LUDOMIR GARCZYŃSKI GĄSSOWSKI: Wydawnictwa i rozdawnictwa

Napoleon kiedyś powiedział, że do wygrania wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Krążący po okupowanej Warszawie (w czasie II wojny) dowcip parafrazował wypowiedź Napoleona i wkładał ją w usta Churchilla, który miał powiedzieć, iż do wygrania wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, ludzi i cierpliwości. Po czym wyjaśnił: pieniądze dadzą Amerykanie, ludzi da Rosja, a cierpliwość my, Anglicy.

Po zdradzie jałtańskiej pozostałym na emigracji Polakom pozostał tylko protest wyrażany wolnym słowem. Możliwości oddziaływania na Kraj były niewielkie (z braku funduszy). Zarówno w II Korpusie generała Władysława Andersa, jak i w I Dywizji Pancernej generała Maczka działały wydawnictwa i – co ważniejsze – były fundusze wydawnicze. W obu jednostkach żołnierze opodatkowali się dobrowolnie w wysokości 5% swoich poborów na fundusz wydawniczy. W Szkocji, gdzie stacjonowała 10 Brygada Kawalerii (pancernej), późniejsza I Dywizja, założono pismo Dziennik Żołnierza i wydawano broszury, zaś w armii Andersa wydawano tygodnik Orzeł Biały i założono wydawnictwo W Drodze, które wydawało polską klasykę dla potrzeb uczącej się młodzieży z armii oraz dla wywiezionych z Rosji sierot, którymi się korpus zaopiekował.

Nakłady tych książek były stosunkowo duże, ok. 10 tys. egzemplarzy. Miałem tych książek trochę w Krakowie z przemytu z Maczkowa. Mało kto dziś pamięta, że z łaski (albo raczej z lenistwa Brytyjczyków) Polacy dostali swoją strefę okupacyjną w Niemczech. Z jednej strony ułatwiało to aliantom skupienie w jednym miejscu Polaków – byłych więźniów oraz przymusowych robotników i innych, często uchodźców uciekających przed armią wyzwolicielką. Z drugiej strony nie musieli nadmiernie angażować swoich tęskniących za domem rodzinnym,  żołnierzy.

Stąd małą część brytyjskiej strefy okupacyjnej oddano pod okupację żołnierzom I-szej Pancernej, już wtedy wprawdzie nie generała Maczka, którego Anglicy pozbawili dowództwa na skutek nie pogodzenia się tego ostatniego ze zdradą jałtańską. Nie mniej Armia była wierna swojemu założycielowi i dowódcy. Miasteczko przekazane Polakom nazwano na początku Lwowem. Na skutek protestu sowieckiego nazwę zmieniono na Maczków. I w tym Maczkowie, skąd wysiedlono Niemców, ulice miały polskie nazwy. Tu już nie pomogły protesty sowieckie: były ulice Lwowska, Wileńska a nawet Ofiar Katyńskich i inne najczęściej związane z Kresami. Działały polskie szkoły, teatry, kina i wydawnictwa. Tam debiutował Tadeusz Borowski. Gustaw Morcinek wydał tam też swoje Listy z pod Morwy. Ale najważniejsze było to, iż Maczków był położony blisko Polski. Żołnierze I-szej Pancernej w mundurach angielskich (po odpruciu plakietki Poland) w ciężarówkach z brytyjską rejestracją udawali Anglików i w ramach misji Czerwonego Krzyża przywozili do Polski żywność, lekarstwa i literaturę. A w drodze powrotnej wywozili z Polski przebranych w angielskie mundury zagrożonych polskich działaczy niepodległościowych. To był początek zasilania Kraju w wolną literaturę.

Na dużą skalę zaczęło się to jednak, gdy Amerykanie sypnęli złotem. Utworzono dwie organizacje Kongres Wolności Kultury, w którym wielką rolę odgrywał polski intelektualista Konstanty Jeleński, ten sam, który wylansował w świecie Witolda Gombrowicza, oraz Fundację Wolnej Europy. Ta ostatnia powołała później Radio Wolna Europa. Żeby nie było wątpliwości – fundacje te nie były skierowane wyłącznie na Polskę, a raczej przeciwnie: skierowane były na wszystkie znie-wolone kraje Europy wschodniej ze Związkiem Radzieckim na czele. Na początku fawory-zowano kraje bałtyckie. Traf sprawił, że dużą rolę odgrywali w nich Polacy, a na czele największego rozdawnictwa książek stał długie lata Adam Rudzki, który doskonale realizował ówczesną amerykańską politykę wyzwolenia.

Tu muszę wyjaśnić, posługując się wygłoszonym swego czasu w Sztokholmie odczytem Jana Nowaka, o co mi chodzi. Bardziej inteligentni politycy amerykańscy już w czasie drugiej wojny kwestionowali zaślepienie i zachwyt, w stosunku do Wujka Jo wielkiego demokraty, jak określał Józefa Stalina prezydent Roosevelt, który wolał Stalina od imperialisty Churchilla. W końcu USA było kiedyś kolonią angielską a nie rosyjską. Senator Harry Truman, wiceprezydent z ostatniej kadencji Roosevelta i jego następca, miał w tej kwestii inne zdanie, ale skręt polityki amerykańskiej mógł nastąpić dopiero po zakończeniu wojny z Japonią. Nie od razu można było opanować lewicowe prokomunistyczne nastroje w Ameryce. Stąd na początku lat pięćdziesiątych osławiona Komisja senatora McCarthego, w której dużą rolę odgrywał późniejszy liberał Robert Kennedy. Komisja McCartethego badając działalność antyamerykańską często wylewała dziecko z kąpielą. Nazywano to polowaniem na czarownice. /…/

Polityka wyzwolenia utrzymała się tylko do momentu przełamania przez ZSRR monopolu atomowego. Od tego czasu Amerykanie, bo tylko oni się wtedy liczyli, ogłosili politykę powstrzymywania. Przykładem była wojna koreańska. Później obowiązywała  polityka rozmiękczania albo –  jak kto woli – korumpowania elit komunistycznych. Na tym tle doszło do konfliktu między tymi, którzy chcieli w dalszym ciągu wspomagać (nielegalnie) opozycję w krajach zniewolonych, a tymi, którzy chcieli legalnie wspomagać elity władzy w tych krajach.

Pierwszy pogląd wyznawał Departament Stanu i większość urzędujących prezydentów USA. A ten drugi senatorzy pod przewództwem senatorów Fulbrighta i Mansfielda. Wpływowy senator Fulbright uważał, że należy zlikwidować Radio Wolna Europa. Udało mu się znacznie ograniczyć radio i fundację, a nawet doprowadzić do usunięcia Jana Nowaka z dyrekcji Rozgłośni Polskiej RWE. Jest sprawą jasną, że pomoc logistyczną podsuwały senatorowi wywiady czechosłowacki i peerelowski.

Z drugiej strony senator Fulbright uruchomił fundację, udzielającą stypendia młodym zdolnym aparatczykom pochodzącym z rodzin działaczy partyjnych. Ze stypendium Fulbrighta korzystali na przykład: Włodzimierz Cimoszewicz, Aleksander Kwaśniewski i bodajże prof. Jerzy Wiatr.

Niewątpliwie polityka rozmiękczania dała pewne rezultaty, ale tylko dlatego, że jej twórcom nie udało się skutecznie ograniczyć działania zwolenników konfrontacji ideologicznej. Wyjeżdżający na Zachód ci młodzi wówczas ludzie, zaopatrywali się w wydawni-ctwa, których wydawanie i rozpowszechnianie chciał Fulbright zlikwidować. Niemal w każdym większym mieście wolnego świata był ktoś kto rozdawał niecenzuralną literaturę.

Nim na dużą skalę w latach sześćdziesiątych nastąpiło rozpowszechnianie darmowych książek, sporadyczne próby podejmowano już w latach pięćdziesiątych. W czasie, gdy granice Polski Ludowej były szczelnie zamknięte, a ruch turystyczny prawie nie istniał, Amerykanie zrzucali z samolotów przelatujących na bardzo dużej wysokości tzw. blaszane bomby. Bomba taka już na małej wysokości otwierała się i rozpylała na dużym terenie: ulotki, broszury i książki. W ten sposób trafiło do kraju miniaturowe wydanie  Umysłu Zniewolonego Miłosza. Notabene widziałem taką bombkę na osławionej wystawie Oto Ameryka. Plakietka głosiła, że tych bomb-pojemników używają imperialiści do zrzucania stonki ziemniaczanej  w Europie wschodniej, zarażonych tyfusem i malarią insektów w Korei. Ze względu jednak na możliwość awarii albo zestrzelenia samolotu zrezygnowano z tej formy.

Słynną broszurę z zeznaniami pułkownika Światły rozpowszechniano już przy pomocy balonów wysyłanych z wiatrem z terenu Austrii i Niemiec. Jedną z pierwszych takich ekspedycji opisał w Kulturze w satyrycznym felietonie Piknik wolności Tadeusz Nowakowski. Technika była podobna gdy balon doleciał do celu to doczepiony do niego pojemnik rozsypywał nad Polską broszury. Nie wiem jaką drogą w 1953 znalazły się nad Polską ulotki z orędziem kandydatów na prezydenta USA Dwighta Eisenhowera i Adlaia Stevensona. Nie wiem też po co. Myśmy prezydenta Stanów Zjednoczonych nie wybierali, a dzięki żelaznej kurtynie wpływu na decyzje Polonii amerykańskiej nie mieliśmy żadnego. Wspominam to, bo sam taką ulotkę kiedyś znalazłem w okolicach Kopca Kościuszki i nie wiedziałem co z nią zrobić.

Od tzw. zmian październikowych 1956 roku wydawnictwa emigracyjne zaczęły trafiać do Kraju. W pierwszym krótkim okresie bez przeszkód. Wtedy nawet myślano o debicie dla Kultury paryskiej. Jak wiadomo Kultura jak i RWE poparły zmiany październikowe i – jak to się mówiło – udzieliły kredytu Gomułce. Ten miły okres zakończył się definitywnie po likwidacji tygodnika Po prostu i stłumieniu protestów młodzieży, czyli po roku od pamiętnych przemian.

Nie mniej ruch turystyczny zaczął działać. Krewni z emigracji zaczęli przyjeżdżać i przywozić literaturę. Trudno było celnikom odbierać obcym obywatelom ich prywatne książki.

W okresie późnego Gomułki wydano przepisy zabraniające wwożenia do Peerelu konkretnych tytułów i obcy obywatele musieli je oddawać do depozytu. Obywatelom polskim wydawnictwa te po prostu konfiskowano. Książki wysyłane na adresy placówek naukowych: instytutów, bibliotek uniwersyteckich były przyjmowane i umieszczane w dziale prohibitów. W miarę zwiększania się ruchu turystycznego w obie strony coraz więcej książek przechodziło przez sito.

Książki z działu prohibitów nie leżały też stale na półkach, lecz krążyły między czytelnikami. Poza ludźmi upoważnionymi docierali do nich, poprzez układy prywatne, zwykli śmiertelnicy. Tu dość nieprawdopodobna, ale jak najbardziej prawdziwa historia. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku działała w Krakowie nieformalna grupa, do której miałem zaszczyt należeć. Grupa ta zajmowała się rozpowszechnianiem literatury emigracyjnej. Ci, co znają boom wydawniczy późnych lat siedemdziesiątych i stanu wojennego, nie potrafią wyobrazić sobie powielania książek za pomocą fotografii mało obrazkowej i czytania tych książek w negatywie pod powiększalnikiem. Niektóre książki powielaliśmy w małym formacie na zwykłych odbitkach. Książki mieliśmy z Biblioteki Narodowej. Tak się złożyło że obecna profesor Teresa Chylińska, wówczas redaktorka Wydawnictwa Muzycznego miała przyjaciółkę pracującą w Bibliotece Narodowej i ta przyjaciółka, gdy przyszły z zagranicy nowe książki, przed skatalogowaniem ich, wysyłała je Teresie do Krakowa. A ta przekazywała je swojemu koledze z AK i powstania inżynierowi Zbigniewowi Radłowskiemu, który je fotografował. Ponieważ książki te mieliśmy tylko na tydzień, więc fotografował je także Wiesław Pater i ja. Potem Chylińska książki odwoziła do Warszawy. A kopie krążyły po Krakowie.

W późniejszym czasie działała słynna grupa Taterników, która już hurtowo przerzucała książki poprzez granicę polsko-słowacką. Jeden z taterników Andrzej Mróz członek tej samej studenckiej grupy teatralnej co ja, przekazywał nam w/w publikacje. Tyle dygresji.

W warunkach II wojny i po niej Szwecja dla Polski była krajem frontowym. Komunikacja ze Szwecją była trudna, ale był to jedyny kraj otwarty po przez morze dla otoczonej czy to okupowanymi przez Nie-mcy krajami czy też po wojnie uzależnionymi od ZSRR. I nic dziwnego, że w samym Sztokholmie działały dwa duże rozdawnictwa książek, przekazujących miesięcznie kilkaset egzemplarzy. Obliczano, że 80% wszystkich przekazanych do Kraju wydawnictw szło przez Szwecję – przez Sztokholm, Malmö i Göteborg. Wspomniane wyżej dwa duże rozdawnictwa to: z puli Adama Rudzkiego związane z przedstawicielstwem Kultury rozdawnictwo Norberta Żaby, byłego attaché prasowego poselstwa RP, dawniej korespondenta PAT w Niemczech; i związane z Biurem Informacyjnym RWE w Sztokholmie prowadzone przez Michała Lisińskiego, a później przez Ludomira Garczyńskiego-Gąssowskiego rozdawnictwo z puli Andrzeja Stypułkowskiego.

Andrzej Stypułkowski należał do średniego pokolenia emigracji. Pochodził ze znanej rodziny. Jego ojciec mecenas Zbigniew Stypułkowski był jednym z szesnastu porwanych i sądzonych w Moskwie. On jeden konsekwentnie do niczego się nie przyznawał, a ponieważ ten skądinąd skandaliczny proces, był procesem pokazowym przy otwartej kurtynie więc wyroki były stosunkowo łagodne. Zbigniew Stypułkowski został uniewinniony i odesłany do Polski. Było rzeczą jasną, ze komuniści go wcześniej lub później dopadną. I on i jego syn młodociany powstaniec warszawski Andrzej zostali przebrani w mundury brytyjskie i wywiezieni transportem do Maczkowa. Andrzej wytłumaczył przyjaciołom amerykańskim, że ważną rzeczą jest założenie konkretnego wydawnictwa wydającego stricto literaturę antykomunistyczną. I wydawnictwo takie powstało. Była to Polonia Book Fund Ltd. Przyjaciele amerykańscy zażądali jednak równoczesnego utworzenia  wydawnictwa rosyjskojęzycznego i zorganizowania przerzutu tych wydawnictw na teren ZSRR. To wszystko Stypułkowski im zorganizował. Do tego czasu, gdy była konieczność wydania takiej czy innej pozycji, fundacje amerykańskie finansowały jakieś dawno już zamarłe firmy, jak przedwojenny Światpol, lub wydawały pod firma Związku Dziennikarzy Polskich albo po prostu dofinansowały emigracyjne wydawnictwa lub księgarnie np. londyński Orbis.

W pewnym okresie Fundacja Wolnej Europy dofinansowywała w mniejszym lub większym stopniu wszystkie niepodległościowe wydawnictwa. O małym nakładzie i minimalnej możliwości przekazywania do Kraju. Stypułkowskiemu udało się sprawę urealnić. Będąc mężem zaufania Fundacji kierował finanse tam, gdzie było warto. Jego oczkiem w głowie było samo bardzo ambitne wydawnictwo. Wydawał Tyrmanda, Andrzejewskiego, Wata w opracowaniu Miłosza, Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Conrada uzupełniając skonfiskowanym tekstem Dzieła (rzekomo). Wszystkie wydane w Kraju.

W 1975 roku udało nam się w sposób nie zupełnie legalny uzyskać wydane tylko do użytku wewnętrznego kompendium wiedzy o wrogich w stosunku do PRL organizacjach polskich na Zachodzie i ich prasie. Nie wiem jak to było w innych krajach, ale w Szwecji raczej mało co się zgadza. Zaczynając od ilości Polaków w Szwecji. Poświęcono tam dużo miejsca kwartalnikowi Ankes i słusznie, bo było to bardzo ważne pismo a później wydawnictwo. Tyle tylko, że Ankes tak naprawdę ze Szwecją był mało powiązany. Pismo było drukowane we Francji, gdzie przebywał redaktor naczelny Aleksander Smolar. Później pismo przeniosło się do Londynu.

W czym rzecz? Andrzej Stypułkowski założył w 1963 bardzo ciekawy kwartalnik Polemiki. Redaktorem naczelnym tego pisma został znany publicysta Aleksander Bregman. Założeniem Polemik było uzupełnianie ocenzurowanych wydawnictw krajowych. Wydawcy Polemik pisali: „Najnowsza historia Polski budzi powszechne zainteresowanie w Kraju i na emigracji. W Polsce ukazuje się bardzo wiele opracowań, które znikają z półek księgarskich w ciągu kilku godzin. Wśród  nich znaleźć można dużo wartościowych pozycji. Lecz są i inne. (…) W wydawnictwie, którego pierwszy zeszyt oddajemy (…) komentować będziemy ukazujące się w Kraju książki (…).

W Polemikach, które wychodziły do 1971 roku ukazało się dużo doskonałych opracowań napisanych przez przebywających na emigracji czołowych polskich historyków i publicystów. Sęk w tym, że czytelnicy krajowych wydawnictw, z którymi polemizowali koryfeusze emigracyjni, nie mieli dostępu do Polemik. Zaś  emigracyjni czytelnicy Polemik nie mieli dostępu do omawianych wydawnictw krajowych. Po śmierci Aleksandra Bregmana, Stypułkowski wpadł na pomysł czegoś nowego. I taka była geneza Aneksu.

Pismo firmowało Polskie Koło Naukowe przy Uniwersytecie w Uppsali. Żadna polska reakcja z Londynu czy Paryża. W słowie wstępnym pierwszego numeru napisano: „Współpracownicy Aneksu – jego inicjatorzy, tłumacze – różnią się  poglądami, identyfikują z różnymi ideologami, rozmaicie oceniają  obecną sytuację w Polsce. Zapewne, większości z nas najbliższa jest tradycja socjalistyczna.”

Ludomir Garczyński-Gąssowski

Lämna ett svar