ZYGMUNT BARCZYK: Donostia, nasze europejskie Rio

To najlepsze miasto do życia – twierdzą Baskowie zamieszkujący Donostię, miasto bardziej znane pod hiszpańską nazwą San Sebastian. Możesz stąd wyjechać, by się rychło przekonać, że chcesz tu wrócić – powiadają. Położone nad Zatoką Biskajską, nazywane Perłą Oceanu, uznane zostało przez Travel National Geographic za jedno z najszczęśliwszych miejsc na Ziemi. Można się śmiać z tego typu klasyfikacji, nie zmienia to jednak faktu, że za miastem tym przepadam.

Jest nieprzyzwoicie urodziwe. Niewątpliwe znaczenie ma jego położenie w przepięknych okolicznościach przyrody. Otoczone zielonymi wzgórzami, rozciąga się wzdłuż dwóch szerokich złocistych plaż:  La Concha i de Gross, obramowujących brzegi dwóch łuków zatoczek, które przedzieliło ujście rzeki Urumea z usadowionym przy nim portem rybackim. Playa la Concha raczej familijna, Playa de Gross jest zaś bramą do raju surfingowców. Zaraz za miastem usadowiły się wysokie góry, majestatycznie okalając dzielnice mieszkalne od południa. Piaszczysty pas nadmorski zamyka od wschodu wzgórze Urgull, z castillo i monumentalną statuą Chrystusa na szczycie, od zachodu zaś wzgórze Igeldo z latarnią morską i prowadzącą na szczyt kolejką górską. Czym prędzej staram się znaleźć na ich wierzchołkach, by z góry podziwiać „nasze europejskie Rio”. Mniejsze od oryginału, za to kameralne i, co ważniejsze, wolne od dzielnic nędzy i wymiany ognia między gangami narkotycznymi. W dole widzę bajkowe Palacio de Miramar, port, kiedyś pełen kutrów, dziś zapełniony jachtami. Widzę dziwną bryłę nowego centrum kongresowego Kursaal. Obraz wypełnia przede wszystkim jednak eleganckie  śródmieście zbudowane w zgodzie z paryskim stylem Haussmanna, z wystawną witryną w postaci budowli alla Art Noveau przy promenadzie nadmorskiej.

Jesteśmy zatem w wytwornym kurorcie starej arystokracji, który dopiero w ostatnich dziesięcioleciach stał się miejscem na poły ludowym, co nie znaczy, że tanim. Modny jest zwłaszcza wśród ludzi młodych, znajdujących tu moc rozrywek w „starym-nowym” mieście Parte Vieja (starówkę odbudowano ze zgliszcz po wielkim pożarze w 1813 roku). W gąszczu uliczek gwarnych i w dzień i w noc najsłynniejsza jest Calle 31 de Agosto, nazywana świątynią gastronomii. W środku starówki znajduje się Plaza de la Constitucion, plac otoczony z czterech stron budynkami z balkonami, nad oknem każdego z nich widnieje numer. Dawniej odbywały sie na placu korridy, zatem balkony były numerowanymi miejscami na czas spektaklu.

Parte Viejo jest chyba najgęstszym w świecie skupiskiem barów, tutaj słynących z przekąsek zwanych pintxos. To baskijska odmiana hiszpańskich tapas, czyli smakowitych „kanapeczek”.  Nie wiadomo tylko o co tyle hałasu (niemal wszystkie filmiki na youtube, prawie nie zauważając miasta, pokazują tace pełne pintxos); widać musi być jednak coś na rzeczy. Owszem, lubię je, no ale to tylko kanapki. W rzeczy samej San Sebastian znany jest i z tego, że gwiazdki Michelina same spadają na jego restauracje, zawsze pełne gości kongresowych, festiwalowych, jak i turystów, których tu moc, jako że miasto tętni imprezami przez cztery poru roku. I to nie tylko w 2016 roku, kiedy to, wraz z Wrocławiem, było Europejską Stolicą Kultury.

Miasto znane i nieznane zarazem. Kiedy opowiadałem znajomym o moich przeżyciach w tym mieście, nie byli pewni, gdzie je umieścić na mapie. Znakomicie zaś orientowali się w specjałach kuchni baskijskiej. Wyszło to na jaw, kiedy usilnie ponaglany do wyznania, co też wspaniałego tam jadłem, jąkałem coś z trudem. No cóż, kiedyś się człowiek odżywiał solidnie by moc podróżować, dziś rusza się w podróż by pałaszować pysznie. Takie czasy.

W Donostii jest zatem gdzie zjeść wybornie, kuchnia baskijska należy do najlepszych w świecie. Jest też gdzie gubić kalorie. Można spacerować, maszerować, pędzić przed siebie. A każda trasa, czy to pasaż paradny czy ścieżka wąska, jak ta wokół lesistego wzgórza Urgell, przyprawia o owe słynne zaparcie dechu, a to za sprawą widoków na zatokę, góry w oddali, na samo miasto zgrabnie ułożone pośród łagodnych wzgórz, czy na wyspę Santa Clara na środku zatoki.

Można tam i lenić się interesująco. Na ławce, przy promenadzie, chciałoby się nawet  godzinami tak siedzieć. Cóż lepszego niż pogapić się na cały ten barwny lud świata, o którym moja Babcia życzliwie mówiła, używając ślonckiego: ”Pan Buczek to se mo czelodkę”. Jeszcze daje się wyczuć atmosferę Belle Epoque, lecz miasto żyje już wigorem naszych czasów. Lud dziś nader ruchliwy, przebiera nogami ile wlezie na coraz bardziej wyszukanych urządzeniach (aż głupio tylko tak człapać dostojnie, jak by się było w słynnym kurorcie), zaś w tle pospolitego ruszenia złoci się pas plaży, dotykanej szeroką falą, którą ofiaruje miastu ocean.

Kurort powinien kojarzyć się nam z życiem w wersji luz bluz, oferować przyjemny rodzaj rwetesu, kusić urokiem bagateli. San Sebastian spełnia te warunki. Ma w sobie i wdzięk i ów blues w wersji atlantico. Żyje się tam ponoć świetnie, aczkolwiek, jak mniemam, lepiej być tam zdrowym, młodym i bogatym, niż chorym, starym i biednym.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar