ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Wiraże miraże

Jakie barwy ma świat astralny? Trudno powiedzieć. Mnie wydaje się, że bardziej jest czarno-biały, jak kolorowy. Innymi słowy mówiąc, myślę że astralem, który powszechnie nazywany jest niebem, rządzi albo – albo. W świecie bez masy, boskim świecie, nie ma negocjacji, koncepcji, kompromisów. Dobro jest dobro, zło jest zło, i kropka! Kolorowo, to może być u nas, na Ziemi.

Człowiekowi, szczególnie człowiekowi inteligentnemu, jeżeli ma oczy otwarte a najczęściej ma, blisko do melancholii. Pobiera surowe nauki od życie, świat tyle razy go zawodzi, że melancholia stałe się jego drugim domem.

Na szczęście nie przez całe życie. Lata dziecięce to lata szczęścia, i nie ma znaczenia, że dziecku brak świadomości, iż jest szczęśliwe. Młodzieńczość przeżywa fascynację seksem, głównym źródłem radości i szczęścia. A potem? Potem – im dalej tym gorzej. Proszę sięgnąć w pamięć i powiedzieć: co się najczęściej zapamiętuje? Otóż przykrości się zapamiętuje! Niczym niewymuszonej, prawdziwej, naturalnej i serdecznej radości, nie znajduje się niestety wiele.

Przyszło mi na myśl, że być może jedyną prawdziwą, autentyczną ojczyzną człowieka, jest jego życiorys. Widzę to na swoim przykładzie. Ostatnie czterdzieści lat spędziłem po drugiej stronie Bałtyku, w Szwecji. Gdybym pozostał w Polsce, byłbym dziś na pewno zupełnie innym człowiekiem. Byłbym jeszcze inny żyjąc w Wiedniu, Madrycie, Londynie, La Paz, Bogocie…

Z każdego miejsca coś się wynosi, czegoś uczy, a suma doświadczeń staje się wewnętrzną ojczyzną. Czego mnie nauczyła Szwecja? Zachowania dystansu, niegorączkowania się, dotrzymywania zobowiązań, przestrzegania dyscypliny pracy. Nauczyłem się również z latami – ale to już moja własna zasługa – dostrzegać niuanse, nie powtarzać mechanicznie ogólnie przyjętych banałów, bronić swojego prawa do protestowania przeciw bezmyślnym pseudoprawdom.

Życie sprowadza się właściwie do jednego – do obrony delikatności. Do stawania w szeregu ludzi wrażliwych, sprzeciwiania się banałom, i nie zwracania uwagi na tak zwaną „opinię publiczną”, która uważa wrażliwość za słabość, niemalże za głupotę.

Świat władzy, od długich stuleci i wszędzie, preferuje kabotyńskie hasła. Głosi prawdy o męstwie, zwycięstwie, nieskazitelnym honorze, używa imienia Boga w nikczemnych, zbrodniczych celach. Jak świat szeroki, rządy gloryfikują prymitywną, brutalną siłę, ubierając ją dla niepoznaki w teatralno-patriotyczne szaty.

Opowiem prawdziwą historię (zanotowaną przez Ryszarda Kapuścińskiego), do której komentarz dopiszcie sobie sami. Afrykańskie plemię walczyło od długich lat na śmierć i życie z drugim plemieniem. Wczesnym rankiem miała się odbyć decydująca bitwa, po której plemię przegrane oczekiwał nadzwyczaj okrutny los. Kacyk pierwszego plemienia w poprzedzającą bitwę noc oddalił się na ubocze, by pomodlić się do Boga. Modlitwa brzmiała następująco:

Panie Boże! Jutro zdecydują się losy mojego plemienia i to będzie poważna sprawa. Dopomóż mi Boże, żebym jutro zachował się tak, jak człowiek powinien się zachować w swojej ostatniej godzinie. Pomóż mi Panie jasno wiedzieć, co jutro mam zrobić. Pomóż mi zapanować nad moimi nogami, żebym nie uciekł, jak przyjdzie zła chwila. Pozwól, abym zachować się jak przystoi wodzowi.

Zważ, że Cię proszę i nie odmawiaj mi pomocy. Wiesz przecież, że nie prosiłbym, gdyby sprawa nie była poważna. Jeżeli wygramy i pokonamy naszych wrogów, przyrzekam, że nie poproszę Cię już nigdy więcej o nic.

Kończę już i pragnę tylko jednego, żebyś wierzył, że to poważna sprawa. Jutro o brzasku nie będzie tu miejsca na żarty. Mężczyźni będą walczyli z mężczyznami! Więc jeśli chcesz nam pomóc, nie wysyłaj swojego Syna, przybądź sam!

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar