WYWIAD: To nie czas na egzystencjalne problemy jednostki

Rozmowa z profesor Małgorzatą Anną Packalén Parkman.

Prowadzisz badania literackie, więc w sposób naturalny bardzo dużo czytasz. Jakie książki najchętniej?

Czytam wszystko. Ale głównie literaturę piękną. Polską, szwedzką, angielską. Zwłaszcza bardzo mnie interesuje współczesna literatura polska – nowe trendy.

Czyli odbiegasz od normy – ostatnie badania czytelnictwa w Polsce pokazują, że ponad 60% Polaków podczas ostatniego roku nie przeczytało ani jednej książki. Jakie to będzie miało skutki?

Fatalne. Ale nie tylko w Polsce jest coraz gorzej. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w bibliotekach szwedzkich. Książki są usuwane i oddawane na makulaturę.

Mniej czytamy wszędzie. Do czego to doprowadzi?

Ja wierzę, że w którymś momencie nastąpi przesyt Internetem i ludzie powrócą do słowa drukowanego. Obserwuję moich studentów. Oni też zamiast coś sprawdzić w książce, to szukają informacji w Internecie. Nowa generacja nie jest przyzwyczajona do czytania książek. Zresztą… jak się czegoś nie podpatrzy w domu, to mała jest szansa, że nabierze się te nawyki później. Ja jestem idealistką i naprawdę wierzę, że w którymś momencie nastąpi przesyt Internetem i powróci znowu moda na książki.

W porównaniu z Polską wydaje się, że czytelnictwo książek wygląda w Szwecji dużo lepiej…

Myślę, że w takim sformułowaniu jest trochę przesady. Na całym świecie są te same trendy. Ja oczywiście pracując na uniwersytecie otoczona jestem młodymi ludźmi żądnymi wiedzy, więc trochę to tutaj wygląda inaczej. Zdaję sobie też sprawę, że część studiuje, bo chce tylko zdobyć jakąś ilość wymaganych punktów, ale wierzę, że chyba większość naszych studentów jest zainteresowana literaturą.

Studia slawistyczne w Szwecji mają długą historię, ale jaka czeka przyszłość nowych slawistów, kończących teraz studia?

Przyszłość jest żałosna. To dotyczy zresztą większości nauk humanistycznych. Humanistyka musi walczyć o przetrwanie. Na uniwersytetach obcinane są fundusze, brak jest etatów. Studia humanistyczne mają w ogóle status czegoś bardziej egzotycznego, coś co się robi “na boku”, więc wszystkie te kierunki walczą o przetrwanie. Wystarczy spojrzeć na koniunkturę rynkową – polonista nie ma żadnych możliwości pracy. Dlatego mało jest studentów, którzy studiują polonistykę na 100%. Najczęściej ich główne studia to prawo, medycyna, ekonomia… Często nam się wydaje, że jak już Polska weszła do Unii, to Polska stała się tak popularna i ważna, że wszyscy o nas wiedzą wszystko. Myślimy, że każdy Szwed wie kto to jest Mickiewicz…

… myślę, że w Polsce też nie każdy wie…

Przypomina się anegdotyczna historia. Był chyba Rok Polski w Szwecji, byłam na Targach Książki w Göteborgu. Wtedy Polska była tam gościem. Prowa-dziłam tam panel o literaturze feministycznej, wieczorem siedzimy z dużym gronie polsko-szwedzkim, był tam jakiś dziennikarz szwedzki. Pijemy piwo i rozmawiamy o literaturze. Ten dziennikarz pyta mnie, jak jest ze znajomością literatury polskiej w Szwecji. Na co odpowiedziałam, że dam mu sto koron za każdego Szweda, który dobrowolnie przeczytał Miłosza. Następnego dnia mało nie umarłam z przerażenia, bo w Svenska Dagbladet przeczytałam: “Dam ci sto koron za każdego Szweda, który przeczytał Miłosza – mówi Anna Packalen, profesor polonistyki na Uniwersytecie w Uppsali”. To dowód na to, że trzeba uważać co się mówi. Ale tak trochę jest. Kto bowiem czyta tutaj literaturę polską? Kto czyta te tłumaczenia? A przecież mamy tylu dobrych tłumaczy. Nie mam złudzeń, że to dociera do bardzo elitarnej grupy.

Posądzam, że dzieje się tak samo ze szwedzką literaturą w Polsce… Poza szwedzkimi kryminałami, które robią niezwykłą karierę.

Oczywiście. Kryminały mają siłę przebicia, ale to literatura lekka…

Może raczej “lżejsza”, bo przecież te szwedzkie kryminały nie są zawsze łatwe w czytaniu?

One rzeczywiście są ponure, ale przebiły się do czytelnika w Polsce. Tu też anegdota: przyjechały do mnie z Polski dwie koleżanki. Jeden cały dzień w Sztokholmie przeznaczyły na szukanie miejsc, o których czytały w słynnym Millennium. Mnie by to do głowy nie przyszło! Cała Uppsala z grobami Wikingów to było nic, w porównaniu z miejscami, gdzie chodziła Salander!

W gruncie rzeczy, świadczy to o sukcesie literatury.

To rzeczywiście literatura przystępna, każdy może się z nią identyfikować. A z drugiej strony mamy na przykład Olgę Tokarczuk, która nie jest dla przeciętnego czytelnika….

Slawistyka w Uppsali ma długą tradycję.

Istnieje już od 130 lat. I, mimo trudnych czasów, dzielnie się trzyma, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę, że Uppsala jest małym miastem. W Sztokholmie jest dużo większy nabór studentów, w sposób naturalny więcej jest też polskiej emigracji, często drugie i trzecie pokolenie. W Göteborgu i w Lund wydziały polonistyczne zamknięto, została tylko Uppsala i Sztokholm. Warto wspomnieć, że w Uppsali jako pierwsi wprowadziliśmy kursy internetowe. I mamy teraz dużo studentów. Co roku stara się o miejsce około 260 osób, a mamy możliwość przyjąć 45-50. Mamy teraz studentów z całej Szwecji i nawet z zagranicy.

Uniwersytet Uppsalski ma olbrzymią renomę. To taki szwedzki Oxford?

Rzeczywiście, utrzymuje się bardzo wysoko w światowym rankingu. Rdzenni uppsalczycy są dumni z uniwersytetu i jego tradycji. Ale z tą tradycją to jest na dobre i na złe: w zderzeniu z pewną konserwatywnością trudno tu wprowadzać coś nowego – jak chociażby te wspomniane kursy internetowe. Jedna rekacja była taka, że nigdy tu czegoś takiego nie było, więc po co to wprowadzać. A druga: czy jak się to wprowadzi, czy coś to zmieni i nie zagrozi starym tradycjom. Uppsala jest konserwatywna i bardzo przywiązana do wszystkich tradycji akademickich. Wystarczy wspomnieć te odbywające się z pompą promocje doktorskie i profesorskie, celebrowanie wszystkich świąt i spotkań…

Pochodzisz z rodziny o dużych tradycjach naukowych…

Mój ojciec, Aleksander Szulc, był profesorem germanistyki i slawistyki, w zasadzie stworzył slawistykę w Polsce. Właśnie za to w 1980 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Uppsalskiego. Moja mama, Barbara, była prawnikiem.

Studiowałaś w Poznaniu filologię polską, jak znalazłaś się w Szwecji?

Jak byłam na trzecim roku studiów polonistycznych, to otworzyli w Poznaniu zakład skandynawistyki, najpierw zakład filologii szwedzkiej. Zaczęłam tam naukę, na drugim kierunku, i z Instytutu Szwedzkiego dostałam stypendium na studia w Szwecji. Najpierw byłam w Folketsskolan w Dalsland. Byłam tam chyba jedynym cudzoziemcem. A później drugi semestr byłam w Uppsali i zostałam “zwerbowana” na studia doktoranckie.

Czym się w tej chwili zajmujesz naukowo?

Współczesną literaturą polską. Głównie pióra kobiet – chociaż nie lubię określenia “literatura kobieca”. Interesują mnie m.in. motywy “matki Polki” – jak to się przewartościowuje. Ale generalnie interesują mnie nowe motywy w literaturze.

Określenie “literatura kobieca” używamy często w cudzysłowiu…

… nawet w cudzysłowiu nie wolno! Czy przyszło ci do głowy powiedzieć “literatura męska”? Nigdy nie opisywano literatury pisanej przez mężczyzn, jako “literatura męska”!

Zatem, czy ta literatura pisana przez kobiety, różni się czymś od tej pisanej przez mężczyzn?

Różni się tak, jak różnią się wszystkie książki w zależności, kto je pisze. Kobiety nie piszą “inaczej”, ale inaczej są odbierane.

Czyli odbiór jest inny?

Inna jest reakcja czytelników, inny jest status literatury. Mam wrażenie, że książka napisana przez mężczyznę lepiej się sprzedaje…

???

Tak, jeszcze sto lat temu piszące kobiety używały męskich pseudonimów. Tu mam nawet taki przykład – pewna kobieta zrobiła eksperyment i wysłała swoją książkę do kilku wydawców. Najpierw jako kobieta, później podpisana jako mężczyzna. Reakcje wydawców i recenzentów były na tę samą książkę bardzo różne. Jeden napisał o książce (podpisanej męskim nazwiskiem) “błyskotliwa, ekscytująca, dobrze skonstruowana narracja”, a drugi książkę pod jej własnym nazwiskiem scharakteryzował: “Mało ambitna, główna bohaterka zbyt charakterna”. Oczywiście trochę to uogólniam, ale nadal tak się dzieje. Więc można sobie wyobrazić, ile kobiecych talentów literackich przez te lata zostało zmarnowanych!

Czy tylko przez to, że były kobietami?

Albo nie miały możliwości pisania, albo nie mogły się przebić.

Rozumiem, że nie mówisz tego jako feministka…

Możesz mnie określać, jak chcesz. Ale ja formułuję te myśli również z własnych doświadczeń. Chociażby z życia akademickiego. Dlaczego ja mam niższą pensję, niż mój kolega na uniwersytecie?

To oczywiście jest absurdalne!

Bo ciągle w społeczeństwie mężczyzna ma większą siłę przebicia.

Jak zatem ta literatura pisana przez kobiety w Polsce się prezentuje?

To też wymaga pewnej generalizacji. Jakbyś dostał książkę napisaną przez Olgę Tokarczuk, ale byś o tym nie widział, to czy miałbyś świadomość, że napisała to kobieta?

Podejrzewam, że tak. Tak jak dość łatwo jest mi umiejscowić Gretkowską, Plebanek i inne…

Widziesz różnice?

Wydaje mi się, że nie tylko motywy, ale także język jest inny. Tak jak weźmie się do ręki książkę Pilcha, to od razu czuć, że pisał to mężczyzna.

Nie zgodziłabym się z tym. Bo jeśli weźmiemy do ręki książki młodych pisarek, dzisiaj często 30-to paroletnich, to one piszą bardzo eksperymentalnie. Według mnie, tych różnic nie ma.

Masz jakieś typy na polskich kandydatów do literackiego Nobla?

Powinien był dostać kiedyś Różewicz. Tak samo Mrożek, uniwersalny jak mało który z polskich pisarzy. Zagajewski, może Chwin, ale on jest hermetyczny. Z kobiet bym typowała Tokarczuk, ale wciąż jest za młoda.

Poznałaś wielu wybitnych pisarzy. Robiłaś wywiady i z Miłoszem i z Szymborską…

Mieliśmy szczęście, że profesor Sven Gustavsson ze slawistyki w Uppsali był tak obrotny, że sprowadzał na uniwersytet tak wielu znanych pisarzy i mogłam ich spotkać. Cała ta grupa “nowofalowska”: Kornhauser, Zagajewski, Barańczak… Ogromne wrażenie zrobił na mnie też Ryszard Kapuściński. Miał taki błysk w oku, był niesłychanie ciepły, mądry i jednocześnie miał pewien dystans do samego siebie. Tę cechę  w ludziach bardzo lubię.

Też takie zrobił na mnie wrażenie. Wydaje mi się, że kiedyś pisarze cieszyli się dużo większym szacunkiem niż teraz. Byli też intelektualnymi autorytetami. Dzisiaj coraz rzadziej odwołujemy się do tego, co pisarze mówią. Co się stało?

Myślę, że słowo straciło wagę. Jesteśmy zalewani taką ilością informacji, z taką szybkości i tyle dzieje się na świecie, że pisarz nie ma siły przebicia. Ludzie nie dają sobie czasu, by ze spokojem siąść i przetrawić książkę. Cały czas jesteśmy bombardowani nowymi wiadomościami i sensacjami. Tu kogoś mordują, tam na naszych oczach komuś głowę ucieli… Gdzie tu miejsce na wgłębianie się w literaturę?! To nie czas na egzystencjalne problemy jednostki.

Czyli głos pisarza przestał być głosem narodu?

Już nie jest.

Co jest zatem głosem narodu?

Pieniactwo?

Rozmawiał Tadeusz Nowakowski

Rozmowa publikowana była w Nowej Gazecie Polskiej w październiku 2015 roku

Lämna ett svar