselszy obóz w demoludach”, i nie tylko to. Byliśmy dla „obozu państw socjalistycznych”, a szczególnie Związku Radzieckiego, „zachodem”. Numery krakowskiego „Przekroju” czy warszawskiej „Polityki” należały dla moskwiczan czy leningradczyków do „zachodniej” prasy. Rosjanie, aby czytać polskie czasopisma, uczyli się języka polskiego! Ale reszta ZSRR była, mówiąc z lekką tylko przesadą, średniowieczem.

Z tego średniowiecza, z syberyjskich bezdroży, przyjechała do Warszawy wycieczka, którą oprowadzał przewodnik „Orbisu”, jedynego w owych czasach polskiego biura podróży. Mieli szeroki program, i w końcu przewodnik zaprowadził znużonych Rosjan do baru „Praga” na herbatę. Każdy otrzymał szklankę gorącej wody, łyżeczkę, cukier, i torebeczkę z ekspresową herbatą. Czterdzieści par oczu budowniczych komunizmu zawisły na przewodniku. A ten – swoją drogą świnia – wziął torebeczkę do ust i zaczął spokojnie popijać wodą. Cała wycieczka natychmiast postąpiła podobnie, popijali wodę, a z kącików ust zwisały im malowniczo sznureczki.

Dyrekcja „Orbisu” dowiedziała się o tym błyskawicznie i facet wyleciał natychmiast na zbity pysk, co mu się absolutnie należało.  Nie kopie się leżących.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar