„Rówieśniczki” czyli Piękna i Bestia w polskiej ambasadzie w Sztokholmie

„Rówieśniczki” Katarzyny Tubylewicz to na pozór typowa damska literatura wagonowa, której mistrzyniami są takie autorki jak Małgorzata Kalicińska czy Katarzyna Grochola. Niby napisana sprawnie, ale pełna klisz i stereotypów.

Klisz postaciowych: niedopieszczona żona karierowicza znajduje ukojenie w ramionach namiętnego cudzoziemca o oliwkowej cerze, imigrantka walczy o asymilację w nowym środowisku za cenę rozlicznych upokorzeń, nawiedzona prawicowa dewotka przeżywa tragedię, kiedy jej syn okazuje się gejem. Podobnie otrzymujemy porcję stereotypów fabularnych: mamy tu zatem wyeksploatowane w literaturze już do bólu spotkanie dawnych przyjaciół po latach oraz wypadek drogowy – rozwiązujący na zasadzie Deus ex machina wydawałoby się beznadziejne zapętlenie dramaturgiczne. Całość okraszona jest mocno szeleszczącymi gazetą obrazkami ze Szwecji.

W dodatku jest to tekst, w którym autorka ujawnia dramatyczny i absolutny brak poczucia humoru, chyba, że za przejaw komizmu uznamy dokładne wyjaśnianie czytelnikom co to jest kosz piknikowy, albo opis szwedzkiego policjanta mówiącego co drugie słowo: kurwa. Wydawałoby się zatem, że powieść niewarta jest większej uwagi (mimo, że w promocji książki padają takie nazwiska jak Margaret Atwood, Joyce Carol Oates czy Zadie Smith!), a tym bardziej recenzji w „NGP”, gdyby nie intrygująca nota od autorki:

„Opisana przeze mnie Ambasada Polska w Sztokholmie nie była wzorowana na prawdziwej placówce dyplomatycznej, która znajduje się w tym mieście i z tej przyczyny została umieszczona w fikcyjnym budynku … podobnie … w żadnej z polskich placówek dyplomatycznych w Szwecji nie pracowali nigdy Krzysztof Władza ani Zdzisław Kożuchowski”

I od razu jesteśmy w domu! To znaczy w rzeczywistej ambasadzie RP w Sztokholmie. Skoro autorka i wydawca uważają, iz trzeba zabezpieczyć się przed ewentualnymi procesami ze strony jak najbardziej prawdziwych ludzi, to zapomnijmy o feministycznych, pokoleniowych czy innych etykietkach przyczepianych do książki, o podkreślaniu, iż narracja jest czystą fikcją, a podobieństwo bohaterów do istniejących w rzeczywistości osób może być wyłącznie jakimś złośliwym przypadkiem.

Rzecz jasna, Tubylewicz stara się mylić tropy, wmawia nam, że ambasada nie leży przy Karlavägen, tylko gdzieś w głębi Östermalmu, podobnie jak twierdzi, iż polska ambasada w Kanadzie znajduje się w … Toronto, a pan Dulski chodził wokół kopca Kościuszki, ale nie dajmy się zwieść tym drobnym manipulacjom. „Rówieśniczki” są klasyczną powieścią z kluczem. Oczywiście 99,9 proc. jej czytelników nie ma w ręku pasującego narzędzia i tekst będzie odczytywać dosłownie. Tak się jednak składa, że niżej podpisany należy do wąskiego kręgu wtajemniczonych, którzy wiedzą o co chodzi. I doskonale wie, jak tego klucza użyć. Ostatecznie przepracował w tej ambasadzie nawet trochę więcej czasu niż autorka.

Zapewniam zatem czytelników „NGP”, że „Rówieśniczki” to powieść, w której autorka przede wszystkim odreagowuje sześć lat upokorzeń pracy na polskiej placówce dyplomatycznej. Pracy z ograniczonymi szefami placówki oraz ich podwładnymi – kulturowymi troglodytami, rasistami, ksenofobami, bezwzględnymi karierowiczami, obleśnymi erotomanami (oczywiście dawnymi esbekami, jak ów Kożuchowski, okazuje się że Macierewicz znowu spaprał robotę!), z ludzką menażerią godną jedynie pogardy.

Szef placówki – nie dajmy się oszukać, nie chodzi tu o żadnego chargé d’affaires o nazwisku Władza, raczej o zupełnie realnego ambasadora, który zdobył wśród podwładnych wdzięczną ksywkę: Sołtys. Radcowie, sekretarze ambasady, szef wydziału promocji handlowej – to albo zupełne kreatury, albo przeżarte strachem, godne pożałowania małe ludziki. Podobnie jest z personelem pomocnicznym, są to cuchnący potem na kilometr półdebile lub równie prymitywne, co bezwzględne włazidupy. Upieka się jedynie attaché prasowemu, no i  – nie zgadniecie Państwo – radcy do spraw kultury i nauki! Prasowiec snuje się gdzieś na obrzeżach akcji, a pani od kultury tak jakby na placówce w ogóle nie było. No, po prostu nie istnieje. Ani jako radca ambasady, ani jako dyrektor Instytutu Polskiego.

Czyżby?

Jeśli „Rówieśniczki” to metafora przygody Katarzyny Tubylewicz z polską dyplomacją, to jej książkową alter ego może być tylko jedna z trzech głównych bohaterek, Joanna, nieszczęśliwa żona p.o. ambasadora, wspomnianego Krzysztofa Władzy. To ona jest jedyną świadomą swego upokorzenia ofiarą owej upiornej ambasady oraz jej obłąkanej załogi, i to ona zdobywa się na bunt. Że jest to głównie bunt seksualny, to inna sprawa. Ale przynajmniej może po raz w pierwszy w życiu, czyli już po czterdziestce, poznać podwójny orgazm. Swoją drogą biedna Joanna, przeżyła tyle lat, nic nie wiedząc o prawdziwych rozkoszach, jakie może zaznać kobieta, dopiero ten Tunezyjczyk…

Właściwie można by strasznie współczuć autorce, iż tak cierpiała w tym barbarzyńskim otoczeniu, narażając swoją kobiecą godność, swe na wskroś postępowe i antyrasistowskie poglądy, wyczulony zmysł powonienia i estetyki, a w dodatku musiała przeżywać specjalną, szczególnie okrutną szykanę jaką były kontakty z totalnie skretyniałymi działaczkami organizacji polonijnych, gdyby nie wyłaniająca się z lektury inna refleksja. Skąd u Tubylewicz tak doskonała znajomość mechanizmów zdobywania poparcia właściwego wiceministra i znaczenia siły takiej protekcji, albo wyrafinowanych metod gnojenia podwładnych? Przecież, tak jak powieściowa Joanna, wzięła nogi za pas i wyniosła się wraz z Instytutem, oby jak najdalej od tych wszystkich potworów. Nota bene, wreszcie rozumiem dlaczego pani Tubylewicz MUSIAŁA wyprowadzić się z Villagatan 2  – nie mogła przecież pracować w tak niewielkiej odległości, zaledwie kilkudziesięciu metrów, od tego cuchnącego szamba!

Tu jednak muszę odłożyć swój klucz do powieści Katarzyny Tubylewicz. Moja emipryczna wiedza o stylu jej działania w roli dyrektora Instytutu i radcy ambasady nie ma bezpośredniego związku z „Rówieśniczkami”, nie będę więc z niej korzystał.

Ale nie oznacza to, że nie polecam lektury książki. Można z niej naprawdę wiele dowiedzieć się o przedstawicielach współczesnej polskiej dyplomacji, w tym także niemało o samej pani radcy Katarzynie Tubylewicz. Przypomnę tym, którzy już nie pamietają: mianowanej na swe stanowisko pod rządami w Ministerstwie Spraw Zagranicznych niejakiej Anny Fotygi.

Piotr Cegielski

„Rówieśniczki”, Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., 2014, 336 s.
Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2014 roku

Lämna ett svar