ZYGMUNT BARCZYK: Londyn, globalna stolica w poświacie Brexitu

Londyn to duża miejscowość. Błąd. Londyn to ogromny zlepek miejscowości  (administracyjnie 32 borough), z których żadna nie nazywa się Londyn. Nie ma tam nawet czytelnego dla każdego centrum, za to jest autonomiczna gmina o nazwie City, położona nieco na uboczu, choć historycznie rzecz biorąc jest to rdzeń miasta. City jest największym na świecie centrum finansjery, węzłem światowych transakcji, który  uczynił z Londynu stolicę Europy. Wychyloną ku światu bardziej niż inne metropolie Starego Kontynentu.

Brexit mu zagraża, dyskretni wysłannicy z Paryża i Dublina już oferują instytucjom finansowym bezpieczniejsze lokalizacje. A przecież fund management, handel elektronicznym pieniądzem i ekspertyzy dla światowych korporacji, to jedyne konkurencyjne w skali światowej dziedziny eksportu Anglii. I podstawa egzystencji jej stolicy. Czyli robi się nerwowo. Jeden z szefów banków w City, na łamach London Evening Standard, zżymał się, jak bardzo premier May i wianuszek jej doradców, przyprowadzonych przez nią na Downing Street 10 z Home Office, nie rozumieją powagi zagrożenia.

Krążąc po londyńskiej metropolii trudno się zorientować, że miasto przeżywa nerwowy czas, ze względu na spodziewane skutki przełomowych decyzji związanych z Brexit. Jak zawsze, kiedy się tu zawita, wszystko wydaje się i tak  frenetycznym i przygniatającym zarazem. Brnie się w korkach i zderza z nawałnicą przechodniów na długo przed wjazdem w część śródmiejską. Ścisk na ulicach nieopisany, wszystkie skojarzenia z światem mrówek uprawnione.

Miasto zdaje się być w ciągłym ruchu. Kto może przesuwa się nieustannie, acz wszyscy ruszają się niczym muchy w rosole. Piesi szybsi niż pojazdy. Mimo żółwiego tempa, czuje się napięcie, jakby wszyscy byli w pędzie, nie mówiąc o dziwnym drganiu powietrza nasyconego stresem, który przytłacza gościa.

Wszystko płynie, a najbardziej malowniczo płyną czerwone autobusy-piętrusy , ułożone w długie konwoje, potykając się coraz o kolejne światła stop. Kiedyś pasażer miał wybór. W dowolnym momencie biegu autobusu (choć słowo bieg tu nadużyciem) mógł wyskoczyć z tylnej jego platformy i wskoczyć do innego, czy po prostu pójść przed siebie, nie dbając gdzie przystanek. Dziś drzwi pojazdów elektronicznie zamykane.

Czerwone ciągi autobusów okolone tasiemcami czarnych taksówek. Między pojazdami, nie dbając o kolor świateł ulicznych, przedzierają się piesi. Zgiełk miejski w swoim charakterze jednak: północny. Nie widać bezpańskich psów ani dzikich kotów, zaś powietrze ulicy nie dostarcza szczególnych wrażeń powonieniu. Mimo wielkomiejskiej wibracji i energetyzującego powietrze stresu, nie ma się wrażenia chaosu, kakofonii i bezładnego zgiełku, jaki się kojarzy z metropoliami Południa (nie mówiąc o emblematycznych przykładach chaosu miast Indii). Dziwne uczucie: sunie się wraz z innymi, czuje się ich nerwowe napięcie, mając zarazem przekonanie, że przynależy to zrozumiałemu mimo wszystko, nie nadwyrężającemu poczucia bezpieczeństwa, ładowi świata. A i tak się chce, choć na chwilę, wymknąć z objęć zwariowanej karuzeli miasta, zaznać chwili spokoju, zaczerpnąć świeżego powietrza. Acz to już za daleko posunięta metafora. Umykać jest gdzie: St James Park, Green Park, Hyde Park, Regent Park. Tak, tylko jak się tam przedrzeć?

Na ulicach miasta widać wszystkie kolory skóry, otacza przechodnia mnogość języków, to oczywiste. Jeśli porównać z okresem sprzed dwóch dekad, słyszy się więcej odmian angielskiego. Kiedyś rządził tu Core English, trudny na dzień dobry do uchwycenia przyjezdnym, wyszkolonym na kursach typu Oxford British English za granicą. Często słyszany był też, niezrozumiały dla obcych, slang: cockney, wywodzący się ze wschodnich przedmieść Londynu. W urzędach, bankach, dobrych knajpach, spotykany był BBC English i pewne zaczątki European English. Za to Upper Class English nieobecny na ulicy wtedy i teraz. Zapewne używany w gabinetach, klubach gentlemanów i tym podobnych miejscach, niedostępnych intruzom. Zasada była prosta: im lepiej wykształcony tubylec, tym łatwiej było zrozumieć, co mówi. Dziś European English rozparł się w mieście na tyle, że słyszy się melodię i syntaksy rosyjskiego, włoskiego, niemieckiego. Trudno się dziwić. Londyn jest częścią Unii Europejskiej, nawet jeśli do części Brytyjczyków nie może to jakoś dotrzeć, i co ważniejsze, nie próbują tego zaakceptować. Innych języków też przybyło. Już nie dominuje mowa dawnego Kondominium. Chiński i japoński tu częste, nie mówiąc o portugalskim czy greckim, rzadko wcześniej słyszanymi. Z rusztowań dochodzi ukraiński, polski, rumuński. Nie ulega wątpliwości, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej może być tu wkrótce widoczne gołym okiem, zważywszy ilość obecnych tam, na mocy różnych kontraktów, ludzi z terenu Wspólnoty Europejskiej.

Mimo „pomieszania języków” na londyńskiej ulicy, turystów odróżnić można od Londoners nie tylko po wypowiedziach, ale i po szlakach, które przemierzają. Koniecznie muszą pod Buckingham Palace (zwłaszcza na zmianę warty), do Tower Hill, czy do Gabinetu Figur Woskowych Madame Tussauds. Wielu z  nich zmierza też ku Kensington Palace, gdzie mieszkała księżna Diana. Dziś w pobliżu pałacu jest plac zabaw jej imienia, takoż fontanna. Księżna Diana, mimo medialnej sławy, nie wstąpiła jednak na cokoły. Spiżowej narracji miasta pilnuje niezmiennie królowa Victoria.

Kiedy jest się w tym mieście, z łatwością można ulec wrażeniu, że jest się w faktycznej stolicy Europy. Czuje się rozmach, impet, wigor, którym nie jest w stanie czarować Bruksela ani żadne inne z wielkich miast na Kontynencie. Oczywiście, ześrodkowanie w Londynie globalnych transakcji finansowych ma swoje znaczenie. Które widać do tego z daleka.

Wspomniane już City, przyciąga nowym lookiem, a zwłaszcza widok sięgających nieba „rakiet”, czyli budynków prestiżowych instytucji finansowych. Dominuje nad resztą The Gherkin (Swiss Re Tower), w którym znajdują się biura firm żyjących z negocjacji, pośrednictwa transakcji, arbitrażu. Wokół inne ikony najnowszej architektury: „The Cheesegrater” (zaiste, wystarczy popatrzeć), osobliwy „Walkie –Talkie” (przypominający jako żywo zapomniany gadżet), Heron Tower, Leadenhall Building, nie wspominając „drapaczy chmur” w pobliskim Canary Wharf.  Zazdrościć mogą one tylko imponującemu „The Shard” po drugiej stronie Tamizy. Wybudowane dla tych, którzy robią kosmiczne pieniądze, startując z aerodromu City.

Jeszcze ćwierć wieku temu nie było w City tak „ikonostatycznej” w zamyśle  architektury. Owszem, centrum finansowe już działało (Margaret Thatcher właśnie uwalniała ze smyczy państwowej gotujący się do globalnych lotów kapitał finansowy). Powstawały wtedy szklane, oparte na stalowej konstrukcji, wysokie budynki, które spychały w niebyt mroczne zakamarki i zmurszałą zabudowę starego City. Uchowały się na szczęście miniaturowe kościoły, podkreślające tym bardziej surrealizm finansowego kosmodromu. Dziś, obok nich, na wysokości oczu (jeśli się nie zadziera głowy ku głowicom biurowych rakiet), ekskluzywne foyer, a każde z nich z recepcją, jak oazą na marmurowej pustyni. Reprezentacyjne wejścia do biur wskazują na prestiżowe adresy, pod którymi bystre umysły znajdują rozwiązania dla firm szukających lepszego performance, głównie tych leżących overseas (za morzem), czyli np. we Francji (internal joke, bo dla Anglików za morzem jest już druga strona kanału La Manche).

„Londyn jest prawdopodobnie jedynym miejscem w Europie, gdzie można zarobić milion funtów rocznie pracując nie na swoim, a u kogoś” – zauważa profesor Tony Travers z London School of Economics. (Spisane za Guardianem).

Nowe gmachy City, widziane świetnie z przeciwległego południowego brzegu, wijącej się jak piskorz Tamizy (z South Embarkment), uświetniają image globalnego Londynu (któremu przybyło reprezentacyjnych obiektów również w związku z igrzyskami olimpijskimi w 2012 roku). Sylweta Londynu oglądana z przestworzy (a i z London Eye) inna dziś, niż ćwierć wieku temu, bardziej „tokijska”, a przy tym natrętnie metropolitalna.

Z nowym City coraz lepiej rymuje się zaniedbana do niedawna strefa miasta na przeciwległym brzegu Tamizy. Kiedy parę dekad temu ożywały na powrót tereny dawnych doków, ulokowały się tam satelickie miasta, o zabudowie kojarzącej się z ideą bazy na Marsie. Dziś to już nie tylko Canary Wharf. Powstają kolejne prestiżowe budowle i nowe dzielnice biur i apartamentów. To, co je wyróżnia, to funkcjonalność i przestrzenność właściwa nowym smart cities, ubrana w stereotypową już dziś formę „nowego modernizmu”.

Wiatr globalizacji wiejący w żagle Londynu sprawia, że miasto musi się rozprzestrzeniać, a to nie takie proste. Ucieczka możliwa tylko do przodu, co oznacza dalszą ekspansję na wschód, ku ujściu Tamizy. Wstęga rzeki przecina miasto i je dzieli, na tyle mocno, że dla wielu jest wciąż granicą światów. Londyńskie wydanie podziału: północ-południe, oznacza internacjonalny north, który spotyka (albo odpycha od siebie) ludowy south (Vauxhall,Brixton, Crystal Palace, Elephant and Castle). Antagonizmy tężeją, im bardziej się przesuwamy Tamizą na wschód. Za Tower Hill, kierując się ku ujściu rzeki, jest tylko jeden most, zaś na zachód od Tower Bridge jest ich 34.

Zaniedbany południowy wschód miasta dopiero budzi się do metropolitalnego żywota. Jak się rzekło, wiatr globalizacji służy ekspansji Londynu. Prawdopodobnie nawet Brexit go nie osłabi. Apetyt inwestycyjny na wschodnie połacie metropolii, zarówno po północnej jak i po południowej stronie Tamizy, coraz większy. Planowane są nowe mosty i tunele, wiodące ku nowym miastom Londynu. Mówi się o 50 tys. nowych domów i 60 tys. nowych miejscach pracy. Stare poprzemysłowe nieużytki (gnijące po zamknięciu doków w latach 70 tych XX wieku) będą tętnić nowym życiem. Promotorem nowej ekspansji jest burmistrz Sadiq Khan, muzułmanin, wybrany na urząd już po zamachach ISIS w 2015 roku.

Ekspanduje też Londyn „tradycyjny”, ten między mostem Tower Bridge a Westminster  Bridge, czyli między twierdzą Tower, a zachwycającym harmonią proporcji kompleksem parlamentu Zjednoczonego Królestwa. Tamiza, płynąca tam ogromnym zakolem, odsłania rozłożystą panoramę miasta. Wzdłuż lewego brzegu rzeki, przy nabrzeżu północnym (Victoria Embankment) ukazuje się nam Londyn imperialny, z gmachami państwowymi, domami mediów, słynną St Paul Cathedral. Spacerując prawym brzegiem (The Queens Walk) wzdłuż południowego nabrzeża (South bank), mija się nie tylko „goracą” atrakcję turystyczną, jaką jest diabelskie koło „London Eye”, ale i waterfront świata kultury. To tam znajdują się słynne niegdyś sale widowiskowe: Royal Festival Hall, Queen Elizabeth Hall, National Theatre. Obok wielka sztuka. Umieszczona nieopodal, w gmachu starej elektrowni, New Tate Gallery, wzmocniona leżącym obok nowym wieżowcem z salami wystaw, jest dziś mekką dla koneserów współczesnej roboty artystycznej.

Jest Londyn globalny  jest i wiele Londynów „lokalnych”. Nie tylko dlatego, że miasto składa się z wielu miejscowości, ale i dlatego, że jak przystało na globalną metropolię, skupia w sobie istotne podziały współczesnego świata.

Jest Londyn piękny, okazały. W części „instytucjonalnej” (White Hall, Pall Mall) imperialny, w tonacji klasycyzującej, w kolorze, który kojarzy się z barwą  kości słoniowej. „Dobre dzielnice”, czy – urbanistycznie rzecz biorąc – miasteczka, historycznie ukształtowane jako elitarne, nadal są „dobre” i nadal ulokowane śródmiejsko: Kensington, Chelsea, Belgravia, Westminster, Mayfair. To, co rzuca się tam w oczy, to ulice lśniących bielą niewysokich domów ustawionych w długie szeregi. Za sprawą szpaleru kolumn utrzymujących ich ganki, dają efekt stoa przy greckiej Agorze. Między rzędami kamienic, prywatne „wewnętrzne” ogrodzone parki, otwierane kluczem rezydenta. Wykusze, ryzality, frontowe okapy, metalowe balustrady, robota spod znaku Arts and Crafts, wszystko to cieszy oko, zachęca do wałęsania się tam bez celu (jeśli nie jest się podatnym na zazdrosne marzenia o klawym życiu). Podobnie jest w nieodległym Holland Park, niektórych częściach Notting Hill. Są i odległe, a mimo to wspaniałe miejsca do rezydowania, jak Richmond, Parliamentary Hill, czy Hamstead Heath.

Mieszkańcy? Zasiedziała arystokracja angielska, potomkowie przemysłowych potentatów, ale i nowi brytyjscy bourgeois. W eleganckie mieszkania włożony kapitał amerykański, rosyjski, hinduski, arabski. Super-managerowie, super-celebryci, różnorakiej maści pieszczochy losu, wszyscy oni skłonni są mieć „coś swojego” właśnie w Londynie.

Z drugiej strony, Londyn to też ogromne połacie obrzeżnych, często bardzo oddalonych od śródmieścia, dzielnic jednakowych domków szeregowych. Trudno je odróżnić od siebie, nawet jeśli w jednych dominują fasady pomalowane na biało (a z tyłu domu już cegła szarobura), w innych zaś tylko czerwona cegła. A między nimi obrzydliwe blokowiska mieszkań socjalnych, jak chociażby w Silverdalen, które pokonuje się w drodze do słynnego ze swojej street culture Camden Town. Okna w domach głównie „gilotynowe”( może już mniej nieszczelne niż kiedyś). Dobrze, że znikają chociaż umywalki z dwoma kranami (osobno na zimną i ciepła wodę), a do spuszczania wody w toalecie rzadziej służy już urywający się często sznurek.

Londyn bogatych, Londyn biednych. Dużo by mówić. Zamiast tego tylko dwa cytaty:

„Z danych zebranych przez sponsorowaną przez lorda Victora Adebowale LFC wynika, jak duża jest rożnica między najlepiej i najmniej zarabiającymi. Po opłaceniu rachunków (zwłaszcza czynszu), 10% najbiedniejszych gospodarstw domowych musi zadowolić się przychodem 112 funtów tygodniowo. Średnia to 384 funtów. 10 procent najbogatszych ma do dyspozycji 1032 funtów.”(za Express Polish z 7.08.2015)

Modnym stało się sporządzanie map, na których pokazuje się dla okolic poszczególnych stacji metra ceny mieszkań, dane o stanie zdrowia mieszkańców, a i informację o spodziewanej średniej długości życia. Londyn akurat należy do miast gdzie, mimo sporych różnic statusowych w obrębie metropoliii, sama odległość od centrum niczego jeszcze nie wyjaśnia. “Złe” osiedla, geograficznie leżą blisko “dobrych”.  Poza pewnymi “wykluczonymi” rejonami południowo wschodniego Londynu, przeważają dzielnice “średnie”, natomiast spore różnice w socjalnym performance, wystepują w ramach tej samej dzielnicy.

Mimo to, można przeczytać:

“W 2008 Londyńskie Obserwatorium Zdrowia opublikowało dane, z których wynika, że, podróżując metrem w kierunku wschodnim z Westminsteru, z każdą stacją przewidywana średnia długość życia spada o ponad rok. Duże różnice występują też w przypadku stacji położonych niedaleko od siebie. Między Pimlico a Vauxhall, dwiema sąsiadującymi stacjami na linii Victoria, położonymi jednak po dwóch stronach rzeki, różnica średniej spodziewanej długości życia wynosi sześć lat.” (University College London (UCL), raport Londynskiego Obsrwatorium Zdrowia, 2008)

Przy wszystkich kontrastach i napięciach, w realiach sporych różnic społecznych, Londyn zmienia się na lepsze. I nadal będzie się zmieniał. Teraz, w nowych okolicznościach geopolitycznych, po przyjściu Trumpa do władzy w USA, w aurze  skomplikowanej precedury Brexitu, spodziewanego rozchwiania instytucji Unii Europejskiej, będzie musiał tym zręczniej okazać swoją moc i potencjał, żeby wygrać dla siebie nowe rozdania w światowej grze o wpływy.

Pierwszej po wyborach w USA nocy, prasa londyńska pisała: “Shock! Shock! Shock!”. Późniejsze komentarze prasy bardziej były już stonowane. I poniekąd optymistyczne. Tryumf Trumpa oznacza korzystniejszą sytuację dla Wielkiej Brytanii, mocniejszą kartę przetargowa w handlowaniu warunkami Brexitu. Popołudniówki przypominają: “Arogancki Obama odstawiał Zjednoczone Królestwo na koniec kolejki, karząc za chęć wyjścia z UE, mówiąc: – to Niemcy są teraz naszym strategicznym i najbliższym partnerem w Europie”. Obama odleciał z Białego Domu helikopterem na zawsze, a prawica w USA i w Wielkiej Brytanii od razu zakrzyknęła: Hurra! Będzie nowe otwarcie. Przywrócona zostanie godność naszym krajom i szczególnym więzom naszych narodów.

Jeszcze za wcześnie oceniać, czy Londyn wygra, czy przegra w nowej sytuacji geopolitycznej. Jest miastem globalnym, prowadzącym interesy głównie nie w Anglii, nawet nie przede wszystkim w Europie, a w łączności z innymi globalnymi miastami w świecie. Te zaś zapewne nie będą przegranymi, o ile się nie wydarzy coś dramatycznie nowego, burzącego dotychczasowy ład (nieład) światowy.

Nie straszny zatem Londynowi Brexit, ewentualny rozpad Unii Europejskiej, nowy izolacjonizm Ameryki.

Czy aby?

Zygmunt Barczyk

 

Lämna ett svar