Jak załatwiłem Szymborskiej nagrodę Nobla

Gdy odeszła Wisława Szymborska, posypały się wspomnienia, epitafia, nekrologi. Jak to w Polsce AD 2012 – padły słowa piękne oraz podłe („moralny karzełek”, „nie będę płakał po Szymborskiej”).

Przeważały głosy mądre oraz pełne żalu i bólu. Czasem chyba nawet zbyt „pełne”. Idę o zakład, że autorzy tekstów i wypowiedzi przepojonych najsilniejszym patosem, używający największych słów, nigdy nie poznali poetki osobiście, a i z jej poezji niewiele zrozumieli. Szymborska, mimo że obdarzona fantastycznym talentem, poetyckim słuchem absolutnym, była równocześnie człowiekiem niezwykle skromnym, naturalnym, z ogromnym dystansem nie tylko do świata i życia, ale przede wszystkim do samej siebie. Zawdzięczała to błyskotliwej, czasem bardzo przewrotnej, inteligencji, swojemu wspaniałemu poczuciu humoru, oczywiście silnie ironicznego, przepojonego nutą surrealizmu, ale zawsze – na dnie – ciepłego i lirycznego.

Z czasem ta bystra obserwatorka życia zyskała też spokojny dystans do śmierci, do tego co miało się stać 1 lutego 2012 r.

(…)

Kto twierdzi, że jest wszechmocna,

sam jest żywym dowodem,

że wszechmocna nie jest.

Nie ma takiego życia,

które by choć przez chwilę

nie było nieśmiertelne.

Śmierć

zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona.

Na próżno szarpie klamką

niewidzialnych drzwi.

Kto ile zdążył,

tego mu cofnąć nie może.

„O śmierci bez przesady”

Dlatego zrozumiałe jest, że wielu przyjaciół swe wspomnienia o poetce przeplotło uśmiechem, okrasiło anegdotami. Prawdziwej mądrości musi towarzyszyć uśmiech.

W młodości, niedługo po potwornej hekatombie wojny, popełniła Szymborska kilka literackich głupstw, dając się uwieść ideologii obiecującej raj na ziemi. Napisała wiersze ku czci Lenina, Stalina, Nowej Huty. Kiedy szybko przekonała się jak ten raj naprawdę miałby wyglądać, zaczęła ufać już tylko sobie i własnym wyborom: „wolę lubić ludzi niż kochać ludzkość”. W następnych dekadach odpokutowała swoje błędy i poetycko, i życiowo. Ale narodowa prawica i tak jej nie znosiła. I to się nie zmieniło po śmierci poetki. Zapewne mają wiele racji ci, którzy mówią, iż prawdziwym źródłem wrogości nie były wcale teksty Szymborskiej sprzed 60 lat, lecz jej już jak najbardziej współczesna obojętność na patriotyczne wzdęcia, zbiorowe martyrologiczne obrzędy, na publiczne obnoszenie się z kompleksami i syndromem ofiary, absolutna duchowa niezależność.

W dodatku, jak na złość, była Szymborska wyrozumiała dla słabości innych, ludzkiej małości, głupoty, zazdrości, chciwości. Nie znaczy to bynajmniej, że poddawała się dyktatowi takich ludzi, potrafiła z ogromną kulturą czy zgoła wdziękiem być „ponad” czy „obok”. Najwyżej odpowiedziała im wierszem, jak słynna „Nienawiść”, który zaczyna się tak:

Spójrzcie, jaka wciąż sprawna,

jak dobrze się trzyma

w naszym stuleciu nienawiść.

Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

 

Nie jest jak inne uczucia.

Starsza i młodsza od nich równocześnie.

Sama rodzi przyczyny,

które ją budzą do życia.

Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Bezsenność nie odbiera jej sił, ale dodaje.

 

Religia nie religia –

byle przyklęknąć na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna –

byle się zerwać do biegu.

 

Paradoksalnie, bardzo trudną próbę stanowiła dla niej Nagroda Nobla, po której niemal wszyscy chcieli się z nią zbratać, sfotografować, domagali się, by „uświetniła” ich imprezy, aby coś podpisała, poparła, objęła patronat, podzieliła się pieniędzmi. Wierność sobie w zmaganiu z nagłą sławą przypłaciła wtedy aż czteroletnim milczeniem poetyckim.

Pomnik Wisławy Szymborskiej w Kórniku. Foto: Wikipedia

Jak przystało na mistrzynię obserwacji detalu, codziennych, zwykłych zdarzeń jak choćby ściągnięcie przez dziecko obrusa ze stołu, we własnym życiu nie potrafiła być drobiazgowa, z filozoficznym spokojem przyjmowała absurdy dnia codziennego. Jeden przykład. Kiedy ulokowała w pewnym polskim banku milion noblowskich dolarów, dopiero po długich perswazjach dała się namówić swojemu sekretarzowi Michałowi Rusinkowi na wyrobienie sobie karty kredytowej, bez której coraz trudniej było się poruszać po świecie. Złożyła odpowiedni wniosek i szybko dostała … odmowę. Urzędniczka wyjaśniła, iż jako osobie bez stałego źródła dochodu karta jej się nie należy. Koniec, kropka. I co zrobiła Szymborska? Wyszydziła, wyśmiała? Nie, spokojnie przeszła do porządku dziennego nad cudzym debilizmem. Kartę załatwił później dyskretnie w kierownictwie banku sekretarz, a sprawę tę upubliczniam dopiero ja, mając nadzieję, że teraz już mi wolno.

Grubą przesadą z mojej strony byłoby twierdzenie, że znałem Szymborską jakoś szczególnie blisko. Choć są i tacy, którzy uważają, że to ja „załatwiłem jej Nobla”, o czym skromnie napiszę na koniec. Ale rzeczywiście różne obowiązki zawodowe sprawiły, iż towarzyszyłem jej w paru ważnych momentach, głównie związanych z przyznaniem literackiej Nagrody Nobla w 1996 r, a raz nawet – w maju 2003 r. – byłem gospodarzem jej pobytu w Szwecji. Przyjechała wtedy na organizowaną przez prof. Leonarda Neugera międzynarodową konferencję naukową poświęconą jej twórczości (nie muszę chyba dodawać, że zjawiła się na samo zamknięcie imprezy, gdy już wygłoszono wszystkie hymny pochwalne na jej cześć) oraz na promocję tomu zebranych wierszy „Dikter 1945 – 2002” w przekładzie Andersa Bodegarda. Jako szef Instytutu Polskiego czuwałem nad całością pobytu poetki (odbywał się właśnie prestiżowy Rok Polski w Szwecji – polen.nu), dbałem o to, by w hotelowym apartamencie miała o każdej porze dnia i nocy swoją ukochaną herbatkę, aby wolno było jej zapalić (a w Szwecji jak wiadomo nigdzie nie wolno) i o to, by w Kulturhuset podczas spotkania autorskiego ustawiono na zewnątrz ogromny telebim dla tych licznych wielbicieli jej wierszy, którzy się nie zmieścili w pękającej w szwach sali.

Ale wtedy Szymborska była już rutynowaną noblistką i wszystko szło jak z płatka. Dużo trudniej było jej siedem lat wcześniej.

W 1996 r. pracowałem dla „Gazety Wyborczej”, byłem też korespondentem „Polskiego Radia”, nic zatem dziwnego, iż musiałem znajdować się blisko wszystkich najważniejszych wydarzeń – czemu nota bene dzielnie, choć na szczęście chwilami nieskutecznie, przeciwstawiał się wspomniany osobisty sekretarz noblistki. Zaczęło się od konferencji prasowej zorganizowanej na lotnisku tuż po przylocie Szymborskiej do Sztokholmu. Poetka była mocno rozczarowana bardzo prozaicznymi pytaniami dziennikarzy. No cóż, na lotniskowe konferencje nie przychodzą wybitni krytycy literaccy tylko „pistoletowi” reporterzy. I to oni pytali do znudzenia czy autorka napisała już coś po ogłoszeniu werdyktu o nagrodzie, albo co Szymborska sądzi o poezji polskiego papieża. „Ojciec Święty jest nieomylny tylko w sprawach wiary” – tak brzmiała elegancka odpowiedź udzielona przez panią Wisławę. Nad resztą pytań można już tylko spuścić zasłonę miłosierdzia. Taki był koszt noblowskiej sławy, laureatka zaznała go już zresztą w Polsce, gdzie – jak mówiła – jedyną jej gimnastyką było przeskakiwanie przez siedzących, wszędzie gdzie się ruszy, dziennikarzy.

“Nie jestem stworzona do wywiadów i nie udzielam ich. Uważam, że poeta nie jest powołany do wypowiadania się na temat swojej twórczości, trzeba milczeć. Ale skoro już mam coś powiedzieć, to chciałabym się powołać, oczywiście, toutes proportions gardées, na Goethego, jest taka jego myśl, która pochodzi chyba z rozmów z Eckermannem i brzmi mniej więcej tak: poeta wie, co chciał napisać, ale nie wie, co napisał – wydaje mi się to i mądre, i dowcipne. Istotnie tak jest, człowiek naprawdę nie wie, co napisał, a jedynie to, co chciał napisać. Jest jeszcze jedna sentencja Goethego warta przytoczenia: “Artysto, twórz, nie gadaj!”. No właśnie, tylko tyle powiem”.1

Uważała, że to co najważniejsze, mówi swoimi wierszami. Choć nie do końca była to prawdą, o czym zaświadczy każdy, kto miał przyjemność spędzić z nią choć kilka chwil.

Konferencja na Arlandzie to zresztą był zupełnie niegroźny początek. Potem Wisława Szymborska wpadła w piekło obwiązków jakie spadają na noblistów. I zorientowawszy się o co chodzi, chciała po prostu jak najszybciej ze Sztokholmu wyjechać. Nawet nie czekając na wręczenie nagrody. Spakowała swój kuferek, usiadła na łóżku w apartamencie „Grand Hotelu” i poprosiła o odwiezienie na lotnisko. Z trudem dała przekonać się do pozostania. Pisałem wtedy: Zżymaliśmy się więc na organizatorów, że zmusili bojącą się tłumów, kruchą, starszą damę do wypełniania nadludzkich obowiązków. Denerwowaliśmy się na osoby z otoczenia Szymborskiej, iż nie przewidziały, że tak napięty program musi gdzieś trzasnąć. Na szczęście zdarzyło się to tylko kilka razy, w mniej ważnych momentach, choć dla tych, którzy liczyli na spotkanie z poetką było to przykre… Nikt oczywiście nie winił pani Wisławy, gromy rzucano na tych, którym przy układaniu programu jej pobytu zabrakło wyobraźni oraz znajomości psychicznych i fizycznych możliwości poetki.

Trzeba tu dodać, że mimo tych przeciwności Szymborska zrobiła absolutną furrorę odczytem o poezji i poetach wygłoszonym w Akademii Szwedzkiej. Został on świetnie przyjęty przez międzynarodową publiczność, nadal wymienia się go jako „wzorcowy” obok przemówień Czesława Miłosza i Seamusa Heaney´a. Dziennik „Svenska Dagbladet” opisał potem wspaniałą atmosferę tego wieczoru: Były gorące oklaski i ciepłe uśmiechy, pewnego rodzaju szczęśliwa melancholia, albo poważna lekkość. Nastrój był inny, mniej oficjalny niż zazwyczaj na tej corocznej imprezie.

Co najdziwniejsze, nikt dziś nie wie dokładnie jak ten wykład brzmiał. „Gazeta Wyborcza”, podobnie jak wiele innych tytułów wydrukowała go wprawdzie w całości, ale nie była to wersja w oryginalnym brzmieniu, dokładnie takim, w jakim została wygłoszona. Prasa posłużyła się bowiem tekstem podanym przez Polską Agencję Prasową, a ten był przedziwną hybrydą brulionu dostarczonego wcześniej dziennikarzom „pod embargo” oraz faktycznie przedstawionego przez Szymborską, która tu i ówdzie odeszła od oryginału, to i owo zaimprowizowała. PAP przysłał na uroczystości noblowskie nieopierzoną stażystkę, która dopiero gdzieś w połowie odczytu dowiedziała się – od niżej podpisanego – że na brulion należy nanosić konieczne poprawki. Trochę ich więc wprowadziła, ale niekonsekwentnie i z błędami i dumna z rezultatu szybko wysłała do warszawskiej centrali. Ja oddałem swojej redakcji tekst precyzyjnie skorygowany, ale tam kolejny stażysta zdecydował, że wersja oficjalnej agencji rządowej musi być lepsza i ją też wydrukowano. A „mój” jedyny autentyczny tekst zaginął…

Kolejna dziennikarską przygodą była transmisja na żywo z uroczystości wręczenia nagrody. Prowadziłem ją wraz ze starym radiowym wygą Andrzejem Matulem i – występującym w roli literackiego eksperta – poetą Krzysztofem Karaskiem. Problem w tym, że w ciasnej, zabytkowej sali Filharmonii nie ma stanowisk dla mediów poza szwedzką telewizją publiczną, dlatego wszyscy zagraniczni sprawozdawcy siedzą w gmachu … Szwedzkiego Radia na Gärdet, mając do dyspozycji dźwięk z sali i telewizyjny podgląd. Laureatów i salę mogli sobie owszem obejrzeć i powąchać (tysiące świeżych kwiatów z San Remo!) kilka godzin wcześniej na próbie generalnej, ale potem trzeba już było mocno improwizować. I oczywiście nie przyznawać się 11 milionom słuchających nas w Polsce ludzi, że siedzimy parę kilometrów od miejsca wydarzeń. Wszystko szło na szczęście bezproblemowo, mimo dłużących się laudacji na cześć laureatów nagród z nauk ścisłych oraz wychodzących poza noblowski protokół dodatkowych ukłonów Wisławy Szymborskiej. Syci wrażeń i dumni z wykonanego zadania żegnaliśmy się już powoli ze słuchaczami, aż tu nagle poeta Karasek wyjeżdża z takim mniej więcej tekstem: „a teraz  widzimy na ekranie jak członkowie akademii gratulują swym wybrańcom”. No i cały trud na nic! Gdyby wzrok mógł zabijać, to spojrzenia redaktora Matula i moje starłyby wtedy na pył nieszczęsnego Karaska. Zrezygnowany Matul wykrztusił po chwili: „żegnamy Państwa ze studia szwedzkiego radia”, licząc tylko na to, że przeciętny Polak nie wie, gdzie to studio się znajdowało.

Na koniec muszę się jednak przyznać do czegoś znacznie poważniejszego. Otóż nieustraszony demaskator polskich i światowych masonów, intelektualna podpora i czołowy ideolog „Naszego Dziennika”, „Telewizji Trwam” oraz „Radia Maryja” dr Stanisław Krajski (skromnie zwany w tych kręgach „profesorem”) wykrył już w kilka miesięcy po opisywanych wypadkach, że Wisława Szymborska – jako ateistka i osoba „wyobcowana z bliskiego nam wszystkim świata idei” należała najprawdopdobniej do loży wolnomularskiej, co otworzyło jej drogę do Nagrody Nobla. Zapewne też – wywodził Krajski – miał z tym związek, a przynajmniej wiedzę na ten temat, niejaki … Piotr Cegielski.

Krajski poświęca temu oburzającemu spiskowi cały rozdział swej książki „Masoneria polska i okolice” zatytułowany „Czy Wisława Szymborska została wtajemniczona?”2. I pisze: „O tej nagrodzie mówi się od dawna, że jej podstawowy wymiar  znajduje się gdzieś daleko poza obszarami, których ona oficjalnie dotyka, że kryteria, które muszą  spełniać kandydaci, obok oczywiście, tych podstawowych – merytorycznych (choć niektórzy twierdzą, że te niekiedy prawie w ogóle nie są brane pod uwagę), posiadają charakter nie tyle polityczny, co raczej … ezoteryczny”.

Związek Cegielskiego, Szymborskiej, masonów i Nobla jest banalnie prosty. Jak wskazuje „profesor” Krajski, Cegielski jest (tzn. był wtedy w 1996 r.) korespondentem „Gazety Wyborczej” i pisząc o szwedzkich reakcjach na nagrodę dla poetki użył sformułowania: „radość dla wtajemniczonych”. Skąd to wie? O jakich wtajemniczonych może chodzić? Rzecz jasna o masonów, bo przecież Piotr Cegielski to „prawdopodobnie krewny, zapewne syn lub brat Tadeusza Cegielskiego”. A Tadeusz Cegielski – to jak wszystkim wiadomo – Wielki Mistrz, przywódca polskiej masonerii. Jasne?

Więc teraz mam okazję przyznać się. Nie zważając na prze-pisowe 50 lat tajemnicy jaką objęte są kulisy przyznawania Nobla. I niestety rozczarować Krajskiego. To nie ja.

Ci opisani przeze mnie metaforycznie wtajemniczeni, to – jak się domyślał każdy nawet średnio inteligetny czytelnik „Gazety” – ci nieliczni wówczas, w momencie ogłoszenia werdyktu Szwedzi, którzy znali już twórczość Szymborskiej. Taki elitarny klub wielbicieli poezji, którym nie potrzeba było noblowskiego stempla i pr-owskiego zgiełku jaki nastał potem. To oni autentycznie ucieszyli się tego dnia z nagrody.

Pozostaje jednak pytanie: kto zatem załatwił Nobla Szymborskiej, jeśli nie ja?

To oczywiście siła i jakość jej poezji. No, może z pewną pomocą dżentelmena, który nazywa się Anders Bodegard. Bez jego przekładów na szwedzki mogłoby nie być nagrody. Ale tego nikt nie może ani wiedzieć na pewno, ani udowodnić. Chyba, że należy do wyznawców teorii spiskowych, jak „profesor” Krajski. Ci wiedzą wszystko. Dokładnie tak jak w wierszu „Utopia”, nota bene napisanym przez Szymborską przeszło 40 lat temu:

Wyspa na której wszystko się wyjaśnia.

Tu można stanąć na gruncie dowodów.

Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia.

Krzaki aż uginają się od odpowiedzi.

 

Rośnie tu drzewo Słusznego Domysłu

o rozwikłanych wiecznie gałęziach.

 

Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia

przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak.

 

Im dalej w las, tym szerzej się otwiera

Dolina Oczywistości.

 

Jeśli jakieś zwątpienie, to wiatr je rozwiewa.

 

Echo bez wywołania głos zabiera

i wyjaśnia ochoczo tajemnice światów.

 

W prawo jaskinia, w której leży sens.

W lewo jezioro Głębokiego Przekonania.

Z dna odrywa się prawda i lekko na wierzch wypływa.

 

Góruje nad doliną Pewność Niewzruszona.

Ze szczytu jej roztacza się Istota Rzeczy.

 

Mimo powabów wyspa jest bezludna,

a widoczne po brzegach drobne ślady stóp

bez wyjątku zwrócone są w kierunku morza.

Jak gdyby tylko odchodzono stąd

i bezpowrotnie zanurzano się w topieli.

 

W życiu nie do pojęcia.

 

Piotr Cegielski

 

P.S. Oczywiście była też Szymborska autorką cudownych liryków. Ale to już temat na inne opowiadanie, bardziej intymne. Myśle, że każdy z czytelników może ułożyć je po swojemu. Tak będzie najlepiej.

1 „Poetka dla » Rzeczpospolitej «”, notowała Elżbieta Sawicka, „Rzeczpos-polita” z 23 listopada 2005 r.
2 Krajski Stanisław, Masoneria polska i okolice, Warszawa: Wydawnictwo Św. Tomasza z Akwinu 1997, s. 307 i nast.
Tekst ukazał się w Nowej Gazecie Polskiej w nr 4/2012
Foto: Wikipedia, Wislawa_Szymborska_Cracow_Poland_October23_2009_Fot_Mariusz_Kubik

Lämna ett svar