BaNeFF VIII: Kłopoty z różnorodnością

Osiem pokazanych w Sztokholmie filmów – podczas Balkan New Film Festival – obejmuje obszar dawnej Jugosławii i dzielą się one na trzy serbskie, dwa chorwackie, po jednym z Bośni i Czarnogóry oraz jedną koprodukcję macedońsko-słoweńską. Tym razem zabrakło filmów bułgarskich, rumuńskich, greckich, ewentualnie tureckich czy węgierskich, jeśli tak można patrzeć na geograficzne Bałkany.

Choć wiele z tych krajów zostało wymienionych w otwierającym festiwal wystąpieniu ambasadora Serbii, podkreślano także ich finansowy wkład w koszta festiwalu, co nie zbiegło się jednak z dostarczeniem filmów. Obserwujemy więc stan obecny dawnej kinematografii jugosłowiańskiej, mniej więcej tak, jak się ona i wówczas dzieliła, na produkcje poszczególnych wytwórni republikańskich (Dunav, Jadran, Lovcen, Triglav, Vardar, Viba, Zagreb itd).

Znalezienie wspólnego mianownika dla filmów z sześciu krajów może sprawić niejakie trudności. Będą nim np. wspomnienia z licznych wojen. W ”Izmedu dana i noci” (Między dniem i noca) Andro Martinovica mówi się o walkach z oddziałami włoskimi, chodzi więc o II wojnę światową. Z kolei właściciel i klienci zakładu fryzjerskiego w Zagrzebiu w filmie ”Zaba” reż. Elmira Jukica (przypominającym nastrojem ”Smoke” /Dym, 1995/ Wayne Wanga i Paula Austera i uznanym przez jury za najlepszy film festiwalu) wspominają niedawne wojny domowe. Tak jak w wielu wcześniejszych filmach, nie ma tu antagonizmów między Serbami, Chorwatami i Bośniakami (mówiącymi tym samym językiem), lecz między czetnikami (prawosławie), ustaszami (katolicyzm) i muzułmanami.

Inny motyw to uzależnienie od hazardu. W filmie ”Nigde” Predraga Velinovica ulega mu mężczyzna w emigrującej do Szwecji parze, bardziej liczący na wygraną obstawiając konie w wyścigach, niż na stałą pracę. Podobnie młodszy brat fryzjera w ”Zabie”, sfrustrowany po wojnie domowej (gdy starszy dorabiał się na czasowej emigracji w Niemczech), ofiara złudzeń o wielkiej wygranej w ruletkę.

Parokrotnie pojawia się też wątek opieki młodszego pokolenia nad starszymi członkami rodziny: jeden z bohaterow filmu ”Izgredenici” (Przestępcy) opiekuje się matką. W innym filmie (”Godina majmuna”/Rok małpy) przedmiotem opieki jest ciotka.

Ale chyba każdy kraj ma swój film pt. ”Kler”. W ”Agape” reż. Branko Schmidta po grecku pojętą miłość duchową zastąpiło pedofilskie uzależnienie młodego, przystojnego, wysportowanego, lubianego i szanowanego księdza, zamiatane pod dywan przez kurię biskupią. A chuligaństwo młodych wymierzone w pedałów to bardziej neofaszystowska nietolerancja niż zwykły bandytyzm.

Ten koglomerat rozmaitych motywów podsumuje może najtrafniej punkt wyjścia filmu ”Izgredenici” reż. Dejana Zecevica. Z gry Trita wywodzi tu profesor socjologii teorię o entropii i walce chaosu z porządkiem oraz inicjuje projekt badań nad przestępczością młodych za pomocą 3 czy 4 kamer śledzących zrujnowane dzielnice Belgradu. I chaos zwycięża: jeden student (Aleksandar, niedawny żul, którego ojciec nie może i nie umie załatwić pogrzebu żony) zabija drugiego, który (Danijel) przestał zmywać, karmić i podawać lekarstwa matce, która umiera, a studentka Teodora (odtwórczyni tej roli jury przyznało nagrodę za najlepszą kreację żenską) doprowadza się do poronienia dziecka niewiadomego ojca, a profesor (jeden z co najmniejdwóch możliwych ojców) wygłasza na koniec w TV mądry tekst na temat przestępczości. Triumfuje czarny obraz rzeczywistości, pesymizm na 24 fajerki.

W tym roku zawiodła publiczność, niegdyś masowo wypełniająca nawet największą salę w kinie Zita. Organizator festiwalu Jelena Mila nie ukrywa tego faktu, tłumacząc go brakiem filmów atrakcyjnych widowiskowo, czy nawet artystycznie. Takie filmy, jak realizowane przez Emira Kusturicę, czy nawet Milcho Manchevskiego należą dziś do rzadkości. Także obecność twórców filmowych z rejonu ograniczyła się w tym roku do paru osób. Nie można jednak wykluczyć, że w następnych latach sytuacja sie poprawi, i tego należy życzyć organizatorom festiwalu, nieustającym w wysiłkach przybliżenia mniejszościowej sztokholmskiej publiczności, filmów mówionych w ich mowach ojczystych, jako że języki krajów wchodzących w skład dawnej Jugoslawii są – może poza słoweńskim i oczywiście albańskim – do siebie bliźniaczo podobne. A wszystkie filmy były przecież zaopatrzone w angielskie napisy.

Aleksander Kwiatkowski

Lämna ett svar