TERESA URBAN: Bajka o czerwonych pantofelkach
Dawno, dawno temu, kiedy byłam nastolatką, moja serdeczna przyjaciółka dostała parę czerwonych pantofelków z wąskimi noskami na szpilkowych obcasach w prezencie od swej cioci zamieszkałej w Szwecji.
W owych czasach, w socjalistycznej Polsce ładne, modne ubrania były nieosiągalnym luksusem dla tych, którzy nie mieli krewnych za granicą. Pewnie niektórzy czytelnicy pamiętają, że sklepy z damskim ubraniem nosiły wówczas nazwę Damskie okrycia i słusznie, bo nie ubierały tylko okrywały. Podziwiałam czerwone szpilki przyjaciółki i zazdrościłam jej. Nie była to jednak brzydka zawiść, tylko pragnienie posiadania podobnych pantofelków. Nie miałam jednak prawa narzekać, ponieważ ojciec przywoził mi czasem ze swych służbowych wyjazdów parę ładnych, zagranicznych bucików. Ojciec, ceniony naukowiec, mimo komunistycznego reżimu, często wysyłany był na Zachód na konferencje. Oszczędzał wtedy swoje diety w dewizach i zawsze miał dla mnie jakiś upominek – ładny sweterek, sukienkę czy parę bucików. Podziwiałam go, że potrafił wybrać modne obuwie, w odpowiednim rozmiarze i utrafić w mój gust, jeśli chodziło o fason. Był przecież specjalistą od technologii żywności, a nie ekspertem od obuwia.
Już samo otwarcie kartonu z butami sprawiało mi niesłychaną przyjemność. Gdy unosiłam wieczko i rozwijałam zawartość z jedwabistego, papierowego gniazdka czułam rozkoszny zapach nowej skóry. Nie zdarzyło się jednak nigdy żeby buciki były w czerwonym kolorze.
Czerwone pantofelki przyjaciółki zapisały mi się do tego stopnia w pamięci, że wspomniałam o nich w mych pamiętnikach, książce, którą jak na razie nie zainteresował się żaden wydawca. Buciki stały się dla mnie symbolem młodzieńczych marzeń o elegancji i luksusie. Proszę więc sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy pół wieku później ujrzałam podobne czerwone cudo w Szwecji, na półce w sklepie z obuwiem. Moda odchodzi i powraca. Szpilki z wąskimi noskami znów weszły w modę. Pantofelki szeptały, a raczej wołały: „Kup mnie, kup mnie!” Poprosiłam o mój rozmiar i przymierzyłam. Pasowały świetnie i były dużo wygodniejsze niż można było oczekiwać od wąskich nosków i bardzo wysokich obcasów. Zerknęłam na cenę. Była również bardzo wysoka.
Odstawiłam pantofelki na półkę. Szczerze mówiąc czerwone pantofle były ostatnią rzeczą, jaka mi była potrzebna. Czerwień nie jest moim kolorem. Mogłam je, co najwyżej, założyć raz do roku do mojej „małej czarnej” w okresie Bożego Narodzenia. Nie miałam nawet czerwonej torebki, więc czarne pantofle pasowały lepiej. Na półce stała także identyczna para czarnych szpilek. Rozsądniej byłoby kupić te czarne, były praktyczniejsze. Miałam jednak już czarne wizytowe pantofle. Może nie były aż tak eleganckie jak te na półce, ale ani ja sama ani moi najgorsi wrogowie nie zauważyliby różnicy. Byłyby to wyrzucone pieniądze. A poza tym jak mogą smutne czarne szpilki konkurować z magią czerwonej pary?
W ciągu następnych tygodni pilnowałam pantofelków z nadzieją, że cena zostanie obniżona. Niestety! Nadeszła przecena, ale stały one nadal na półce za pełną cenę. Poddałam się. Natomiast Małżonek, prawdziwy entuzjasta przecen, odwiedzał codziennie centrum handlowe w pogoni za rzeczami, których nie potrzebował. Ostatniego dnia przeceny pojechał po raz ostatni zdecydowany znaleźć życiową okazję. W tym czasie musiałam udać się do sklepu, aby zrobić drobne jedzeniowe zakupy. Kiedy wróciłam Małżonek był już w domu.
– Mam dla ciebie prezent – wykrzyknął radośnie.
Należy wyjaśnić, że Małżonek nigdy nie kupuje mi prezentów. W tej dziedzinie cierpi na chroniczną trudność w podejmowaniu decyzji. W najlepszym wypadku mogłam oczekiwać jakiejś darmowej reklamowej próbki, która do niczego nie była mi potrzebna. Mógł także mieć ze sobą katalog z biura turystycznego z nowym, ciekawym celem podróży, gdzie mogłabym łaskawie mu towarzyszyć.
Teraz stał na stole średniej wielkości karton przewiązany zieloną wstążeczką. Trudno było zgadnąć co zawiera. Mogły być w nim na przykład zdziczałe śliwki zebrane w jakimś bezpańskim ogrodzie, który inwentaryzował przed zabudową. Gdy uniosłam wieko kartonu ,brakło mi słów. Wewnątrz leżała para wizytowych, czerwonych szpilek – moich szpilek. Podczas naszego 40-letniego małżeństwa nigdy nie przeżyłam podobnej niespodzianki. Małżonkowi wydaje się wprawdzie czasem, iż kupuje mi w prezencie ubranie. Udaje się ze mną do sklepu, ale siada potem na kanapie i zagłębia się w czytaniu gazety, podczas gdy ja wybieram i przymierzam nową garderobę, za którą potem na ogół płacę własną kartą Visa, co nie ma wiekszego znaczenia, bo mamy wspólną ekonomię. Ale teraz z własnej inicjatywy sprezentował mi parę butów. Cuda nadal się zdarzają.
– Nie wiem, czy jest to twój rozmiar – powiedział niepewnie Małżonek.
To był mój rozmiar. Małżonek towarzyszył mi przecież kiedy po raz pierwszy przymierzałam pantofelki. Uściskałam go i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu stanęły mi łzy w oczach. Małżonek wyjaśnił, że na początku cena pantofli została nieco obniżona, ale później kosztowały już tylko połowę ceny przeceny. Czyli były za bezcen biorąc pod uwagę ich wytworną elegancje.
– Ekspedientka nie chciała mi ich odłożyć, abyś sama zdążyła przyjechać i przymierzyć. Zgodziła się tylko na kilkuminutową rezerwację, ponieważ musiałem podjąć pieniądze w bankomacie – wyjaśnił.
Czasem można mieć zarówno szczęście jak i troskliwego męża. Nie zastanawiając się długo pojechaliśmy ponownie do centrum handlowego i nabyliśmy również parę czarnych szpilek. Kiedy wyjaśniłam młodej sprzedawczyni, że czerwona para to prezent od mego kochanego Małżonka, uśmiechnęła się i oczy jej zwilgotniały w podejrzany sposób. Z wiadomej przyczyny współczesna młodzież nie jest widocznie aż tak uczuciowo oziębła, za jaką się ją uważa.
Teresa Urban
