ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Życzliwość

Mam za sobą czterdzieści sześć lat przeżytych w Szwecji. Nie w kij dmuchał, kawał czasu, ale nie podjąłbym się oceny tych lat, ani miejsca. Różnie się pod różnymi geograficznymi szerokościami mierzy stan ducha, a to przecież główna baza oceny, choć mówi się, że fakty.

Co determinuje stan ducha? Wolność! Wolność przede wszystkim, a Szwedzi zdobywali ją inaczej niż Polacy. My walczyliśmy zawsze pod rękę z mistyką, z Bogiem Honorem Ojczyzną. Szwedzi są pod tym względem mniej ambitni, przypuszczalnie, dlatego że cieszą się wolnością dłużej od nas. Szwedzki chłop nie zaznał tak surowej, że bliskiej niewolnictwa formy pańszczyzny, jak polski. Miał więcej swobód, więc inaczej rozumiał patriotyzm. Musiał iść do wojska i służyć królowi, ale w domu, w swojej zagrodzie, w porównaniu z polskim chłopem był wolny. Stan, w jakim Szwedów stawia historia przyjmują, jaki jest, bez protestów. Poszukują raczej dróg prowadzących ku sprawnemu państwu i ekonomii, mniej przejmując się ideami i hasłami.

Można powiedzieć, że nie ich to zasługą a zrządzenia losu, iż leżą na uboczu europejskich traktów (jakże często wojennych), i mogą spokojnie budować swoją egzystencję, w przeciwieństwie do Polski ściśniętej w klamrze dwóch wielkich sąsiadów.

Racja, ale niezupełnie, ponieważ nie wiemy jak potoczyłyby się nasze losy, gdybyśmy wojen nie mieli, a obserwacja tego, co dzieje się nad Wisłą optymizmem nie napawa, przy polskim kotle służbowy diabeł niepotrzebny.

Początki mojej życzliwości do Szwecji i Szwedów datują się na lat sześćdziesiąte ubiegłego stulecia, kiedy pewnego wiosennego dnia zobaczyłem pierwszego w życiu Szweda. Na chybotliwym pokładzie rybackiego kutra zacumowanego przy Skwerze Kościuszki w Gdyni, siedział człowiek w cudownym norweskim swetrze i ćmił papierosa. Przygnał go do Gdyni sztorm, i zabijał czas reperując sieci.

Bardzo ten obrazek przemówił do mojej nastoletniej wyobraźni, i tak narodziła się sympatia do Szwedów, co trwa niezmiennie do dnia dzisiejszego.

Lata spędzone w Sztokholmie związały mnie z tym miastem. Mówiąc precyzyjniej, bardziej z miastem niż mieszkańcami. Szwedzi są trudni w kontaktach, trudni sami dla siebie. Zdystansowani, schowani, w rezerwie do otoczenia.

Mówi się, że nic nie dzieje się bez kozery, i to prawda. Ten kraj, większy o jedną trzecią od Polski, liczy ca. 9 milionów obywateli, dwieście lat temu nawet nie połowę tego. Niepisanym prawem, stosowanym tu powszechnie przez długie stulecia było, że młoda para budowała swój dom, zalążek nowej rodziny, w takim miejscu, aby nie było widać dymu z komina najbliższego sąsiada.

Gdyby ze szwedzkiego robotnika zdjąć robocze ubranie i przebrać go we frak, wyglądałby tak szlachetnie, jak członek Królewskiej Akademii Literatury. Pociągła, asocjująca ku intelektowi twarz, wąsko sklepione czoło, długopalce dłonie, smukłe ciało. Tak powinien wyglądać profesor filozofii, a nie stolarz. Laureat literackiej nagrody Nobla, osnuty romantycznymi mgłami czeski poeta Seifert, wyglądał jak stu stolarzy!

Szwedzi są nadal, choć już mniej niż wprzódy, rasą czystą genetycznie i swoją świeżością (vide znane i podziwiane na całym świecie szwedzkie modelki) stwarzają złudne często pozory inteligencji, gdyż ciągle żywy jest pogląd, iż rasowy intelektualista winien być smukły, wiotki, i ascetyczny.

Szwecja, jako kraj jednorodny, należy do przeszłości. Około dwóch milionów obywateli nie jest „czystego” szwedzkiego pochodzenia. Z ulic Sztokholmu zniknęła charakterystyczna skandynawska jednorodność, co wielu niepokoi, a mi osobiście trochę żal.

Szwecja gwałtownie się zmienia i to się dzieje chyba trochę za szybko. Współczesność pędzi przed siebie, goni, i gwałtownie potrząsa staruszką Europą.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar