TERESA URBAN: Feministki

Nie jestem feministką, tylko humanistką. Pragnę, aby wszyscy uczciwi ludzie – bez względu na płeć – cieszyli się poważaniem i dzielili  te same przywileje i obowiązki. Jednocześnie podziwiam i szanuję sufrażystki/feministki za ich długą i ofiarną walkę o równe prawa, którą wygrały, przynajmniej teoretycznie.

Mam jednak wrażenie, że współczesne feministki nadal czują się dyskryminowane tylko dlatego, że są kobietami. Osobiście nie mam takiego kompleksu, a przyczyną tego jest prawdopodobnie stosunek do kobiet, jaki panował w mej socjalistycznej ojczyźnie.

Kiedy powracam myślami do tych czasów widzę w reżimowym mroku pewne jasne punkty, których istnienie uświadomiłam sobie dopiero teraz. Wtedy wydawało mi się że tak, po prostu, ma być. Jestem ostatnią, która broniłaby komuny i zaskoczyło mnie, że obecnie widzę tamtą rzeczywistość w nieco innym świetle. Jednym z jasnych punktów była tania kultura. Na kino, teatr, koncerty czy książki praktycznie wszystkich było stać. Okresowo potrafiłam chodzić do kina trzy razy w tygodniu i nie stanowiło to uszczerbku dla naszego skromnego budżetu. Mimo cenzury sprowadzano do Polski wiele wartościowych filmów, przede wszystkim francuskich i włoskich, a później angielskich a nawet amerykańskich.Czasem cenzura nie potrafiła się opanować wkładając w usta bohatera popularnego radiowego serialu „Matysiakowie” słowa krytyki o wspaniałym filmie z Gerarde Philipe i Danielle Darrieux, opartej na powieści Stendhala „Czerwone i Czarne” – „ale głupie i marne”. Po bilety na dobry film często stało się w długiej kolejce. Lepiej sytuowani kupowali bilety z drugiej ręki od tzw koników.

W Polsce zawsze mieliśmy wspaniałych aktorów teatralnych. Do dziś pamiętam spektakle Dűrrenmatta czy Ionesco, „Wizytę starszej pani”, „Fizyków”, „No-sorożca” czy „Krzesła”. Każdy spektakl był ucztą duchową. Występy światowej sławy piosenkarzy też nie rujnowały kieszeni. Juliette Greco, Paul Anka – to dwa przykłady. Z książkami był problem. Papier zużywano na druk propagandy, na przykład kompletu dzieł Lenina, i brakowało go na literaturę piękną. Ale na każdą dobrą książkę było nas stać i znikały one natychmiast z księgarni. Papier był na ogół złej jakości, książka potrafiła rozsypać się w czasie czytania, ale te, które przetrwały, zżółkłe ze starości, biorę do ręki z nostalgią i sentymentem.W końcu wartość książki leży w treści, a nie w formie.

Codzienna prasa karmiła nas propagandową papką za wyjątkiem tygodnika „Przekrój”. Polityka ograniczona była w nim do minimum. Zwracał się on w równym stopniu do kobiet, jak i do mężczyzn. Lekturę zaczynało się od ostatniej strony: humorystycznej rymowanki  Kerna, komiksu Lengrena o profesorze Filutku i jego psie Fafiku oraz humoru z zeszytów szkolnych. Savoir vivre Kamyczka był także popularną rubryką. Od nowel zachodnich pisarzy i reportaży autorstwa znanych osobistości ze świata kultury trudno się było oderwać. „Przekrój” przetrwał do dziś, ale poza logotypem niewiele ma wspólnego z pierwowzorem.

Można dyskutować, czy brak bezrobocia za komuny był zjawiskiem pozytywnym. Pamiętamy powiedzenie – bardziej cyniczne niż żartobliwe – „Czy się stoi czy się leży dwa tysiące się należy”. Stanowiska pracy były podzielne i gdy zaszła potrzeba, zatrudniano następnego pracownika. Przyczyniało się to do gospodarczej ruiny, ale nowo zatrudnionemu groźba bezrobocia nie zakłócała snu. Były i inne pozytywne zjawiska, ale niewykluczone, że istniały one wówczas również w krajach o odmiennym systemie politycznym, np tanie leki czy tania komunikacja.

Ale… co to wszystko ma wspólnego z feminizmem? Otóż ma. Kobiety w PRL czuły się dowartościowane zawodowo i uczuciowo. W szkolnictwie, zarówno podstawowym jak i wyższym oraz w lecznictwie, były cenione i często zajmowały wysokie stanowiska. W szkołach, do których uczęszczałam, kierowniczkami były kobiety, a na studiach miałam wykładowczynie o stopniu profesora. W naszym żeńskim liceum miałyśmy nauczyciela od fizyki, który błędne odpowiedzi zwykł ironicznie komentować, że nadajemy się wszystkie do wyższej szkoły gotowania na gazie. Nie urażało to bynajmniej mej kobiecej godności, tylko stymulowało do pilniejszej nauki. Wyrastałam w poczuciu, że jeśli przyłożę się do nauki, to osiągnę w zawodzie satysfakcję. Pod warunkiem że nie będzie się wymagać ode mnie legitymacji partyjnej.

Kobiety szanowano również za rolę, jaką odegrały w czasie wojny, za ofiarność i odwagę.  Potrafiły podołać obowiązkom rodzinnym i jednocześnie być sanitariuszkami czy łączniczkami. Mam wrażenie, że na stosunek do kobiet w katolickiej Polsce wpłynął również kult maryjny. Matki się szanowało, matka była święta. Szanowano również potencjalne matki: narzeczone, siostry, dorastające córki. Ale wśród podziwianych Polek w świecie nauki prym wiedzie Maria Curie. Dwukrotna noblistka własnoręcznie przerzuciła tony rudy uranu, aby wyizolować promieniotwórcze zanieczyszczenie nazwane radem, które ratowało życie, a jednocześnie sprawiło, że odkrywczyni zmarła przedwcześnie na skutek promieniowania. Założyła rodzinę, wychowała dwie córki i zdążyła nawet jako wdowa mieć mocno krytykowany romans z żonatym mężczyzną. Użycza ona blasku swym rodaczkom.

Kiedy wspominam obchody dnia kobiet w PRL nie pamiętam, aby kobiety wstępowały na barykady z hasłami żądającymi równouprawnienia, tak jak to się dzieje np w Szwecji do dziś. Dzień kobiet przypominał bardziej obecne Walentynki. Panowie okazywali swe uczucia drogim im kobietom. Tego dnia sprzedawano najwięcej kwiatów. Biada temu, kto nie ofiarował swej pani bukietu lub przynajmniej pojedyńczego kwiatka. W miejscach pracy kobiety otrzymywały po róży czy goździku, czasem czekoladki czy maskotkę. Nie mówiono o polepszeniu warunków pracy: podwyżkach, wyrównaniu zarobków czy przywilejów w czasie urlopu macierzyńskiego. Był to tylko symboliczny hołd składany pracowniczce jako kobiecie.

Jak już wspomniałam, Szwedki, jako kobiety, nadal mają z tego powodu kompleks niższości i za wszelką ceną starają się udowodnić, że są niezależne i samodzielne. Nie należy podawać im płaszcza czy przytrzymać drzwi lub przepuścić, aby przeszła pierwsza. Będzie się czuła poniżona. Znajoma Szwedka z mojej generacji nie mogła zrozumieć, dlaczego mężczyzna ma podawać płaszcz kobiecie, a nie odwrotnie. Zgodziłam się z nią, że powinno się pomóc mężczyznie, jeśli jest niepełnosprawny lub chory. „Wobec tego ja jako sprawna i zdrowa i nie potrzebuję pomocy” – odparła. Ciekawe, że znajoma była uosobieniem kobiecości i słodyczy, mąż ją ubóstwiał i niemal nosił na rękach, istne cacuszko z cytowanego poniżej wiersza. Ale ideologicznie była zatwardziałą feministką.

Pewne polskie zwyczaje mogą szokować w Szwecji. Polski lekarz odwiedził kiedyś służbowo nasze laboratorium i na przywitanie pocałował kierowniczkę w ręke. Mimo swych lat spłonęła dziewczęcym rumieńcem, a potem tłumaczyła mi się, że gest ten odebrała jako bardzo intymny.

Polki czują się natomiast pewnie jako kobiety, ale wdziecznie przyjmują kurtuazyjne gesty panów. Lubią być dopieszczane. I to właśnie tak słodko wyraziła Agnieszka Osiecka w jednym ze swych utworów:

„Tobie chodzi tylko o łóżko,

A ja jestem takie cacuszko,

które pragnie miłości i wsparcia, 

— nie tylko czegoś do żarcia.”

Równouprawnienie zawodowe dało kobietom nowe możliwości, ale często jest obciążeniem ponad siły. Kiedyś kobiety zajmowały się domem, obecnie doszła do tego praca zawodowa. Niełatwo pogodzić karierę z tradycyjną biologiczną rolą kobiety. Jeśli kobieta osiąga sukces zawodowy powinna zarabiać tyle, aby stać ją było na opiekunkę do dziecka i gosposię. Niestety, w Szwecji ze wględu na wysokie podatki i drogie usługi, niewiele kobiet może sobie na to pozwolić. Może w Polsce jest pod tym względem lepiej.

Niestety mężczyzni na ogół nie uczestniczą w tym samym stopniu co kobiety w pracach domowych i opiece nad dziećmi. Wynika to również, przynajmniej częściowo, z zakorzenionej w genach i psychice tradycyjnej biologicznej roli mężczyzny jako żywiciela i obrońcy. Ambicje zawodowe nie są jedyną przyczyną podejmowania pracy przez kobiety. Poza wypadkami, kiedy z jednej pensji partnera nie da się utrzymać całej rodziny, często powodem jest chęć posiadania własnych dochodów, czyli pewna ekonomiczna niezależność.

Więc… może jednak należy wstąpić na barykady i domagać się równouprawnienia nie tylko w pracy ale i w domu oraz prawa do ekonomicznej niezależności?

Teresa Urban

Lämna ett svar