TERESA URBAN: Lokator z Karaibów

Dawno temu, ze względów, o których tu nie wspominam, zmuszeni byliśmy czasowo wynająć nasz dom, chociaż chętnie uniknęlibyśmy tego doświadczenia. Trudno bowiem zna­leźć god­­nych zaufania lokatorów. Ludzie z uporządkowanym życiem posiadają za­zwy­czaj wła­sne mieszkania. Tylko ci, co przemieszczają się po świecie między krajami czy miastami, co zmieniają pracę albo ją tracą, ci co się rozwodzą, rodzaj miejskich nomadów z pog­mat­wa­nym losem – ci szukają mieszkań do wynajęcia. Oferta wynajmu na lokalnej tablicy ogło­szeń i w kilku agenturach szybko dała wyniki.

Idealny lokator ma stabilną ekonomię, jest uczciwy, mówi po szwedzku lub przynajmniej zro­zumiałym angielskim, nie przeszkadza sąsiadom i nie zachowuje się w sposób rażąco od­mien­ny, trudny do zaakceptowania przez mieszkańców osiedla. Wielodzietne rodziny nie są mile widziane. Para rodziców z jednym, co najwyżej dwojgiem dzieci to ideał. Potencjalni loka­to­rzy przychodzili na oględziny, ale nie obiecywaliśmy im nic pewnego. Ci, którymi nie byliś­my zainteresowani, dostawali wiadomość, że mamy w rezerwie co najmniej dwie inne rodziny z prawem pierwszeństwa.

Dyplomaci z obcych krajów są wdzięcznymi lokatorami, dobrze zarabiającymi, kulturalnymi i z państwową gwarancją właściwego poziomu zachowania. Tak sądziliśmy… dopóki nie zja­wi­ła się liczna rodzina dyplomatów z najczarniejszej Afryki, pięcioro dorosłych, z których tylko dwójka mó­wiła po angielsku, wraz z całą chmarą dzieci. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak wto­pią się w naszą osiedlową idyllę. Na szczęście szybko stwierdzili, że nasz dom jest za mały. Na­stępne odwiedziny dyplomatów, czterech wojskowych z Libii, były dla nas traumą. Umundu­rowani, z rękami w kieszeniach przerazili mnie nie na żarty. Zastanawiałam się, czy byli uz­bro­jeni. Może trzymali palec na cynglu służbowej broni. Przemierzali pokoje długimi kro­ka­mi, wskazywali na pewne meble z rozkazem: „To zostaje, a to można zabrać”, mimo iż wie­dzieli, że dom wynajmujemy nieumeblowany. Oni też dowiedzieli się, że mamy już in­nych kandydatów z prawem pierwszeństwa.

Kiedy ponownie zadzwonił telefon i mężczyzna doskonałą angielszczyzną przedstawił się ja­ko dy­­­plomata z Karaibów, natychmiast zaczęłam się mieć na baczności. Ale przy bliższym poz­­naniu kandydata obawa ustąpiła. Ciemnoskóry, ale o jasnym odcieniu, w kwiecie wieku czyli około czterdziestki, elegancko ubrany i o czarującym sposobie bycia, na­tychmiast wzbu­dził naszą sympatię. Lekko zaokrąglona sylwetka dodawała mu tylko powagi. Mężczy­z­na po­informował, że właśnie został mianowany ambasadorem w Szwecji i ma za­miar otwo­rzyć pierwszą w historii tych krajów ambasadę. Nasz dom, według jego oceny na­dawał się do­sko­nale zarówno na rezydencję, jak i miejsce pracy. Ambasada w naszym domu – brzmiało to in­teresująco. Sześcio- może siedmioletnia córeczka, która miała dzielić z ojcem mieszkanie, uczęszczała już do międzynarodowej szkoły dla dzieci dypolomatów. Dziew­czy­n­kę poznaliś­my trochę później. Mała i o delikatnej konstrukcji ale niezwykle żywa, o skó­rze jeszcze jaś­niejszej niż ojciec sprawiała raczej wrażenie Hinduski niż mieszkanki Ka­raibów. Może mama była Hinduską. Nie zadawaliśmy pytań, to była prywatna sfera pana am­basadora.

Nadszedł czas przeprowadzki, opuściliśmy dom, ambasador z córeczką przejęli go w posia­da­nie. Wielki stół kreślarski, którego nie zabraliśmy z sobą, miał służyć ambasadorowi jako biur­ko, przy którym zamierzał przyjmować swych interesantów. Parę dni później w wia­do­moś­ciach telewi­zyj­nych pokazano naszego ambasadora na zamku podczas wręczania kró­lowi lis­tów uwierzytelniających. Był to historyczny moment. Czas płynął, wszystko fun­kc­jo­no­wa­ło bez zarzutu. Od czasu do czasu, podczas naszych odwiedzin w ambasadzie, można było za­u­ważyć ciemną męską sylwetkę, dyskretnie skrytą za węgłem. Ambasada była pod ochroną.

Pewnego razu zadzwonił telefon; zdenerwowany ambasador błagał, abyśmy natychmiast przy­byli mu na ratunek. Zamknął się w domu i nie potrafił się wydostać. Okazało się, że zamknął drzwi na łancuch, ale nie zauważył, że należy nacisnąć guziczek, aby łańcuch dał się otwo­rzyć. Próbował wydostać się oknem, ale nie był wystarczająco sprawny fizycznie albo prze­szkadzała mu tusza. Innym razem pytał nas, czy jest gdzieś w pobliżu jest sklep z rowerami. W ro­werze córeczki przedziurawiła się dętka i chciał jej kupić nowy. Widocznie nigdy nie słyszał, że dętkę można załatać. Nasz ambasador nie był zbyt praktyczny. Zbliżało się Boże Naro­dze­nie i z tej okazji dostaliśmy upominek w postaci markowej whisky, pochodzącej praw­do­po­dobnie z bezcłowych zapasów ambasady.

Zbliżała się wiosna. Żona ambasadora przebywająca czasowo w Belgii, miała przyjechać do Szwecji, by zamieszkać razem z mężem. Ucieszyłam się. Dom zawsze zyskuje kiedy kobieta zaj­mie się gospodarstwem. Żona okazała się przystojną blondynką, a dom natychmiast stał się bardziej przytulny i zadbany. Niestety, miała zwyczaj biegać całymi dniami w pantoflach na wysokich obcasach, które pozostawiały trwałe ślady na parkiecie i linoleum w kuchni. Podło­ga uzyskała w ten sposób trójwymiarową strukturę. Niedługo potem ambasador poinformował nas, że również jego teściowa ma z nimi zamieszkać. „Dwie kobiety – to jeszcze lepiej” – po­my­ślałam. Żona będzie miała towarzystwo w ciągu dnia. Ale kiedy dowiedzieliśmy się, że wiekowa babcia żony połączy się z rodziną, zaczęłam zastanawiać się nad definicją przelud­nienia. Mówi się, że ważnym jest, aby mieć miejsce w sercu, a wtedy znaj­dzie się także miej­sce w domu. Ambasador z żoną spali w dużej sypialni, babcia dysponowała własnym po­koi­kiem, a do drugiego nabyto piętrowe łóżk. Dziewczynka dzieliła go z prabab­cią i spała na gó­rze. Panie zażyczyły sobie żaluzje we wszystkich oknach. Zgodziliśmy się pod warun­kiem, że zostaną po wyprowadzce lokatorów. Nie chcieliśmy mieć masy niepo­trzeb­nych ot­wo­rów we framugach okien. Ambasador zaakceptował to bez sprzeciwu.

Nadeszła zima, długa i wyjątkowo mroźna. Elektryczne kaloryfery ambasady nastawiono na maksymal­ny efekt, ale panie nie zaprzestały wietrzyć mieszkania. Nie należy otwierać okien na ościerz przy włączonym teromstacie. Kaloryfer ulega przegrzaniu, a wtedy wysiadają bez­pieczniki, czego nasi lo­katorzy doświadczali niemal codziennie. Małżonek jeździł nieustannie pomiędzy cen­trum handlowym, a domem aby kupować i wymieniać korki.

Na wiosnę zaskoczono nas nową wiadomością. Rodzina zamierzała sprowadzić pomoc do­mo­wą z Karaibów. Dziewczyna miała zamieszkać w przylegającym do domu składziku. Am­ba­sador poprosił. aby przynajmniej częściowo go opróżnić. aby przygotować dla niej miej­sce. Westchnęłam głęboko. ale kroplą, która przepełniła czarę go­ryczy. był zakup psa, nie  jamnicz­ka czy mini-pudelka tylko bernardyna, ogromnego już jako szcze­niak. Wtedy zerwaliśmy umo­wę z trzymiesięcznym wypowiedzeniem: dom zaczął pękać w szwach. Na szczęście am­basador doszedł do tego samego wniosku i rozpoczął poszukiwania obszerniejszego lo­kum.

Cała powyższa historia rozegrała się w okresie, gdy epidemia AIDS zaczęła się rozprze­strze­niać po świecie, a ojczysty kraj ambasadora był szczególnie mocno dotknięty. Zaniepokoiło mnie to, ale bynajmniej nie dlatego abym podejrzewała, że ambasador jest zarażony wirusem – wyglądał przecież jak okaz zdrowia. Obawa dotyczyła głównie pomocy domowej oraz licz­nych rodaków ambasadora odwiedzających go w interesach, osób korzystających z  domowej toalety. Kiedy przejęliśmy dom z powrotem wyszorowałam i zdezynfekowałam dokładnie to­aletową porcelanę. Dopiero wtedy odkryłam ślady psich zębów na wieku toalety. Wieko uda­ło się wymienić, ale podobne ślady na drewnianym parapecie nie dały się usunąć i pozostały jako pamiątka z ambasady.

Strata może także stanowić pamiątkę. W naszym og­ród­­­ku rósł krzak japońskiej wiśni, który wiosną pokrywał się chmurą różowego kwiecia. Có­recz­ka am­ba­sadora, istny urwis, zwykła wspinać się na wiśnię dopóki główna gałąź nie złamała się pod jej cię­żarem. Krzak nigdy się już po tym nie odrodził i wkrótce usechł. Ludzie nie mają w zwy­­czaju szanować cudzej własności. Pocieszałam się, że żaluzje częściowo rekompen­so­­wały licz­ne straty i szkody. Ślady po służbowym stemplu ambasady z godłem państwa, które zdo­biły te­raz stół kreślarski Małżonka, były pamiątką o symbolicznym znaczeniu. Po­dejrzewa­łam, że to nie ambasadorowi obsunęła się ręka, tylko córeczce bawiącej się stemp­lami tatusia. Dziew­czynka musiała często się nudzić ponieważ zabawiała się obrysowywaniem piórem zamków drzwi we wszystkich pokojach i tych śladów nie dało się całkowicie usu­nąć.

Gdyby uczciwość Małżonka nie sta­nęła przeszkodzie, mogliśmy stać się właścicielami praw­dzi­wych pamiątek. W składziku odkryliśmy całą stertę obrazów, zapomnianych albo pozosta­wionych celowo. Największy obraz przdstawiał prezydenta z kraju ambasadora, znie­nawidzo­nego dyktatora i krwiopijcę. Portret zdobił ścianę w dużym pokoju w czasie, gdy słu­żył on ja­ko kancelaria ambasady. Mniejsze obrazy w jaskrawych kolorach stanowiły cie­kawe przy­kła­dy naiwistycznej sztuki Karaibów. Małżonek zawiózł wszystkie obrazy do nowej sie­dziby am­basadora, gdzie przyjęto je… bez widocznego entuzjazmu.

Teresa Urban

Lämna ett svar