ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Pecunia non olet

Nie wiem jak napisać, co mam na myśli, aby nie zabrzmiało nieżyczliwie, gorzko, moralizująco, zarozumiale, oszczędnie, słowem zabijając przyjemność, ale trudno się powstrzymać przed zadaniem pytania: Czy rzeczywiście musimy bez przerwy latać naokoło świata? Czy to nie zaczyna być cokolwiek absurdalne?

Oczywiście bardzo dobrze, że konfrontujemy się z różnymi kulturami ziemskiego globu, tylko czy daje to nam inne korzyści, prócz wizualno-smakowych? W większości przypadków zachowujemy się jak pasza wśród poddanych, których jedynym celem i przyjemnością jest nam usługiwanie. A potem, po powrocie, mamy czelność wygłaszać lekceważące opinie o ludności tubylczej. Wiem, nie wszyscy, ale jednak większość, w mniej lub bardziej zaawansowanej formie, tak relacjonuje swoje ekskursje na Daleki Wschód, Bliski Wschód, Afrykę, Amerykę Łacińską.

Byłem kiedyś zaproszony, będąc w Kraju, do domu, gdzie gościem był również pewien generał, który drwił sobie z Hindusów, podając za przykład ich opóźnienia kulturowo-cywilizacyjnego fakt, że widział kable elektryczne wiszące tuż nad ziemią.

Wszyscy musimy koniecznie do Londynu, do Bangkoku, na Bali, na Madagaskar, do Egiptu, Peru, San Salvador. Jest jakiś obłąkańczy pęd podróżować do utraty tchu, do zawrotu głowy, aż planeta się rozpęknie!

Za to właśnie, za te opętańcze podróże, prawnuki nas znienawidzą. Za to, że w pełni świadomie przyczyniamy się do procesu niszczenia naszej małej planetki, dlatego tylko, że chcemy opalać się, kąpać, pić drinki na drugiej półkuli, i czuć ważniejsi niż w domu. Bardzo to ludzkie i bardzo głupie.

Przyjemność latania zasłoniła nieomal wszystkie inne przyjemności. Co druga szycha w kraju, i co dwudziesty student, byli już wszędzie, czasem po parę razy. W Japonii. Brazylii, Południowej Afryce, Meksyku. Co druga szycha uważa za rzecz najnaturalniejsza pod słońcem „kopnąć się” do Rzymy na weekend, skoczyć przez Atlantyk „żeby się przewietrzyć”, odwiedzić lepszego dentystę w Wiedniu, zjeść kolację ze znajomymi w Budapeszcie.

Nie trzeba być prorokiem by się zadumać nad losem świata, nad jego przyszłością. Wystarczy trochę wyobraźni, aby pojąć, że za dwie, trzy generacje podróże te się urwą. Wszystkie!

Ale może mylę się gruntownie? Może nasza planetka czuje się znakomicie w atmosferze przepojonej spalinami samolotowymi? Może te ogromne samoloty spełniają rolę pierwiosnków na tatrzańskich halach?

Latajcie moim mili, latajcie. Ku powodzeniu linii lotniczych i na pożytek wasz zbawienny latajcie! Tańczcie taniec derwiszów, zanim padniecie na ziemię w drgawkach i stracicie przytomność. Tańczcie!

Przypomnijcie mi, bo nie pamiętam – Kto pierwszy „umierał stojąc”, a w każdym razie bardzo tego pragnął? La Pasjonata? Zapata? Może ktoś inny z dziewiętnastego wieku? Nie wiecie? To ja wam powiem – Urodzony w roku 9tym naszej ery, zmarły w 79tym, cesarz imperium rzymskiego Wespazjan powiedział – Imperatorem stantem mori oportet „Cezar umiera stojąc”. Wypowiedział te pełne szalonej pychy, (ale i dzielności) słowa, gdy próbował podnieść się z łoża śmierci.

Mnie i mojemu pokoleniu i upamiętniła się modyfikacja słów cezara w postaci „Drzewa umierają stojąc”. Stało się tak za przyczyną sztuki Alejandro Casona, którą sfilmował, zdaje się na użytek telewizji, Jerzy Gruza, z panią Mieczysławą Ćwiklińską w głównej roli.

Pani Ćwiklińska jeździła potem długie lata po Polsce z tą sztuką, odnosząc wszędzie triumfy. Szczególnie w scenie, gdy zbliżająca się do dziewięćdziesiątki aktorka, pięknie tańczyła ze swoim scenicznym partnerem walca.

Dla współczesności Wespazjan zasłynął, jako twórca Colosseum. Jak także tym, że ciemiężył ponad miarę rzymski lud, obciążając miasto – co wzbudziło wielkie niezadowolenie – nowym podatkiem, mianowicie opłatą za korzystanie z miejskich toalet. Gdy rzymianie poczęli ostro protestować, cesarz odpowiedział trzema mocnymi słowami, które zdobyły trwającą do dnia dzisiejszego światową karierę – Pecunia non olet „Pieniądz nie śmierdzi”.

Tylko w dwóch światach, świecie finansów i świecie religijnego fanatyzmu, gdy notowane są sukcesy Diabeł się cieszy!

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar