Kim pan był, panie Wallenberg?

17 stycznia 1945 roku to ostatnia pewna data w życiorysie Szweda, który uratował przed zagładą wiele tysięcy węgierskich Żydów. Właśnie tego dnia uprowadziło go radzieckie NKWD. I odtąd wszelki ślad po nim zaginął.

Życie i śmierć Wallenberga do dziś osnute są mgłą tajemnicy. Ciągle nie wiemy czy był romantycznym bohaterem, młodym dyplomatą, zrządzeniem losu wplątanym w najdramatyczniejsze wydarzenia XX wieku, czy też doborowym agentem wywiadu USA – Office of Strategic Service (OSS – poprzednik CIA), z którym podjął współpracę w pierwszej połowie lat 30, gdy studiował architekturę na Uniwersytecie Michigan? Czy Rosjanie zgładzili go już w 1947 r., czy też zginął znacznie później, gdzieś na jednej z wysp Archipelagu Gułag?

MUSIMY SIĘ SPIESZYĆ

Kiedy w 1993 r. miałem okazję osobiście rozmawiać z przyrodnim rodzeństwem Raoula Wallenberga: Niną Lagergren, profesorem Guy von Dardelem (zmarł w 2009 r.) oraz najbliższym współpracownikiem Wallenberga z Budapesztu, emerytowanym ambasadorem Perem Angerem (zmarł w 2002 r.), nie tylko nie poznałem pewnych odpowiedzi na podobne pytania, ale w dodatku usłyszałem, że źle je formułuję – bo w czasie przeszłym. Byli oni bowiem wciąż przekonani, iż Raoul żyje, zapomniany, gdzieś na syberyjskim odludziu. „Musimy się spieszyć z poszukiwaniami, on ma już dziś ponad 80 lat i być może pozostało mu niewiele życia”- to zdanie wypowiedziane wtedy z jakąś niepodważalną pewnością przypomina mi się zawsze, gdy myślę o tajemnicy tego niezwykłego Szweda. Choć wtedy już na pewno nie żył. W 1989 r. Moskwa przekazała rodzinie dyplomaty jego osobiste rzeczy. To był jednoznaczny sygnał: dalsze poszukiwania nie mają sensu.

Ale, paradoksalnie, wszystkie radzieckie i rosyjskie matactwa wokół losu Wallenberga sprawiły, iż ta postać wciąż jest niezwykle żywa, a jego biografie pisane na nowo. Tylko w tym roku w Szwecji ukażą się dwie kolejne, pióra Ingrid Carlberg oraz Bengta Jangfeldta. Niedawno zarówno w Szwecji jak i w Polsce opublikowano inną interesującą, choć niewolną od błędów i różnych karkołomnych spekulacji – na przykład w kwestii związku śmierci Wallenberga z jego potencjalną wiedzą na temat zbrodni katyńskiej – pracę brytyjskiego dziennikarza Alexa Kershawa „Misja Wallenberga. Pojedynek z Eichmannem o życie 100 000 Żydów” (tytuł szwedzki: „Raoul Wallenbergs sista dagar”).

NA PROŚBĘ WŁADZ AMERYKAŃSKICH

Niespełna 32 letni Raul Wallenberg przyjechał na Węgry 9 lipca 1944 r. w roli pierwszego sekretarza legacji Szwecji w Budapeszcie. Jego misja nie miała jednak dyplomatycznego charakteru, zadanie jakie postawił przed nim „na prośbę władz amerykańskich” rząd neutralnej Szwecji brzmiało: ocalić od śmierci jak najwięcej spośród 800 tys. Żydów zagrożonych komorami gazowymi po wkroczeniu w marcu 1944 r. Niemiec na Węgry. Co prawda był to kraj sojuszniczy Hitlera, ale dotąd nie uczestniczył w „ostatecznym rozwiązania problemu żydowskiego”. W praktyce mogło chodzić już tylko o ok. 200 tys. Żydów budapesztańskich, gdyż na prowincji ludobójcza akcja została zakończona do lata 1944 r.

Utworzona przez Wallenberga „sekcja C” szwedzkiego przedstawicielstwa miała charakter placówki typowo agenturalnej. Per Anger wspominał, że jego kolega pojawił się w Budapeszcie z niezwykłym jak na dyplomatę bagażem: dwoma plecakami, śpiworem i rewolwerem. I nikt nie wiedział, iż przyjechał na zlecenie i za pieniądze Amerykanów.

Wallenberg działał jako przedstawiciel powołanej w styczniu 1944 r. przez prezydenta Roosevelta tajnej Rady do Spraw Uchodźców (War Refugee Board), mającej ratować Żydów i inne cywilne ofiary faszyzmu. Biorąc pod uwagę, iż zdecydowana większość potencjalnych ofiar Zagłady już nie żyła, było to działanie grubo, o co najmniej dwa lata, za późne i prowadzone na zbyt ograniczoną skalę. Ale akurat na Węgrzech można było coś jeszcze zrobić.

W ciągu sześciu miesięcy Raulowi Wallenbergowi udało się objąć opieką i uratować od śmierci co najmniej 10 tys. osób. Rozmaite żródła określają zresztą ich liczebność bardzo różnie, czasem mowa jest o nawet o 100 tysiącach. Ale ta ostatnia liczba jest na pewno grubo zawyżona. Tyle bowiem w ogóle ocalało węgierskich Żydów, a przecież nie wszyscy zostali uratowani przez Wallenberga. Czy było to w rzeczywistości 10, 20 czy 60 tysięcy ludzi – to i tak był to rezultat fantastyczny, zwłaszcza biorąc pod uwagę znikomość sił i środków organizacyjnych jakimi dysponował. Nie brakowało mu tylko pieniędzy, ale te nie były w tych okolicznościach najważniejsze.

Swym podopiecznym wystawiał przede wszystkim szwedzkie dokumenty, tzw. „paszporty ochronne” według samodzielnie wymyślonego wzoru oraz lokował w korzystających ze specjalnego immunitetu ponad trzydziestu zakupionych przez siebie domach w Peszcie, zwanymi „szwedzkimi”. Władze węgierskie wprawdzie wpowadziły limity takich dokumentów, nota bene zupełnie nieformalnych z punktu widzenia prawa międzynarodowego, ale Wallenberg systematycznie łamał te ograniczenia. Niejednokrotnie też osobiście interweniował u Niemców chroniąc bezpośrednio poszczególne osoby przed wywiezieniem do obozów zagłady.

GOŚĆ CZY WIĘZIEŃ ?

Po wkroczeniu do Budapesztu w styczniu 1945 roku wojsk sowieckich, Wallenberg, mimo iż legitymował się ważnym paszportem dyplomatycznym neutralnego państwa, został aresztowany przez NKWD. Jego los podzielił kierowca legacji Vilmos Langelfelder, który 17 stycznia odwiózł Wallenberga na zaproponowane mu spotkanie-pułapkę z przedstawicielami wojsk radzieckich w kwaterze głównej Armii Czerwonej w Debreczynie. Wallenberg jakby przeczuwając swój los, na odjezdnym, zobaczywszy że Rosjanie przydzielili mu trzyosobową eskortę na motocyklu, miał powiedzieć: „Nie wiem czy jestem gościem, czy raczej więźniem”.

Od tej chwili wszelki ślad po nim zaginął, czy dokładniej – ślad pewny. Istnieje przecież dokument wystawiony przez pułkownika-lekarza A.L.Smolcowa, z którego wynika, że Szwed zmarł „nagle, prawdopodobnie na zawał serca” w nocy na 17 lipca 1947 r. w celi 203 moskiewskiego więzienia na Łubiance, dokąd wcześniej, w lutym tego samego roku, został przewieziony z więzienia Lefortowo. Jak wykazały ekspertyzy dokonane w szwedzkich laboratoriach kryminologicznych papier i podpis Smolcowa są bez wątpienia prawdziwe. Ale czy również treść?

Zachowały się też: paszport, papierośnica, różne inne osobiste drobiazgi oraz notes dyplomaty, przekazane jego rodzinie w roku 1989, a odnalezione ponoć niedługo wcześniej i w dodatku zupełnie „przypadkowo” w archiwach sowieckich służb specjalnych.

AMERYKAŃSKI AGENT?

Teza o pracy Raula Wallenberga dla wywiadu amerykańskiego, czy choćby tylko w ogóle na zlecenie USA była przez wiele lat przez Szwedów stanowczo odrzucana. Nie było zręcznie mówić, iż ten bezsprzeczny bohater działał być może nie tylko z pobudek idealistycznych, jak chce tego legenda związana z jego nazwiskiem, ale też jako profesjonalny agent. Jednak tym bardziej niełatwa stawała się odpowiedź na pytanie, dlaczego do misji w Budapeszcie wybrano właśnie tego Szweda. Wszak cały jego życiorys, od chwili ukończenia studiów w USA, przypomnijmy studiów architektonicznych, wygladał dość zagadkowo, a w każdym razie nietypowo jak na przyszłego dyplomatę. W latach 1935 -39 Wallenberg podróżuje „w interesach” po Ameryce Łacińskiej, Afryce Południowej i Palestynie, pracuje też dla różnych międzynarodowych banków. Szwedzka biografka Ingrid Carlberg utrzymuje, że te zagraniczne wyprawy młody Raoul podejmował z woli swego dziadka Gustafa, jednego z synów André Oscara Wallenberga  – twórcy rodzinnej potęgi bankowej, a który zastępował mu ojca (Raoul był pogrobowcem). W ten sposób przygotowywał go do roli światowego finansisty, do której jako „jeden z Wallenbergów” miał być predystynowany. Jednak w 1939 r. Raoul zostaje wspólnikiem nie żadnego banku, ale sztokholmskiej firmy … hurtu spożywczego „Mellaneuropeiska Handelsaktiebolag” prowadzonej przez węgierskiego Żyda Kálmána Lauera. Jako przedstawiciel tego przedsiębiorstwa pojechał w 1943 roku na Węgry a niedługo potem został mianowany tam dyplomatą. Trudno chyba tę nagłą metamorfozę z kupca spożywczego, handlującego masą jajową, zającami i konserwowym rosołem z kury w sekretarza poselstwa wytłumaczyć tylko pochodzeniem Raoula z  „dobrego” domu oraz pewną znajomością realiów węgierskich. Otwarte częściowo na początku 1994 r. archiwa CIA dotyczące Wallenberga, sprawy jego ewentualnej, wcześniejszej pracy dla OSS, nie rozstrzygają w sposób definitywny. Na pewno w Budapeszcie współpracował z amerykańskimi agentami oraz otrzymywał od nich fundusze na swoja działalność. Agentem OSS był za to bez wątpienia szef sztokholmskiego biura War Refugee Board Iver C.Olsen, czyli bezpośredni przełożony Wallenberga. Biografka Ingrid Carlberg utrzymuje, że to Kálmán Lauer wskazał go Amerykanom jako odpowiedniego kandydata do misji na Węgrzech. Tak też być mogło, nie mamy stuprocentowych dowodów, a autorka „jubileuszowej” biografii Wallenberga najwyraźniej nie chce burzyć legendy romantycznego ideowca.

TELEFON DO EICHMANNA

W Budapeszcie Wallenberg spotykał się z osławionym eksterminatorem Żydów, pułkownikiem SS Adolfem Eichmannem, wówczas specjalnym wysłannikiem Heinricha Himmlera do Budapesztu. Oczywiście nie robił tego z sympatii do nazizmu, chodziło o uratowanie jak największej liczby ludzi. Nazwisko Eichmanna we wspomnianym notesie Wallenberga zostało przez kogoś zakreślone na czerwono. Przez NKWD?

Jedna z teorii na temat uwięzienia i śmierci Wallenberga głosi, iż zginął właśnie z powodu tego zanotowanego numeru telefonu, a także innych notatek świadczących o kontaktach z SS i Gestapo. Sowieci mieli podobno początkowo zamiar tylko rutynowo go przesłuchać, kiedy jednak znaleźli dowód jego kontaktów z Eichmannem, jego los został przesądzony. Inna jeszcze wersja mówi, iż Rosjanie podejrzewali Wallenberga o udział w tajnych anglo-amerykańskich rokowaniach z Himmlerem w sprawia zawarcia separatystycznego, wyłączającego ZSRR, pokoju z Niemcami.

Jeszcze inne światło na sowiecką decyzję o zgładzeniu Wallenberga rzuciła opublikowana w 1989 r. w Sztokholmie książka dwóch holenderskich historyków: Aaldersa i Wiebesa zatytułowana „Biznes za wszelką cenę – tajne poparcie Wallenbergów dla nazistów”. Autorzy udowodnili w niej, iż kuzyni Raoula, wielcy szwedzcy bankierzy bracia Marcus i Jacob Wallenberg ściśle współpracowali na polu gospodarczym z hitlerowskim Berlinem, m.in. z osławioną firmą chemiczna IG Farben, produkującą najtańsze i najskuteczniejsze narzędzie nazistowskiej zagłady – cyklon B. Dla Rosjan, których wywiad z pewnością wiedział o tych interesach Wallenbergów, mogło to być wystarczającym powodem do zabicia Raoula gdy tylko wpadł w ich ręce. Mimo, że w rzeczywistości jego stosunki z wpływowymi kuzynami były dość ograniczone i nigdy nie powierzali mu istotniejszych zadań biznesowych.

POD RADZIECKĄ OPIEKĄ

Sowieci, którzy już 16 stycznia 1945 r., czyli na dzień przed (!) zniknięciem Wallenberga poinformowali ambasadę szwedzką w Moskwie, iż dyplomata  jest pod radziecką opieką, zaczęli następnie stanowczo zaprzeczać jakoby go uwięzili, czy choćby cokolwiek wiedzieli o jego losie. Faktem jest, iż w Sztokholmie (zapewne w związku z chaotyczną sytuacją na europejskich frontach, a tym samym w szwedzkich placówkach dyplomatycznych) zorientowano się, że Wallenberg przepadł bez wieści dopiero w połowie marca 1945 r. Pojawiła się wówczas pogłoska, powtarzana zresztą z różnych źródeł przez całe dziesięciolecia, mówiącą, że rozstrzelano go od razu w Budapeszcie.

Jednak najbardziej kompromitujący Szwedów moment dopiero miał nadejść. W czerwcu 1946 r. ich ambasadora w Moskwie Staffana Söderbloma przyjął sam Stalin i oczywiście nie omieszkał go zapewnić, iż postara się wyjaśnić sprawę zaginionego dyplomaty. Wtedy, chyba ku swemu wielkiemu zdumieniu, usłyszał od Söderbloma przypuszczenie, iż Wallenberg być może zginął w wypadku drogowym, albo padł ofiarą bandytów w powojennej zawierusze na Węgrzech! Co więcej, ambasador zasugerował, aby oficjalnie ogłosić śmierć dyplomaty i tym samym uspokoić jego matkę oraz przeciąć mnożące się spekulacje. Rzecz jasna Stalin zrozumiał natychmiast, iż Szwedom tak naprawdę niezbyt na Wallenbergu zależy. Z jego powodu nie chcą psuć sobie stosunków z potężnym sąsiadem, w dodatku w obliczu możliwości uzyskania wielkich, intratnych kontraktów handlowych.
Obiecane „starania” Stalina przyniosły wynik po przeszło roku: 18 sierpnia 1947 r. osławiony prokurator Andriej Wyszyński, wówczas sprawujący funkcję wiceministra spraw zagranicznych, poinformował Szwedów, że przeprowadzenie dochodzenie pozwoliło ustalić, iż „Raoul Wallenberg nie przebywa w ZSRR”. Co ciekawe, niewykluczone, że była to prawda – jeśli rzeczywiście dyplomata nie żył już od lipca.

W 1956 r. premier Tage Erlander otrzymał w Moskwie zapewnienie Nikity Chruszczowa, iż sprawa zostanie ponownie zbadana. Rok później ogłoszono tzw. raport Gromyki, w owym czasie wiceministra spraw zagranicznych ZSRR, w którym Rosjanie przyznają, iż faktycznie zatrzymali Wallenberga, ale ten niestety okazał się słabego zdrowia i zmarł w dwa i pół roku po uwięzieniu, latem 1947 r. Zauważmy, że ten wysportowany i silny mężczyzna miał wówczas niecałe 35 lat. W dokumencie podano, iż informację o śmierci Wallenberga pułkownik-lekarz Smolcow przekazał ministrowi bezpieczeństwa państwowego Wiktorowi Abakumowowi, ten zaś polecił skremować zwłoki bez przeprowadzania sekcji. Ponieważ Abakumow został zlikwidowany po śmierci Stalina, a Smolcow zmarł mniej więcej w tym samym czasie, nowe kierownictwo radzieckie miało rzekomo długo nic nie wiedzieć o prawdziwym losie więźnia, tym bardziej, że – jak pisał Gromyko – było świadomie wprowadzane w błąd przez Abakumowa.

LEGENDY I AGENTURALNE REWELACJE

Równocześnie Rosjanie kategorycznie odrzucali prezentowane w latach 50. i 60. przez stronę szwedzką zeznania licznych świadków, przede wszystkim austriackich, niemieckich i włoskich jeńców wojennych, którzy mieli widzieć Wallenberga żywego w więzieniu we Władimirze na początku lat 50. Byli też i świadkowie, którzy rozpoznawali go w różnych więzieniach i obozach jeszcze w latach 60., a nawet, już na wpół obłąkanego, na początku lat 80. Niektórzy z tych świadków znikali lub ginęli w tajemniczych okolicznościach, inni odwoływali swe relacje, albo zasłaniali się nagłą utratą pamięci. Wszystko to wzmacniało tylko podejrzenia, iż oficjalna sowiecka wersja losu Szweda daleka jest od prawdy. Wszystkiego tego było już za dużo dla najbliższych Raoula. W 1979 r. jego matka i ojczym popełnili razem samobójstwo.

Co do rzekomego pojawiania się Wallenberga w najróżniejszych miejscach nie brakuje zresztą najbardziej nawet fantastycznych legend. Jedna z nich np. głosi, iż ukrywał się on i zmarł w roku 1947 w … Polsce, konkretnie w okolicach Przemyśla. Wallenberga szukali nie tylko Szwedzi, z czasem do poszukiwań włączyli się rosyjscy dysydenci i działacze praw człowieka, m.in. Andriej Sacharow i jego żona Jelena Bonner. Bez rezultatu.

Wreszcie w roku 1989 jeden z wysokich radzieckich dyplomatów pośrednio przyznał, iż Wallenberg nie zmarł śmiercią naturalną i w roku 1947 został zamordowany. Podobną wersję wydarzeń potwierdził w 1990 r. Oleg Gordijewskij, czołowy agent KGB, który zbiegł do Wielkiej Brytanii. Później znalazła ona jeszcze mocniejsze wsparcie w głośnych, opublikowanych w USA wspomnieniach byłego szefa operacji specjalnych NKWD Pawła Sudopłatowa, postaci wyjątkowo obrzydliwej, ale chyba niestety w tej akurat sprawie wiarygodnej. Przyznał on, że Wallenberga zgładzono w tajnym laboratorium medycznym NKWD prowadzonym przez prof.Grigorija Majronowskiego, przy pomocy  „eksperymentalnego” zastrzyku trucizny, dającej podobny efekt jak zawał serca. Jako główny powód tej egzekucji Sudopłatow podaje odmowę Wallenberga przejścia na stronę sowiecką. Cała dokumentacja owego laboratorium miała zostać zniszczona.

Dziś oficjalna wersja rosyjska głosi, iż aresztowanie szwedzkiego dyplomaty było skutkiem „tragicznej pomyłki”. Ale ujawnione w 2009 r. przez FSB (sukcesorkę KGB) akta mówią, iż więzień, którego przesłuchiwano 22 i 23 lipca 1947 r. był „prawdopodobnie” Raoulem Wallenbergiem. Tym samym, który miał umrzeć tydzień wcześniej na zawał… Czy trudno się zatem dziwić, iż to 17 stycznia 1945 r. uznaje się za ostatnią pewną datę w życiorysie Szweda? Carl Bildt zapowiedział własnie wysłanie do Moskwy kolejnego specjalnego wysłannika, ambasadora Hansa Magnussona, ale chyba sam nie wierzy, że misja ta przyniesie jakiś przełom w dociekaniu prawdy.

 

Jakkolwiek cała ta historia brzmi ponuro, to ma ona przecież w sobie niepodważalnie optymistyczną wymowę. Mianowicie taką, że niektóre budapeszteńskie „dzieci” Wallenberga żyją jeszcze do dziś. Przy różnych okazjach poznałem w Sztokholmie kilka starszych pań, które często niewiele pamiętają ze swego dzieciństwa w Budapeszcie, ale wiedzą, że żyją, mają dzieci i wnuki dzięki szczupłemu, łysiejącemu mężczyźnie ze Szwecji, który nazywał się Raoul Wallenberg

Piotr Cegielski

Tekst publikowany w NGP w 2013 roku.

Lämna ett svar