ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Melancholia

Szczęście niełatwo opisać, o tym wie każdy literat. Wiersz wypełniony słowami obrazującymi szczęście, pozostawia nierzadko wrażenie naiwności. Tylko wielcy poeci, i to nie każdy, potrafią pisać o szczęściu niebanalnie. Podobne problemy napotykają prozaicy, kierując fabułę ku szczęśliwemu zakończeniu.

Nieszczęście jest (niestety) o wiele bardziej interesujące niż szczęście. Pokrętna intryga zaciekawia bardziej od akcji prostolinijnych. Intrygi utrzymują poziom zaciekawienia i pozostają w pamięci, bowiem niepokoją, czasem przerażają, ale nie szkodzą kreatywności, i co istotne, nie nudzą. Niefrasobliwy happy end rzadko bywa zamyślony.

Klasyczna nauka, z korzeniami w antycznej filozofii, traktowała smętek (melancholię), jako chorobę ciała. Dusza i ciało, psyche i soma, w oczach ówczesnej medycyny (ku uwadze wielu współczesnym nieuznającym istnienia duszy mędrcom) stanowiły nierozerwalną całością. Z obserwacji badaczy wynikało, że u ludzi smętnych dominowała czarna żółć melancholii (jeden z czterech dominujących w ciele człowieka płynów).

Melancholik nie był przy zdrowych płynach, które nie będąc w zgodzie prowadziły go do: dramatu zakochania bez wzajemności, oraz różnorakich przestępstw, włącznie z targnięciem się na życie (patrz „Cierpienia młodego Wertera” Johanna Wolfganga von Goethego).

Wielkie znaczenie miały ciała niebieskie. Melancholik, jak głosiła nauka, znajdował się pod wpływem Saturna i jego mrocznej energii. Tajemniczy Saturn był uważany za jedną z najważniejszych wielkich planet. Podróżował samotnie po trajektorii bardzo odległej od Ziemi, straszliwie samotny w martwej ciszy kosmosu. Wiadomo, melancholik.

Człowiek szczęśliwy rzadko analizuje swoje szczęście. Dzieje się tak z prostej przyczyny, nie ma w nim miejsca na nic innego, jest przepełniony szczęściem. Inaczej jest ze smętkiem, ten tonie w wątpliwościach i niepokojach. Dlaczego? No właśnie! Intelektualiści, a szczególnie myśliciele i artyści, często odbierani są, jako ludzie o skłonnościach melancholicznych. Na starych obrazach melancholik siedzi w mroku, z klepsydrą, gołą czaszką, książkami, i lampą na stole, Noc to dzień melancholika. Mrok ma głębię, której brak białemu dniu. Geniusz w ogóle garnie się do mroku, znacznie trudniej być geniuszem w blasku dnia.

Co łączy melancholię (smętek, chandrę, Anglicy mówią spleen) z genialnością? Łączy fantazja i wyobraźnia, predyspozycje, które potrafią zaprowadzić na chorobliwe neurotyczne wyżyny. Fantazja czyni go kreatywnym, wyróżnia ambiwalencja, a poza wszystkim melancholik nigdy nie stanie „po czyjejś stronie”. Nie pozwala mu na to zaduma, a także przysłowiowy włos, który uwielbia dzielić na czworo (wrócić, czy zawrócić)?

Zwróćmy uwagę, że w „czasach klepsydry”, melancholikami byli wyłącznie mężczyźni. Potem wiele się zmieniło, dziś to już chyba nawet przewaga kobiet w tym „zawodzie”.

Lars von Trier nakręcił parę lat temu film „Melancholia”. Zaczyna się idyllą, Justyna wychodzi za mąż, ale coś dzieje się nie tak, jak powinno. Kocha męża, niestety pociąga ją inny mężczyzna, z którym znika w mrokach letniej nocy. Ale to ją męczy, więc wraca, tylko przyjęcia weselnego już nie ma. Niewiele wiemy o Justynie, ale dzieli imię z bohaterką markiza de Sade, co może być jakimś tropem. W międzyczasie zbliża się do Ziemi jakieś ciało niebieskie, i w końcu zasłania cały horyzont, wypychając ziemską atmosferę, ludzie nie mają czym oddychać i wymierają. von Trier pozostawia nas z myślą, że co byśmy nie robili znikniemy i nie ma na to żadnej rady, bo puch marny z nas. Wiadomo, melancholia.

Ów styl, czy raczej rodzaj egzystencji, zawsze i w każdej epoce znajdował wyznawców. Przypomina mi się kultowa powieść z końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku „Bonjour tristesse” Francoise Sagan (polski tytuł „Witaj smutku”). Popularna Saganka smętek zastąpiła marazmem przebranym w czarne ubrania, (na które moda trwa do dziś).

Melancholia, jako sposób na życie, przetrwała do dzisiejszych czasów nie tracąc nic na atrakcyjności, a objawia się między innymi w postaci tęsknoty i nostalgii do tego-co-już-było.

A na świecie nie było ani lepiej ani łatwiej. Było też biedniej, ale jakoś bliżej od człowieka do człowieka, bardziej wyraziście było.

Jeszcze niedawno, mam na myśli nas, Polskę i Polaków, było miejsce na wszystko. No prawie wszystko. Pomimo błędów i niedoskonałości – żaden naród nie jest od tego wolny, polski świat był w miarę zrozumiały. Istniał jakiś, niespójny i pełen braków, ale istniał, plan zakrojony na kilkuletnią przyszłość, jakiś program. A co mamy dziś? Dziś mamy melancholijny piątek, dobrzy ludzie.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar