WYWIAD: Jestem szwedzką artystką polskiego pochodzenia! Punkt.

Nowa Gazeta Polska rozmawia z Aliną Witwitzką, malarką mieszkającą w Göteborgu.

Kiedy przyjechałaś do Szwecji?

Urodziłam się w Krakowie, ale mieszkałam na Śląsku. Pracowałam jako dziennikarka w ”Dzienniku Zachodnim”. Przyjechała do Szwecji w 1976 roku. Pierwsze dwadzieścia lat mieszkałam w Sztokholmie, w 1996 roku przeprowadziłam się do Göteborga. Ja pochodzę z takiej mieszanej rodziny, gdzie jest i szlachcic i chłopka spod Krakowa. Moi rodzice poznali się w czasie wojny w Niemczech na robotach u bauerów. Po wojnie zamieszkali najpierw w Krakowie, bliżej rodziny mamy, później przenieśli się do Gliwic. Także ja właśnie tam się wychowałam. W Polsce ukończyłam filologię polską, ale cały czas marzyłam o Akademii Sztuk Pięknych. Dopiero jak znalazłam się w Szwecji to rozpoczęłam studia w Konstfackskolan, ukończyłam ją w 1985 roku.

Czy udało się Ci w ten sposób zrealizować marzenia?

Muszę powiedzieć, ża jako artysta szwedzki nigdy nie byłam akceptowana przez Polaków, którzy uważali, że KonstfacksskolaN jest gorsza od Akademii Sztuk Pięknych. Więc nawet jak próbowałam wystawiać w Polsce z innymi polskimi artystami, to nie chcieli zaakceptować moich obrazów. Było to dla mnie bardzo mocne przyżycie. Określam się zatem jako artystka szwedzka polskiego pochodzenia. Ja utrzymałam swoje nazwisko, Alina Witwitzka, bo to w zasadzie było w Szwecji pewnym uprzywilejowaniem być artystą obcego pochodzenia. Dla mnie Szwecja jest bardzo ważnym miejscem. Zbudowałam tutaj bardzo pozytywną identyfikację z tym krajem. Wyjechałam z Polski z chorobą, nerwicą lękową, dopiero tutaj odzyskałam harmonię i zdrowie. To dla mnie bardzo ważne.

Polscy artyści często narzekają, że są źle traktowani przez innych szwedzkich artystów. Ale wynika z tego co mówisz, że Twoje doświadczenia są inne.

Odpowiem tak: ponieważ jestem tak zwanym konstfackare, to być może należę do rodziny. Ukończyłam akademię szwedzką i może dlatego nie miałam nigdy takich problemów. Dla mnie to postawienie tak sprawy jest w ogóle dziwne. Jako artystka muszę charakteryzować się indywidualnością, każdy musi być indywidualny! Może zabrzmi to snobistycznie, ale jestem tutaj uznaną artystką, sporo o moich pracach pisano, recenzowano je… Może dlatego nigdy nie zastanawiałam się nad problemem, że ktoś mnie gorzej traktuje ze względu na pochodzenie. Może zabrzmi to jako krytyka: Polacy mają w sobie taką potrzebę narzekania, że gubią się, gdy nie narzekają.

Może wynika, to z tego, że człowiek zdeterminowany ma łatwiej…?

Najpierw w Sztokholmie pracowałam jako frilans między innymi w największych gazetach, w telewizji, przez 10 lat byłam kierownikiem artystycznym w biurach reklamowych. Moje córki poszły w moje ślady, studiowały sztukę i są artystkami. Mój były mąż był kierownikiem produkcyjnym w Biblioteksförlaget. Można powiedzieć, że my należeliśmy do tej grupy, która miała może szczęście… Albo należało by to inaczej powiedzieć: ja, gdy znalazłam się w Szwecji, podjęłam decyzję, by nauczyć się języka, wejść w społeczeństwo szwedzkie i działać w obrębie kultury. Ponieważ robiłam to w Polsce, więc była to dla mnie kontynuacja tego, co chciałam robić. I muszę powiedzieć, że odbyło się to bez większych problemów. Każdy musi podjąć jakąś decyzję, co chce robić w życiu. I jeśli jest konsekwentny w swoim działaniu, to mu to wychodzi.

Co zmieniło się po przeprowdzce do Göteborga?

Jak przeniosłam się do Göteborga, to postanowiłam nie pracować jako kierownik artystyczny. Chciałam realizować własne projekty artystyczne, założyłam firmę, to tak zwane Centrum Tworzenia, a oficjalna nazwa A.W. Creativity. Zajmuję się malarstwem, prowadzę kursy i sesje terapii z obrazem. Poza moim wykształceniem z Polski i z Konstfacksskolan, ukończyłam również między innymi kursy uzdrawiania duchowego i vedic art. Ale głównie utrzymuję się z malarstwa.

Powiodło się?

Dopiero jak znalazłam się tutaj, to moje malarstwo stało się popularne. Ja maluję sensualnie, maluję radość życia, naszą tęsknotę za miłością. Kolorystyka moich obrazów jest bardzo mocna. Może to sprawia, że obrazy się sprzedają. Mam pracownię i galerię w dzielnicy Linnestaden w Göteborgu.

Ale mimo złych początków, wystawiasz również w Polsce?

Miałam wystawę w Busku Zdroju. Po 36 latach nie jeżdżenia do Polski – byłam może tylko trzy razy na pogrzebach – postanowiłam połączyć moją identyfikację szwedzką z polską. Dla mnie to był trudny powrót, bo w Polsce doświadczyła dużo przemocy i fizycznej i psychicznej. Ale nie pojechałam do miasta, w którym kiedyś mieszkałam, tylko do Buska Zdroju. Spotykałam tam wielu ludzi. Ale i to doświadczenie też było dwojakie. Jak wspomniałam wcześniej, podczas rozmów wszyscy narzekali. Dużo czasu mi zabrało by z tym się oswoić i zaproponować im, by powiedzieli coś pozytywnego. Nie wiem, może to konsekwencja komunizmu? Też może kiedyś taka byłam, ale dzięki medytacjom, zen – byłam w Sztokholmie w takie grupie – potrafiłam się od tego uwolnić. Tam uczyliśmy się pozytywnego dobierania życia, bo przecież to nasze myśli decydują jak odbieramy rzeczywistość. Abstrahując jednak od tego narzekania, to ten wyjazd do Polski był dla mnie przeżyciem bardzo pozytywnym.

Czy masz kontakty z innymi polskimi artystami w Szwecji?

Prawie żadnych. Jak się ma własną firmę, to nie ma się czasu na nic. Podkreślam: ja jestem szwedzką artystką polskiego pochodzenia. Punkt!

(2015)

Lämna ett svar