WYWIAD: Danke pol toko

NGP rozmawia z laureatem nagrody artystycznej POLONIKI 2015 Ryszardem Antoniszczakiem.

Jesteś chyba człowiekiem bardzo skromnym…

To mi zostało ze szkoły podstawowej. Zawsze w kącie mnie stawiali. Byłem niegrzeczny, ale cicho w kącie stałem.

Mam wrażenie, że wśród sztokholmskiej Polonii niewiele osób o Tobie słyszało. Coś się zmieniło do czasu wydania książki?

…… Słyszysz tę ciszę?…

W wywiadzie ciężko ciszę przedstawić. Ale dla informacji Czytelników: autor po zadaniu pytania milczy dłuższy czas…

… Sukces to bardzo miła rzecz, tylko że ja chyba nie mam złudzeń. Jako artysta plastyk znam doskonale losy van Gogha i wiem, jak to smakuje. Więc mam nadzieję, że po śmierci ktoś mnie zauważy… Bardzo mi zależy, by zostawić po śmierci jakieś “dziełko” po sobie i mam nadzieję, że będzie ono ponadczasowe. To jest moją ambicją. W latach siedemdziesiątych zadebiutowałem filmami animowanymi i od razu dostałem Złotego Lajkonika. Czyli start miałem dość udany artystycznie. Później co roku dostawałem za kolejne filmy jakieś nagrody, głównie na polskich festiwalach. Więc jakoś przyzwyczaiłem się, że to co robię jest doceniane.

Ale twoje losy potoczyły się inaczej, znalazłeś się w Szwecji.

W jakimś stopniu życie przykryło sprawy artystyczne. Trzeba było się zaaklimatyzować, nauczyć języka, powiększała się rodzina…

Wydaje mi się, że teraz bardzo żywo reagujesz na to, co dzieje się z Twoją książką ”Czas Beboka”…

Bo zauważyłem, że muszę. To trochę wynika z doświadczenia z innymi, wcześniejszymi moimi książkami. Są to doświadczenia raczej okropne. Natrafiałem na wydawnictwa, które nie potrafiły sobie z tym poradzić, nie umiały sprzedać książki, zrobić reklamy, niedogadywały się z autorami. Teraz jest inaczej. Chyba pierwszy raz zostałem potraktowany z respektem. To bardzo mnie zdziwiło, bo już zacząłem się przyzwyczajać, że w polskiej kulturze nie ma respektu dla pisarzy.

Może też ciężej się przebić, gdy mieszka się za granicą?

Pewnie tak. Bo nie można pójść za uderzeniem, spotkać czytelników. Odległość to cały szereg utrudnień. Z jednej strony nie mam złudzeń, ale z drugiej traktuję status artysty jako grę na loterii. Wyjdzie, albo nie wyjdzie. Można zrobić świetną rzecz, ale nikt jej nie zauważy. I odwrotnie. Zresztą… nawet jak się odnosi jakieś sukcesy artystyczne, to nie jest się pewnym, czy to co się zrobiło jest na takim poziomie, na jakim by się chciało. Może dlatego nie warto zadzierać nosa.

Skromność?

Mówię raczej o pokorze, którą trzeba w sobie mieć. Bo trzeba patrzeć krytycznie na to, co się robi. Na takie myślenie wpływa także mój wiek. Zrobiłem się starszy, mam więcej doświadczenia, więcej przemyśleń. Nie ma we mnie już młodzieńczego zawadiactwa, żądzy sławy, nie potrzebuję ciągłego potwierdzenia. Patrzę na wszystko spokojnie, nieco z góry. I ten van Gogh mi się ciągle przypomina. Ucha sobie przecież nie obetnę, bo nie jestem tak gwałtowny…

Czy “Czas beboka” to takie uwieńczenie życia artystycznego?

Nie. Chociaż, jeszcze niedawno, potrafiłem powiedzieć: chyba lepszej rzeczy już nie napiszę. Ja oczywiście włożyłem w tę książkę dużo pracy. Miałem ambicję by napisać ją takim “poetyckim” językiem polskim. Zresztą… jak biorę jakąś książkę do ręki to chcę by ona była “kolorowa”, “malarska” – język jest dla mnie bardzo ważny. Może dlatego, że sam czuję się poetą. Zaczynałem jako tekściarz zespołu Zdrój Jana. Studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych i tam założyłem kabaret. Piszę wiersze do dzisiaj, ale ich nie publikuję. Może kiedyś…? W “Czasie beboka” jest zacytowany mój wiersz, który napisałem jak miałem osiem lat.

Co to jest ten tytułowy “bebok”?

To gwarowe “straszydło”. Na Śląsku straszyło się: przyjdzie bebok i cię… Zresztą w każdym kręgu kulturowym taki bebok funkcjonuje. Na przykład w Dolinie Muminków, jedyny zbir to bobek.

Piotr Bratkowski w “Newsweeku” napisał o tobie: Przez lata był znany jako muzyk, plastyk, twórca animacji i młodszy brat sławnego artysty. Nie razi cię, że stoisz w cieniu brata?

Nie, absolutnie! Bratkowski zauważył ważną rzecz. Ja miałem genialnego brata (chodzi o Juliana Antonisza 1941-1986 – dop. red), który był wybitnym eksperymentatorem i filmowcem. Zmarł nagle. Do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić. To była postać, dzięki której też jestem artystą. Był starszy ode mnie o 6 lat i on pociągnął mnie w kierunku sztuki. Torował mi drogę. Mój ojciec był prominentem partyjnym, moja mama była taką cichą myszą-gospodynią domową, ale była uzdolniona artystycznie. Ojciec na przykład w ogóle nie potrafił rysować. Brat jako pierwszy musiał w naszej rodzinie “ustanowić” status artysty. To było wtedy źle widziane. Ojciec chciał by został na przykład fizykiem atomowym. Pamiętał jak mówił: można wtedy lepiej zarobić i kupić sobie Trabanta. W dodatku mój brat był uzdolniony muzycznie, grał bardzo dobrze na fortepianie, później nawet sam komponował muzykę do swoich filmów.

W książce nic o bracie nie wspominasz.

Nie, bo musiałbym napisać zupełnie inną książkę. Zresztą muszę dodać, że ta książka nie jest taką czystą autobiografią. Jej akcja rozpoczyna się w 1953 roku. Umiera Stalin. Ja wtedy miał lat siedem, a bohater książki ma dziewięć. Zresztą z potrzeb artystycznych potrzebowałem też specjalnego miejsca, gdzie to się rozgrywa. Więc ten chłopiec znajduje się w mieście, które nagle zmienia nazwę. Rozgląda się po świecie, nie czuje się pewny, nagle też “znika” miasto w którym mieszka. Nie ma Katowic, jest Stalinogród. Ja nigdy w Katowicach nie mieszkałem. Ta książka to moja wyboraźnia. Można więc powiedzieć, że jako pisarz szaleję, jeżdżę po bandzie.

Poza Stalinogrodem, w książce jest Kraków i Nowy Sącz, miasto w którym się urodziłeś.

Obydwaj dziadkowie byli kolejarzami w Nowym Sączu. W dawnych czasach to była głównie węzłowa stacja kolejowa, z wielkimi zakładami naprawy taboru kolejowego. Parowozy to był mój świat.

Recenzenci zwracają uwagę na język jakim się posługujesz. Między innymi różnymi gwarowymi słowami…

Bo to był taki świat. W powieści pojawiają się słowa rosyjskie, kresowe, lwowskie, gwara kolejarska, gwara śląska, jakieś krakowskie powiedzenia. Poza tym, chciałem by był to taki swego rodzaju język poetycki. Chciałem by pojawiały się tam różne rodzynki lingwistyczne.

Wcześniej robiłeś filmy dla dzieci i pisałeś książki dla dzieci. “Czas beboka” to ta “dziecięca”, ale literacko dorosła kontynuacja?

Ja wciąż czuję się takim chłopczykiem. W tej powieści bohaterem też jest dziecko. Pewnie się z tego nie wyzwolę. Ale chyba nie muszę. Może kiedyś ktoś to zbada psychologicznie… Może autor nigdy nie chciał dojrzeć? Tu mrugam do ciebie: Tak, nie chciałem! Utknąłem gdzieś na granicy dzieciństwa.

Ciągle czujesz strach przed bebokami?

Ja sobie zrobiłem taki spis wszystkich beboków, które są w tej książce. Naliczyłem ich chyba z czterdzieści: rodzina, szkoła, skórzany pas, którym wymachiwał ojciec, jakiś insekt, oddech historii, partia ze swoją ideologią, sekty religijne, a nawet obca cywilizacja kosmiczna… Bebok to nie tylko ten straszny czas, który opisuję. Niemal wszystko w tym okresie dojrzewania było bebokiem. Dorośli byli bebokami, a ojciec funkcjonuje w tej powieści jako taki energetyczny wampir. Stalin jest też oczywiście bebokiem. Na pierwsze spotkania z czytelnikami, żeby sobie pomóc, to narysowałem sobie taką ściągę, gdzie narysowałem wszystkie beboki – to miała być taka mapa myśli. Tu jest wszystko rozpisane, także odnoście okładki, którą sam zaprojektowałem, i dedykacji w książce, która jest dla mnie bardzo ważna. Książkę zadedykowałem mojej żonie Elli. I też sobie napisałem na tej mapie myśli (gdyby ktoś z czytelników zapytał się o tę dedykację), wyjaśnienie:  “Inny powód dedykacji, wyrachowany i skryty, to chęć zabezpieczenia się autora na wypadek gdyby okazało się, że po wydaniu książki tylko ona jedna ceni ją sobie niewzruszenie”. (śmiech). To prawda. Bo ja tej książki nie pisałem na żadne zamówienie. Poświęciłem kilkanaście lat na napisanie książki, którą sam u siebie “zamówiłem”. Jestem z tego powodu dumny, że zrealizowałem to zamówienie.

Jak trafiłeś do Szwecji?

Szwecję znam od roku 1975. Przyjechałem tutaj udając studenta, wtedy na takie wyjazdy pozwolił Gierek. Ponieważ miałem tutaj przyjaciół z “uciekinierskiego” rocznika 68, to nie jechałem w ciemno. Zresztą dostałem świetną pracę jako animator w Handen. Przejeżdżałem pendlem do pracy przez Skogas i myślałem sobie: ale tu brzydko, nigdy bym nie chciał tu mieszkać. No i mieszkam dzisiaj w Skogås… Jechałem podmiejskim pociągiem, na kolanach trzymałem “Archipelag Gułag” Sołżenicyna, zresztą podobnie jak wielu innych Polaków, którzy też wtedy czytali podobne książki. Poznawialiśmy się po tych szarych okładkach Instytutu Literackiego. Inna refleksja z tego czasu: można było czytać spokojnie w pociągu, bo się nie telepał. Jak wróciłem po trzech miesiącach do Polski, to w kolejce z Gdańska walizka spadła mi na głowę. Tak trzęsło. W tym czasie pracowałem jako reżyser w Studio Filmów Animowanych w Krakowie.

Pierwsza praca w Szwecji jako animator, było jednak czymś niezwykłym.

Z pewnością. Nawiązałem wtedy dużo kontaktów. W 1981 roku chciałem pojechać do Hamburga, jeden z moich kolegów przygotowywał tam film animowany o Beethovenie, miałem w tym projekcie uczestniczyć. Coś jednak produkcja się opóźniała, a ja wziąłem już urlop. Była późna jesień, więc całą rodziną wyjechaliśmy do Szwecji. Tam miałem czekać, aż produkcja nad filmem ruszy. Dwa tygodnie później był Stan Wojenny. I tak zostaliśmy w Szwecji. Dzisiaj nie wiem, czy był to jakiś sygnał losu? Wtedy też sobie przypomniałem, że gdy byłem małym dzieckiem, właśnie w tych czasach beboka, to nie wolno się było przyznawać, że ma się rodzinę na Zachodzie. A ja podsłuchiwałem jak rodzice mówili, że jest jakiś wujek w Londynie. Zastanawiałem się wtedy, że może ciekawie by było mieszkać kiedyś za granicą i patrzeć na Polskę z tamtej perspektywy. I to dziecięce myślenie spełniło się.

I do dziś patrzysz na Polskę z tej perspektywy.

Wtedy zachowałem się dość odważnie. Pomyślałem: ma 33 lata i mogę zacząć życie od nowa. I to w przyjemnym kraju. Oczywiście, to moje samopoczucie było o tyle lepsze, że ja miałem tu już jakieś kontakty. Rozpocząłem naukę szwedzkiego, ale okazało się, że ja po prostu nie mam czasu na naukę. Moja nauczycielka była bardzo zdziwiona, i zapytała: dlaczego? Mówię jej, że dostałem pracę. Ona pyta: na zmywaku? – Nie, robię film animowany dla Ericssona. Trzeba było widzieć jej minę. Więc wystartowałem od razu z wysoka. Gdy teraz tak patrzę na moje losy, to w zasadzie dobrze jest tak, jak się stało. Oczywiście – nie zasymilowałem się tak na 100%. Nawet przez moment zastanawiałem się, co mogę więcej zrobić? Czy na przykład nie zacząć pisać po szwedzku? W końcu mamy tutaj Kallifatidesa, Korzeniowski potrafił zamienić się w Conrada i pisać po angielsku. To właściwie, dlaczego nie? Ale później pomyślałem, że nie porzucę jednak tego instrumentu, na którym tak dobrze potrafię grać. Polszczyzna to moja ojczyzna. Ojczyzną jest mój język. Bardziej niż ten kraj nad Wisłą.

Jesteś twórcą międzynarodowego języka Atlango. Ile osób mówi tym językiem?

Nikt. Sztuczne języki to moja pasja życiowa. Zresztą Atlango w ciągu ostatnich lat nieznacznie się zmieniło i udoskonaliło gramatycznie. Ale to taki utopijny projekt. Chciałem stworzyć język wspólny dla cywilizacji zachodnich. Kiedyś byłem zresztą esperantystą. Anegdotycznie mogę powiedzieć, że to co mnie łączy z Julianem Tuwimem, to fakt, że obydwaj zadebiutowaliśmy w języku esperanto. Ja takim krótkim opowiadaniem. Pewnie wtedy jeszcze z błędami. Ale zawsze miałem swoją wizję, jak taki język powinien wyglądać. Oczywiście nie posługuję się atlango. Nie mam na to czasu. Atlango musi więc poczekać. Słownik atlango, który przygotowałem liczy około 4000 słów.

Jak w języku atlango będzie brzmiało: dziękuję za rozmowę?

Danke pol toko.

Zatem: Danke pol toko.

Rozmawiał Tadeusz Nowakowski

Wywiad publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w listopadzie 2015 roku

Lämna ett svar