LUDOMIR GARCZYŃSKI GĄSSOWSKI: Bajka o prawdziwym komuniście

Swego czasu napisałem ”Bajkę o dobrym komuniście” Mieczysławie Franciszku Rakowskim. Dziś piszę o prawdziwym komuniście zmarłym w 2010 roku – Kazimierzu Mijalu. W archiwach rodzinnych znalazłem wizytówkę: ”Kazimierz Mijal” i mniejszym drukiem Szef Kancelarii Prezydenta RP. A na odwrocie tejże wizytówki ręcznym pismem pana Mijala napisany był taki tekst: W imieniu Prezydenta RP Bolesława Bieruta oraz własnym składam obywatelowi dyrektorowi Aleksandrowi Gąssowskiemu najlepsze życzenia noworoczne. I podpis Kazimierz Mijal. Ja wiem, że ORMO, pardon IPN czuwa. Niemniej piszę prawdę. I zaraz wyjaśnię jej podłoże.

 

Świętej Pamięci pochowanego właśnie na ewangielickim cmentarzu Kazimierza Mijala widziałem (podobnie jak mój ojciec) raz w życiu w Gorzowie Wielkopolskim. Tak się złożyło, że bezdomni po powstaniu warszawiacy uderzyli na Wybrzeże Gdańskie. Mój ojciec pojechał na wybrzeże by się rozejrzeć się nad możliwościami. Złożył wizytę kurtuazyjną przyjacielowi swoich rodziców, ówczesnemu namiestnikowi na Wybrzeże Gdańskie, przedwojennemu wicepremierowi Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu.

I tu znów wyjaśnienie dla dyletantów z IPN. Dlaczego wicepremier Kwiatkowski stał się pachołkiem Bieruta, albo dlaczego Bierut kokietował Kwiatkowskiego?  Profesora Eugeniusza Kwiatkowskiego nowe, po klęsce wrześniowej (emigracyjne) władze polskie uziemniły w Rumunii, co było idiotyzmem napędzanym zemstą polityczną. Po zakończeniu wojny profesorowi Kwiatkowskiemu proponowano katedry na różnych uniwersytetach. Szczególnie zabiegali o niego Szwajcarzy. W tej sytuacji przybył do Rumunii, jako wysłannik Bieruta, profesor Oskar Lange i namówił Kwiatkowskiego na powrót do Polski. Ta jałtańska łże Rzeczpospolita  Polska, mimo uznania przez ONZ, była mało wiarygodna w świecie wielkiego biznesu. A były wicepremier przedwojenny i do tego budowniczy Gdyni – Eugeniusz Kwiatkowski, wychowanek Oxfordu, znający elitę ówczesnej Europy – to było zupełnie co innego. Dlatego komuniści poszli na ten eksperyment i by odbudować polskie wybrzeże, Kwiatkowski się na to zgodził. Porządził sobie trzy lata. Najlepsze lata dla Trójmiasta.

Musiałem przywołać postać wielkiego ministra, by wytłumaczyć nasze koneksje z Mijalem. Mój ojciec złożył wizytę Pełnomocnikowi na Wybrzeże Gdańskie i spytał się po starej znajomości, co ma robić na Wybrzeżu. Rozmowa z Namiestnikiem Kwiatkowskim (według relacji mojego ojca) przebiegała tak: Przyjechałem tu, nie bardzo wiem, o co się zaczepić – powiedział mój ojciec. Pan przed wojną, jak pamiętam, pracował w Polskim Radio? – spytał się Kwiatkowski.  Tak było panie ministrze, ale w dzisiejszej sytuacji w tym radiu raczej nie chciałbym pracować – odpowiedział mój ojciec.  Ja to świetnie rozumiem – odpowiedział były minister i dodał: Pan, jak pamiętam, ma uprawnienia aktorskie, to niech pan mi założy pierwszy polski teatr województwa gdańskiego z siedzibą w Sopocie, bo tam zniszczenia są małe i odpowiedni lokal panu znajdę. Na razie to oni mi nic nie mogą odmówić i nominację ma pan w kieszeni. – Tak jest, panie ministrze – odpowiedział mój ojciec.

I pojechał po nominację do Warszawy. Nominację na ten pierwszy teatr województwa gdańskiego podpisał mu ówczesny wiceminister kultury, znany pisarz Leon Kruczkowski. Tu wtrącę, zupełnie nie á propos, historyjkę o moim spotkaniu w Szwecji z jedną z sióstr Leona Kruczkowskiego. Panna Kruczkowska (imienia nie pamiętam) była zatrudniona u Ilony Jagiellonki, jako opiekunka jej dzieci. Ilona, wówczas nosiła naturalnie nazwisko swojego szwedzkiego męża – jakiegoś von X., ale my, Polacy, naturalnie bywając w jej pałacyku w Saltsjöbaden pamiętaliśmy tylko jej panieńskie nazwisko. No i tam spotkałem pannę Kruczkowską. Powiedziałem jej, że bardzo mi miło, że jej brat dał pierwszą nominację dyrektorską mojemu ojcu i że ja sam grałem kiedyś w sztuce pana Leona. A wie pan – powiedziała panna Kruczkowska – Myśmy w rodzinie go nie lubili, bo tobył bezbożnik i komunista.

Wrócmy do towarzysza Kazimierza Mijala. Jak już wspomniałem, widziałem go tylko raz w życiu, w 1948 roku w Gorzowie Wielkopolskim. W tamtych latach teatry były już znacjonalizowane. Jedne wprawdzie nazywały się miejskie, a inne stricto państwowe. Wszystkie niemniej podlegały Dyrekcji Teatrów Państwowych – departamentowi w Ministerstwie Kultury. Jednak w pierwszym okresie Polski Ludowej teatry działały, jak przed wojną. Trupa teatralna, jak opatrzyła się w danej okolicy, przenosiła się gdzieś indziej. Różnica polegała na tym, że dawniej decydował o tym kierownik (dyrektor) trupy, a w Nowej Polsce decydowali o tym urzędnicy Ministerstwa Kultury. Natomiast podobieństwo, w tym czasie polegało na tym, iż przeniesiony przez MK dyrektor miał prawo zabrać ze sobą cały zespół. I tak zespół z Sopotu po dwóch sezonach przeniósł się do Gorzowa Wielkopolskiego. Ówczesny Prezydent RP czyli Bolesław Bierut uważał słusznie, że po wszelkich polskich klęskach odniesionych w II wojnie światowej, jedynym sukcesem było przyłączenie do Polski poniemieckich ziem zachodnich zwanych odzyskanymi. Ziemie zachodnie, podobnie jak później dla Gomułki, były dla Bieruta oczkiem w głowie. Bierut często bywał  na ziemiach zachodnich i tak trafił do naszego teatru imienia Juliusza Osterwy w Gorzowie. Graliśmy wtedy nomen omen Grube ryby M. Bałuckiego. Po przedstawieniu Prezydent RP złożył mojemu ojcu gratulacje za: „Krzewienie polskości na piastowskich ziemiach odzyskanych”. Ojciec wykorzystał sytuację i zwrócił  się do Bieruta tymi słowami: „Dziękuję bardzo panu prezydentowi za słowa uznania, ale chciałbym przy okazji zwrócić panu prezydentowi uwagę na jedno bardzo ważne zagadnienie. Otóż opracowana przez ministerstwo siatka płac jest nie uzasadniona i prowadzi do zaniku polskiego teatru”. I tu mój tatuś zaczął prezydentowi coś tłumaczyć. Dokładnie zagadnienia nie pamiętam. Bierut pewnie też nie wiedział o co chodzi. I powiedział: „Przedstawcie dyrektorze swoje postulaty mojemu sekretarzowi”. Sekretarzem tym był Kazimierz Mijal.

”Panie sekretarzu…” – zaczął mój ojciec. „Czy jesteście w partii,  towarzyszu dyrektorze” – przerwał Mijal. „Nie” – odpowiedział mój ojciec. –„A to tytułujcie mnie obywatelem, obywatelu” – rzekł Mijal. Poczym spisał uwagi mojego ojca i po trzech tygodniach z ministerstwa kultury przyszły nowe wytyczne toczka w toczkę, jak postulował mój ojciec. Potem, póki Bierut nie zlikwidował urzędu prezydenta (wprowadzając konstytucję PRL w 1952 roku), szef jego kancelarii przesyłał nam życzenia noworoczne w imieniu swego pryncypała. Najzabawniejsze było to, iż w tym czasie, gdy dobrotliwy prezydent objeżdżał  Ziemie Zachodnie to, to samo czynił ówczesny prymas kardynał Hlond. W parę tygodni po pobycie w Gorzowie Pierwszego Obywatela PR przybył tam Prymas. Kuria biskupia zwróciła się do mojego ojca z zapytaniem, czy kardynał Hlond może się spotkać z wiernymi w sali naszego teatru. Ojciec odpowiedział, że naturalnie. Teatr ów w stylu bittermajerowskim był najbardziej reprezentacyjnym budynkiem w mieście.

Przed zapowiedzianą wizytą przysłani z kurii klerycy udekorowali salę, a szczególnie lożę honorową barwami papieskimi. Na dwie czy trzy godziny przed podniosłą imprezą zadzwonił do teatru dyrektor elektrowni i powiedział, iż władze kazały mu wyłączyć linię zasilającą prąd w teatrze. Wiedząc o co chodzi, ów dyrektor radził mojemu ojcu zaopatrzyć się w świece i lampy naftowe. Ojciec zawiadomił kurię skąd dowieziono multum potężnych świec. Spotkanie z prymasem Hlondem odbyło się w związku z tym w jeszcze bardziej podniosłej atmosferze. Mój ojciec i dyrektor elektrowni zostali później zaproszeni na przyjęcie do kurii. Takie wówczas były czasy i obyczaje…. o tempora o mores.

A biedny Kazimierz Mijal od 1952 do 1956 jakoś sobie działał w umacnianiu socjalizmu, który zaczął się kruszyć po śmierci Stalina (a w Polsce konkretnie po ucieczce pułkownika UB Józefa Światły).

W październiku 1956 Mijal uważał, że obie zwalczające się frakcje zdradzają prawdziwy socjalizm, więc nie poparł ani dogmatyków z Natolina, ani rewizjonistów z ulicy Puławskiej. Jako prawdziwy komunista był nietykalny na zasadzie świętej krowy. Jemu ten status nie odpowiadał. Świat prawdziwego socjalizmu (komunizmu) się kurczył. Rewizjonista Chruszczow pod wpływem swego zięcia Aczubeja sprzedawał ideę kapitalistom. Kazimierz Mijal próbował walczyć w Polsce o naprawę ustroju. Oparcie uzyskał w Chinach – tych samych Chinach, które po wizycie rewizjonisty Cyrankiewicza opowiedziały się za zmianami w Polsce. Przed tzw. Październikiem (1956 roku) premier Cyrankiewicz starał się zapewnić osłonę młodym rewizjonistom: Jerzemu Albrechtowi, Jerzemu Morawskiemu i Władysławowi Matwinowi. Doświadczony Cyrankiwicz sam się w niepewną awanturę oficjalnie nie mieszał. Po śmierci Stalina i zarysowaniu się zmian w Moskwie, Cyrankiewicz podpuścił młodych i udał się w swoją podróż życia do Indii i Chin. Uzyskał łatwo poparcie premiera Indii Nehru dla zmian w Polsce i udało mu się wytłumaczyć ówczesnemu premierowi Chin Czu-En-Laiowi, że PRL nie porzuci socjalizmu, a tylko da prztyczka w nos Chruszczowi, z którym Chiny były w konflikcie. Jak pamiętamy mimo sprzeciwu Chruszczowa i marszu na Warszawę wojsk radzieckich z Legnicy wspomaganych przez polskie oddziały Rokossowskiego, przewrót październikowy się udał. Wierny zmarłym Stalinowi i Bierutowi Kazimierz Mijal nie mógł się z tym pogodzić.

Willa, w której kiedyś mieściło się Radio Tirana

Mijal urodził się w roku 1910 w polskiej rodzinie inteligenckiej. W czasie wojny związał się z komunistycznym podziemiem, w 1942 wstąpił do PPR. Po wojnie wypłynął jako sekretarz Bolesława Bieruta. Trudno określić czy był złym czy dobrym duchem ówczesnego wielkorządcy Polski. Towarzyszył Bierutowi wiernie aż do jego śmierci. Był sekretarzem Bieruta jako prezydenta Krajowej Rady Narodowej, a później prezydenta (tej łże) RP i wreszcie, jako premiera PRL, gdy Bierut powołał Polską Republikę Ludową na miejsce Rzeczpospolitej Polskiej.

Tak przy okazji było to jedne z niewielu uczciwych posunięć Bieruta. Zniewolony przez komunistów kraj nad Wisłą dostał nazwę Peerel i używały tę nazwę na równi władze, jak i lud. W późniejszym okresie  władze nawet tolerowały dowcipy na ten temat oraz piosenki, takie jak ”Dziewczyna z Peerelu”, z którą autor tekstu chciał mieć ”małe peerelki”.  Bierut prawdopodobnie był już przed wojną agentem NKWD. W polskich archiwach nie ma na to dowodów, a do kremlowskich nie mamy dostępu. Mijal zaś był bezinteresownym przyjacielem Rosji stalinowskiej i Bolesława Bieruta. Zaraz po wojnie Jerzy Borejsza oraz Luna Bestigierowa kokietowali polską lewicującą inteligencję. To, że zwracali się do takich pisarek jak Maria Dąbrowska, Pola Gojawiczyńska czy Hanna Boguszewska to było naturalne. A Mijal jako sekretarz Bieruta wyciągnął rękę także do ludzi skazanych na niebyt. Takich jak książę Krzysztof Radziwiłł, którego mianował szefem protokołu dyplomatycznego (ktoś musiał nauczyć nowych demokratycznych dyplomatów manier). Podobną rolę spełniała w kancelarii prezydenta Bieruta poetka Kazimiera Iłłakowiczówna – była osobista sekretarka Marszałka Piłsudskiego. Mijal zaakceptował także Zofię Nałkowską, której jako żonie przedwojennego szefa policji słynnego „Jura” z Frakcji Rewolucyjnej PPS, chciano wytoczyć proces. W tygodniku Polityka piszą nawet, że Mijal Nałkowskiej uratował życie, tak jak Bestigierowa Jasiennicy.

Piszę to wszystko szczegółowo, bo wiem, że nawet znane nazwiska sprzed 60 laty, dzisiejszemu czytelnikowi nic nie mówią. W historii nie ma wbrew młodym historykom z IPN-u, postaci jednoznacznych. Pomnikowe postacie mają jakieś tam czarne plamki. A u szwarccharakterów nie spodziewanie odnajdujemy często przyzwoite cechy. Kazimierz Mijal był jednoznaczny. Miał przysłowiowe końskie okulary. Gdy w Polsce za Gomułki socjalizm trochę się zliberalizował, Mijal uznał to za zdradzenie ideałów i zaprzedanie się kapitalistom. W obronie prawdziwego socjalizmu Mijal reaktywował KPP (Komunistyczną Partię Polski) i nawet znalazł zwolenników. Po kraju zaczęły krążyć nielegalne broszury i ulotki. W odróżnieniu od wydawnictw opozycyjnych z lat 70-tych i 80-tych te były drukowane profesjonalnie na świetnym papierze. Mijal wykorzystywał fakt, że miał synekurę jako prezes jakiegoś banku i w zakładowej drukarni drukował swoje wydawnictwa.

Znudziło to się wreszcie Gomułce i Mijal poszedł na zielona trawkę. W 1966 roku władze przymknęły oko, gdy Mijal z przyprawioną brodą i fałszywym paszportem albańskim opuścił PRL. Podobnie postąpiły swego czasu władze ułatwiając ucieczkę premierowi Mikołajczykowi. Dyskretne pozbycie się opozycjonistów bez procesów, wyroków czy zabójstw, było władzy na rękę. Na szerszą skalę zastosowano to po marcu 1968, jak i w okresie stanu wojennego.

Z Mijalem jednak nie poszło tak łatwo. Kazimierz Mijal swoją KPP kierował z Tirany. Tam też za pieniądze chińskie lub albańskie wydawał swój organ Czerwony Sztandar i nadawał audycje w języku polskim na falach Radia Tirana. Audycji z bratnich krajów w PRL nie zagłuszano -dotyczyło to zarówno liberalnego Belgradu jak i dogmatycznych: Pekinu i Tirany. Będące w konflikcie z ZSRR (tym samym i z PRL) ambasady Ludowych Republik: Chin i Albanii. Rozpowszechniały ”na chama” w Warszawie wydawnictwa Mijala.

Orientując się w bezkarności i czerpiąc prawdopodobnie, jakieś z tego profity, zwolennicy prawdziwego socjalizmu działali jeszcze w okresie Gierka. Wykorzystywali cynicznie trudności gospodarcze kraju i protestowali przeciw wszelkim reformom gospodarczym. Czy byli sprawcami tajemniczych pożarów w Warszawie; w tym słynnego podpalenia Trasy Łazienkowskiej i wysadzeniu w powietrze kasy PKO tzw. Rotundy? Nie wiadomo. Niemniej wydawali ulotki z takimi hasłami: „Jeszcze jedna podwyżka, a Warszawa spłonie jak szyszka” lub „Gdy ceny pójdą do góry spalimy też Pałac Kultury”.

W połowie lat siedemdziesiątych, gdy ujawniła się w Kraju prawdziwa demokratyczna opozycja, ludzie zapomnieli o Mijalu i jego partii.

Przypomniał się on w czasie stanu wojennego, gdy w 1983 nielegalnie powrócił do Polski. Został aresztowany. Zastanawiano się nad wytoczeniem mu procesu za działalność w tej nielegalnej KPP. Machnięto ręką i go zwolniono. Ostatnie dwadzieścia pięć lat spędził na politycznej i finansowej emeryturze.

Żądna sensacji prasa robiła czasem z nim wywiady. Poglądów swoich nie zmienił. Do końca życia wierzył, że ”kapitalizm jest na drodze do upadku i nie ulega żadnej wątpliwości, iż komunizm zwycięży”. Krytykował wszystko co było ówcześnie w Polsce. Poglądy na rzeczywistość miał zbliżone do poglądów Radia Maryja – totalna negacja.

Za upadek PRL-u winił syjonistów: ”Syjoniści odegrali w Polsce haniebną rolę, haniebną”, ”I tego im historia nie zapomni”. ”Ojciec Gorbaczowa był kułakiem, a jego syn dwa fakultety skończył i obalił socjalizm” – mówił przy innej okazji. ”Wałęsa to lump, oni wszyscy to wrogowie postępu”.

Dożył prawie stu lat. Urodził się 15 września 1910 roku, zmarł 28 stycznia 2010. Działał politycznie przez całe swoje życie. Jego rodzina w nekrologu zamieściła akapit: ”Odszedł po długim barwnym życiu, spełnionym w walce o realizację ideałów komunizmu”.

Pięćdziesiąt parę lat temu, w okresie polskiego października tygodnik SZPILKI nawiązując do krytycznego wystąpienia Kazimierza Mijala na słynnym VIII Plenum zamieścił taką fraszkę: „Na październikowej fali, czas by tacy ludzie już Mijali”.

Ludomir Garczyński-Gąssowski 

Kommentera