ALEKSANDER KWIATKOWSKI: Jak cierpiałem na esprit d’escalier czyli o spotkaniach z których niewiele wynik(a)ło

Na moim pierwszym zagranicznym festiwalu filmowym (Karlovy Vary, 1962) miałem okazję poznać Franka Caprę. Nie w tłumie otaczających go żurnalistów, lecz indywidualnie, przedstawiony przez jakiegoś festiwalowego oficjela.

Byłem wówczas u progu oszałamiającej dziennikarskiej kariery, a Capra, czołowy hollywoodzki reżyser lat 1930-40. właśnie zakończył własną, w wieku 64 lat, i już nie zrealizował żadnego filmu, choć żył jeszcze później ponad 30 lat. Bardzo miło ze mną rozmawiał i nawet robiłem jakieś notatki, ale nigdy nie opublikowałem tego wywiadu. Na wieczornym przyjęciu miałem natomiast okazję, wraz z niemieckim krytykiem Enno Patalasem (zwierzył mi się na stronie, że naprawdę nazywa się Patałach) i kimś jeszcze, informować hinduska gwiazdę filmową, kim był Frank Capra.

Na tym samym festiwalu obecny był także Ermanno Olmi, ze swym najnowszym filmem, debiutem fabularnym Posada. Na innym wieczornym raucie próbowałem go zagadnąć na temat jego poprzedniego filmu, dokumentu Czas się zatrzymał, nagrodzonego wcześniej na festiwalu w Trydencie, na który się wkrótce miałem wybrać. Na pytanie, czy działa w gatunku filmu górskiego, Olmi i towarzyszący mu Włosi wybuchnęli głośnym śmiechem i taka to była rozmowa.

Do Trydentu jednak pojechałem jesienią tegoż roku i po spieniężeniu fundowanego przez festiwal lotniczego biletu powrotnego i nabyciu takiegoż na linie naziemne, za zwolnione w ten sposób kapitały, zwiedziłem jeszcze Mediolan, Rzym, Weronę i Wenecję. W Wiecznym Mieście nawiedziłem przebywającą tam wówczas polską gwiazdę filmową Krystynę Stypułkowską, a jej znany mi także skądinąd (z Warszawy) ówczesny narzeczony przewiózł mnie vespą przez Rzym i załatwił nocleg w tanim hoteliku za 1 dolara, blisko Fontana di Trevi. Mając kasę zaprosiłem ich wieczorem do jakiejś modnej ogródkowej restauracji, a oni następnego dnia wprosili siebie (i mnie) do eleganckiej willi reżysera Vittorio De Sety, zamożnego arystokraty. Bardzo a propos, bo rok wcześniej jego film Bandyci z Orgosolo zdobył w Trydencie Grand Prix. Tyle że arystokrata nie władał angielskim, a dla mnie włoski i francuski stanowiły wtedy jeszcze terra incognita. I niewiele było z tej rozmowy. Ale dania świetne. W czasie tego pierwszego pobytu w Rzymie trafiłem na małą uliczkę artystów – Via Margutta – w okolicach Piazza di Spagna i wpadłem do baru na drinka. Obok siedział przy barze James Mason, ale jakoś nikt mnie nie przedstawił.

W latach studenckich kochałem się w Marinie Vlady, a raczej w jej zdjęciach w nowopowstałym tygodniku Dookoła świata. Sporo lat później spotkałem w Warszawie jej siostrę Odile Versois, z którą zamieniłem kilka zdań po rosyjsku (obie siostry władały tym językiem z domu, jeszcze przed spotkaniem Mariny z Władimirem Wysockim). Było miło, ale wywiadu też nie opublikowałem.

W drugiej połowie dekady wsławionej stanem wojennym (nieważne zawieszonym, czy nie) byłem zaproszony 13 grudnia na Lucię do mieszkania ówczesnej korespondentki Dagens Nyheter Disy Håstad na Starym Mieście w Warszawie. Była tam cała śmietanka KOR-owskiej opozycji, inkrustowana przedstawicielami (głównie skandynawskiej) dyplomacji i mediów. Tu – po wielu latach – ponownie spotkałem Jacka Kuronia, z którym niegdyś studiowałem na tym samym roku historii na UW, a później mieszkaliśmy po sąsiedzku na Mokotowie. Nawet chyba mnie sobie przypomniał i po chwili przeżyłem swój gwiezdny czas, wezwany do tłumaczenia rozmowy Jacka ze szwedzkim ambasadorem, jako że wódz KOR-u talentami lingwistycznymi się nie przechwalał. Po jeszcze paru chwilach nadmiar spożytego alkoholu utrudnił mi właściwe zrozumienie jakiegoś opowiadanego przez Jacka dowcipu. Było to jednak nic w porównaniu ze stanem upojenia Krzysztofa Śliwińskiego, tuż obok tłukącego kieliszki.

A w sąsiedniej grupie miałem nieostrożność zapytać norweskiego korespondenta, czy ma on coś wspólnego z alpinistą o tym samym nazwisku, na co zebrani luminarze prasy wybuchnęli głośnym śmiechem…

Aleksander Kwiatkowski

Lämna ett svar