Australijsko-szwedzka odyseja czyli „Przez morze do szczęścia” Marii Rejment

Jak głosi znane powiedzenie, to życie jest autorem najprzedziwniejszych scenariuszy, serwując nam często niespodziewane przeżycia i doświadczenia. I czasami te właśnie doznania w którymś momencie jakby napierają na nas „od środka”, powodując nieodpartą potrzebę oddania ich w formie beletrystycznej. Tak powstaje (o)powieść, oparta często na wątkach autobiograficznych. I tak właśnie jest w przypadku książki „Przez morze do szczęścia” Marii Kabały Rejment.

Co się kryje pod tym tytułem? Zdradzę od razu: droga – w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu – inaczej mówiąc podróż życia. Składa się na nią daleko posunięta emigracja: z Polski przez Londyn do jakże odległej geograficznie i kulturowo Australii, gdzie bohaterka powieści (podobnie jak jej autorka…) mieszkała z rodziną przez wiele lat, potem do Szwecji, bliższej co prawda Polsce pod względem położenia, ale także pod wieloma względami odmiennej.

Ale jest to nie tylko podróż w sensie przemieszczenia się z jednego kraju do drugiego, ale również i przede wszystkim podróż wewnętrzna, jaką główna postać powieści przebyła w ciągu lat (e-i)migracji. Losy głównej bohaterki, Eweliny, można, jeśli się zechce, uznać za alter ego autorki, bo choć książka napisana jest w narracji trzecio-osobowej, mamy prawo zakładać, że oddają one w dużej mierze jej własne losy. Tak czy inaczej dostajemy do rąk intrygującą i barwną opowieść, którą, raz zacząwszy, trudno odłożyć i trzeba przeczytać do końca. Ta wędrownicza „odyseja” naprawdę wciąga, szczególnie że nie ogranicza się tylko do samej migracyjnej fabuły, ale zawiera również reminiscencje i odnośniki do różnych wydarzeń historyczno-politycznych, zarówno w Polsce, jak i w Australii czy w Szwecji. Część tych epizodów pokrywa się siłą rzeczy z podobnymi wspomnieniami innych polskich emigrantów czy emigrantek, ale jednocześnie znajdziemy tu wiele rzeczy przedstawionych z innego, nowego – przynajmniej dla mnie – punktu widzenia.

Nie jest łatwo wymienić wszystkie motywy, refleksje i niuanse tej książki. Zwłaszcza, że akcja jej toczy się na kilku poziomach i oddana jest ponadto z wielu perspektyw czasowych. Krótko mówiąc – bo nie chcę tym, którzy jeszcze nie czytali książki, odbierać przyjemności jej lektury – jest to opowieść o zawikłaniach życiowych młodej polskiej kobiety, którą różne zawiłości losu rzuciły z Polski na tzw. obczyznę. I o nieustających próbach oswojenia tej obczyzny i zasymilowania się z nowym otoczeniem.

Wielu z nas znajdzie tu, jak wspomniałam, całe mnóstwo paraleli z własnym losem emigranta, a więc problem odnalezienia się, wraz z rodziną, w całkiem odmiennym środowisku, kłopoty z przełamaniem bariery językowej w obcym kraju i – co równie istotne – kwestię odkrycia i dopasowania się do odmiennych kodów kulturowo-społecznych. Autorka wiele miejsca poświęca w swojej książce emigranckiej frustracji, trafnie oddając swoisty paradoks emigracyjny: tu źle i tam niedobrze, i pisząc m.in.: „Problemem początkującego emigranta jest brak poczucia przynależności do jakiejś grupy czy środowiska. Jest się zawieszonym w przestrzeni miedzy TU, które serce i rozum odrzuca, a TAM, do którego często nie ma powrotu.”

Nie ulega wątpliwości, że gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli, filtrujemy rzeczywistość poprzez subiektywne doznania i doświadczenia, własne myśli, język i przede wszystkim kulturę, w której dane nam było się urodzić i dorastać. Jednocześnie jednak daje to jakby podwójną perspektywę widzenia, na dobre i na złe, jako że może to zarówno utrudnić akceptację, jak i ułatwić dostosowanie się do nowej rzeczywistości. Nie powinien więc dziwić fakt, że problem adaptacji, to w zasadzie główna osnowa książki.
Maria Rejment podejmuje w niej bowiem problemy typowe dla każdego imigranta: świadomość braku korzeni, brak poczucia „zakotwiczenia” w nowym środowisku, brak znajomości kodów kulturowych, itp., stwierdzając nie bez racji: „Imigran-towi najwięcej potrzeba wiary w siebie i najtrudniej mu ją wykrzesać.”
Autorka porusza też inny bardzo ważny aspekt, mianowicie ogólny problem braku (przynajmniej na początku pobytu w nowym kraju) pozycji społecznej. Fakt ten wpływa częstokroć również na relacje wewnątrz danej rodziny imigranckiej, doprowadzając nierzadko do rozłamu, czy wręcz rozstania się ludzi, którzy wyemigrowali przecież z zamiarem polepszenia sobie warunków życia w obcym kraju.
Autorka podaje przy tym bardzo dużo cennych informacji o krajach, w których okresowo przebywała, nie ograniczając się tylko do suchej prezentacji faktów, ale także dzieląc się szczodrze – poprzez swoje powieściowe postacie – osobistymi (jak można przypuszczać), nierzadko bolesnymi doświadczeniami życiowymi na przestrzeni ponad dwóch dziesięcioleci. Czytelnika uderza zwłaszcza kontrast wypływający ze zderzenia oczekiwań głównej bohaterki książki, Eweliny, z niejednokrotnie smutną czy nawet okrutną rzeczywistością. W rezultacie otrzymujemy fascynującą relację polskiej kobiety, emigrantki i imigrantki, opartą na swoistym rozliczeniu się z przeszłością, z oczekiwaniami, marzeniami i miłościami – na różnych etapach transformacji do nowej kultury czy kultur, jak w tym przypadku australijskiej i szwedzkiej.

Podobnie bowiem, jak w przypadku Australii, tak i po przybyciu do Szwecji, bohaterka książki przeżywa kolejny szok kulturowy, zwiększony dodatkowo przez brak znajomości języka szwedzkiego. Warto tu dodać, że autorka jest z wykształcenia anglistką i stąd zapewne kwestii języka i jego roli w przystosowaniu się do danych kodów społecznych oraz zaadaptowaniu się w obcej kulturze, poświęca w swej książce dużo miejsca. Ciekawa jest też rola listów wymienianych między powieściową bohaterką, a pozostawioną w Polsce rodziną. Wplecione zręcznie w narrację książki, stanowią niejako boczny jej tor, przyczyniając się jednocześnie do podkreślenia czy dopełnienia zarówno istotnych wydarzeń powieściowej fabuły, jak i losów i stanów duchowych jej głównych postaci.
W powieści jest jeszcze jeden, obok emigracyjnych przeżyć, motyw przewodni opisywanych wydarzeń. Jest to, jak można się domyślać sądząc po tytule książki – „Przez morze do szczęścia” – miłość, w szerokim rozumieniu tego słowa. Autorka książki operuje bowiem całą gamą różnych odcieni tej miłości, stanowiącej siłę napędową poczynań powieściowej Eweliny, nie tylko w relacjach damsko-męskich, ale również w stosunku do swoich dzieci czy do pozostawionych w Polsce członków rodziny i przyjaciół. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że właśnie miłość od samego początku wpływała na jej życiowe decyzje, zarówno wtedy, kiedy wraz z mężem i małym dzieckiem decyduje się na opuszczenie kraju, jak i potem, w trakcie różnych etapów tej życiowej podróży. Czy Ewelina znalazła za morzem swoją „ziemię obiecaną”, zarówno jeśli chodzi o samorealizację zawodową, jak i w życiu osobistym? Nie rozwinę tego tematu, żeby nie uprzedzać wydarzeń książki – z myślą o tych, którzy jej jeszcze nie czytali.

Dodam jeszcze tylko, że uderzyła mnie w trakcie lektury bezpośredniość i otwartość, z jaką autorka opisuje nie zawsze łatwe relacje uczuciowe z bliskimi sobie osobami. W książce, jak można założyć, fikcja miesza się z rzeczywistymi przeżyciami, nierzadko na granicy naruszenia prywatności – stąd łatwo tu ulec (przed czym ostrzegam!) pokusie utożsamiania przeżyć bohaterki książki z jej twórczynią. Pomijając jednak pytanie do jakiego stopnia, pisząc powieść, autorka filtrowała część własnych wspomnień i przeżyć, uderza w nich celność różnych spostrzeżeń i szczerość w przekazywaniu zarówno wydarzeń, jak i stanów emocjonalnych. Odnoszę nieodparte wrażenie, że wcześniej napisany wiersz Marii Kabały, pt. „Ile siły” (z wydanego w 1996 roku w Polsce tomiku „Lampa nadziei”), oddaje w pełni charakter zarówno tej książki, jak i jej autorki:

ile siły trzeba mieć
żeby jednym pociągnięciem pędzla
pomalować cały świat na czarno
ile odwagi
żeby zdjąć obraz ze sztalug
i powiedzieć
tu nic nie ma

M. Anna Packalén Parkman

Lämna ett svar