PORTRETY: Było źle… Nie, było dużo, dużo gorzej

O historii pierwszej wojny światowej uczyłem się w szkole. Wiedziałem też coś niecoś z opowiadań mamy i starszych ludzi, natomiast czasy wojny hitlerowskiej, okupacje i epokę Stalina, przeżyłem osobiście i dzisiaj należę do tych nielicznych, którzy jeszcze żyją i mogą świadczyć o ciężkich czasach wojny, okupacji i stalinowskiej dyktatury.

 

Moim rodzinnym miejscem zamieszkania była wieś Wysoka, położona na Podkarpaciu, trzy kilometry na południe od Łańcuta. Graniczyła  z wioskami: z zachodu Kraczkowa, z południa Albigowa, ze wschodu Markowa, a z północy Sonina. Rodzina składała się z siedmiu osób, miałem cztery siostry, młodszego brata oraz mamę. Ojca w domu nie było, bo już ponad 10 lat wcześniej, wyemigrował na zarobek do Kanady, by pomóc rodzinie. Nie znałem go, bo wtedy miałem niespełna 3 lat.

W czerwcu 1939  roku, miałem niespełna 13 lat, jeszcze kilka dni dzieliło mnie od zakończenia szóstej klasy szkoły podstawowej w Łańcucie, złożyłem już wstępny egzamin do Liceum Technicznego w Rzeszowie. W czasie jednej z końcowych lekcji, wszedł do klasy dyrektor szkoły z dwoma metalowymi puszkami, przerywał naukę, i powiedział, że ma nam coś ważnego do zakomunikowania. – Nad Polskim niebem gromadzą się czarne i niebezpieczne chmury, naszemu krajowi zagraża wojna z Niemcami. Wyjął z puszek jakieś dziwne przedmioty i mówi: – To są maski przeciwgazowe, w czasie wojny może być użyty trujący gaz. Pokażę wam, jak się ich używa i jak wymienia się filtry. Po kolei, każdy z nas w klasie zakładał maskę na głowę i próbował jak się w niej czuje i oddycha. Instrukcję przyjęliśmy z dużym zaciekawieniem, ale nieświadomi tego, co naprawdę oznaczy wojna.

Rozpoczęły się wakacje. Pod koniec sierpnia, po zbiorach na polu, jak zawsze co roku, Urząd Gminy urządził doroczne dożynki. Ja, razem z mama i dwoma starszymi siostrami, poszliśmy zobaczyć tańce ludowe i usłyszeć wiejskie piosenki. Wokół sceny, zbudowanej na świeżym powietrzu, było już pełno ludzi. Po zakończeniu programu zagrała muzyka i w wesołej atmosferze jedni szli do tańca, a drudzy do bufetu zaopatrzonego w żywność i picie. Zazwyczaj zabawa trwała do świtu, ale nie tym razem. Około godz. 23-ej, została niespodziewanie przerwana. Na środek wyszedł Sołtys i poprosił o ciszę. Powiedział, że otrzymał bardzo ważne zarządzenie z województwa o powszechnej mobilizacji do wojska i odczytywał nazwiska mężczyzn, którzy natychmiast mieli stawić się na uprzednio wyznaczone miejsca poboru.

Zabawa skończyła się, a wesoły i gwarny nastrój zastąpiła smutna i niepokojąca cisza. Żony i dziewczęta płakały za swoimi mężami i chłopcami, teraz już nikt nie wątpił, że wkrótce wybuchnie wojna. W tej przygnębiającej atmosferze ja, mama i siostry, wróciliśmy z dożynek do domu.

1 września miałem rozpocząć naukę w Liceum. Wczesnym rankiem przychodzi sąsiad do mamy i opowiada jej, że Niemcy wkroczyli do Polski i że toczy się wojna. Niedługo po tym, na tle niebieskiego nieba, pokazały się pierwsze eskadry niemieckich bombowców, lecące w kierunku Przemyśla i Lwowa. Plan mamy, aby wykształcić mnie na inżniera, spalił na panewce.

Po kilku dniach wojny, przez nasze tereny zaczęły przechodzić fale uchodźców – mężczyźni w poborowym wieku uciekali  pieszo, wycofując się z wojskiem na wschód przed nacierającym frontem przeciwnika. Często głodni i zmęczeni wstępowali do domów na krótki odpoczynek i posilenie się. Przez nasz dom przeszło ich kilkadziesiąt, a mama czym mogła, tym ich częstowała i dawała im chleb z serem na dalszą drogę.

W Łańcucie stacjonował 10-ty pułk  piechoty. Po upływie około tygodnia, wojsko opuściło koszary i zostawiło swoje magazyny wojskowe otwarte dla miejscowej ludności. Do koszar było niedaleko, więc poszedłem tam bratem Jankiem i zabraliśmy ze sobą 4 koce i trochę żywności. W drodze do domu usłyszeliśmy pierwsze  strzały. To były odgłosy potyczki między patrolem niemieckim i wycofującym się oddziałem polskich żołnierzy. Na drodze z Kraczkowej ukazał się motocykl niemiecki, który został, przez ukryte w rowie działko przeciwpancerne, natychmiast zniszczony, a jadący na nim dwaj żołnierze zostali zabici. Niedługo po tym, nad naszymi głowami zagwizdały pierwsze, pojedyncze strzały artyleryjskiego ognia. Polskie oddziały ustawiły swoje pozycje artyleryjskie w małym lasku (bażantarni) na wschód od naszej miejscowości i przez nasz teren ostrzeliwali nacierających z zachodu Niemców, którzy odpowiadali silnym ogniem artylerii i czołgów. Obawialiśmy się, że jakiś pocisk może trafić nasz dom. Około 150 m. od nas, płynęła mała rzeka Sawa, która miała wysokie i strome brzegi. Z bratem wzięliśmy ze sobą łopaty i w pośpiechu wykopaliśmy tam jamę, wysłaliśmy ją słomą, i cała rodzina zebrała się tam, by mieć bezpieczniejsze miejsce schronienia. Walki toczyły się do późnego wieczora. W ciemności widać było, w kilku miejscach, płonące domy. Mimo niepewności, strachu i dość chłodnej nocy, nie trudno było nam na chwilę zasnąć, mama czuwała. O świcie obudził nas warkot i hałas motorów. Kilkaset metrów od naszego domu była szosa ze wsi Kraczkowej do Markowej przez Albigowę, tu koło dużego młyna, było skrzyżowanie dróg. Koło tego skrzyżowania mieszkało kilka rodzin narodowości żydowskiej, którzy mieli dobre stosunki z miejscową ludnością i przeważnie trudnili się handlem. Wczesnym rankiem, ja z bratem i kolegą sąsiada, Tadeuszem Kuźniarem, udaliśmy się tam, by zobaczyć co tam się dzieje. Było tam już wielu zebranych ludzi, Polaków i Żydów, którzy w ciszy i spokojnie obserwowali niebywale widowisko. Po raz pierwszy zobaczyliśmy niemieckie, zmotoryzowane wojsko, wozy pancerne, czołgi samochody ciężarowe na gąsienicach ciągnące artyleryjskie działa. Na samym skrzyżowaniu stał żołnierz z blaszaną tarczą na piersiach, który kierował ruchem. Niespodziewanie z tłumu wybiegły dwie młode Żydówki z kwiatami. Znałem je z widzenia. Jedna wręczyła bukiet kwiatów żołnierzowi jadącemu na czołgu, a druga żołnierzowi, który kierował ruchem – zapewne w nieświadomości, że witają swoich przyszłych oprawców. Poczuliśmy niesmak, trudno było nam zrozumieć, że w ten sposób witają naszego wroga. Oczywiście, pojawiały się w naszym rejonie slogany by bojkotować żydowskie sklepy, ale nie było to powszechne.

Przyszedł 17 wrzesień. Wojska sowieckie, według paktu Ribbentrop-Mołotow, wkroczyły na polskie tereny i podzieliły między sobą Polskę. W Łańcucie znajdował się park hrabiego Potockiego, który był ogrodzony żelaznym płotem. Był miejscem gromadzenia i chwilowego postoju, zmęczonych marszem i głodnych, setek polskich jeńców. Kilku z nich próbowało przeskoczyć ogrodzenie, ale zostali przez straż niemiecką zastrzeleni. Jednego jeńca widzieliśmy, nieżywego, wiszącego na płocie. Ludność przyległych okolic, a także moja mama, gotowali w kotłach zupę, ja z bratem wraz z innymi, pomagałem nosić ją do parku, by częstować polskich żołnierzy.

Z powodu wprowadzanych wciąż nowych zarządzeń, zaczęliśmy odczuwać skutki okupacyjnej władzy. Ja, zamiast do Liceum w Rzeszowie, poszedłem ukończyć 7-mą klasę szkoły podstawowej na Wysokiej. Naukę o historii i geografii zabroniono, a po roku, dyrektor szkoły Kluz, został aresztowany i już nigdy nie wrócił z niemieckiego obozu. Wprowadzono godzinę policyjną, której naruszenie groziło śmiercią.

W Łańcucie zrobiono obławę. Gestapo z pomocą wojska otoczyło miasto i schwytało około 100 mężczyzn. Zebrali ich na placu gimnazjalnym, na siedząco z rękami do tyłu. Jedna osoba, która miała zamaskowaną twarz, rozpoznawała  „podejrzane” osoby. Trzech mężczyzn rozstrzelano na miejscu, kilkunastu zatrzymano, a reszcie pozwolono rozejść się. Ci rozstrzelani byli oficerami rezerwy Wojska Polskiego.

Nasz region należał do utworzonej przez Niemców Generalnej Guberni, którą zarządzał Hans Frank. Pełnił absolutną władzę cywilną i wydawał różnego rodzaju dekrety i zarządzania. Osoby mające ponad 16 lat musiały posiadać dowód osobisty (Kenkartę). W każdym domu, na wewnętrznej stronie drzwi, musiał wisieć spis stanu rodziny i wiek. Wprowadzono przymus rejestracji trzody domowej, nie rejestrowane i wykryte zwierzęta konfiskowano, a za nielegalny obój wprowadzono karę śmierci. Zależnie od majątku i stanu gospodarstwa ustalano wielkość kontyngentu na dostarczania zboża, mięsa i mleka. Nasze gospodarstwo miało około 3/4 hektara ziemi. Tuż przed wojną, mama kupiła za pieniądze od taty, morgę pola. Teraz, kiedy nasz kontakt z ojcem i pomoc od niego została przerwana, okazało się to dla nas ratunkiem w okupacyjnym czasie. Oprócz pola mieliśmy jedną krowę i kilkanaście kur i czasem świnię. To wszystko dawało minimalne wyżywienie dla 7 osób. Mimo tego mama zmuszona była oddawać rocznie 50 kg zboża, 20 kg mięsa i odstawić 250 litrów mleka. Aby przysporzyć dzieciom masła na chleb, sporadcznie rankiem, przed dostawą wczoraj wydojonego mleka, zbierała z wierzchu łyżką śmietanę. Jednego dniu przy dostawie, pojawił się kontroler, wziął próbkę. Cztery dni później przyszedł nakaz konfiskaty krowy – żywicielki naszej rodziny – mleko miało 2,3% tłuszczu.

Jesienią 1940 roku, ukończyłem szkołę i rozpocząłem naukę rzemiosła kowalskiego u szwagra mamy, który – jak mój ojciec – był z zawodu mistrzem kowalskim. Mama myślała, że wojna potrwa długo, a ja, gdy wyuczę się zawodu, to otworzę warsztat po ojcu i pomogę rodzinie. Wiosną 1941-go roku na naszych terenach Niemcy skoncentrowali duże oddziały wojska. W czerwcu wybuchła wojna z Sowietami i w krótkim czasie Niemcy zajęli duże tereny Rosji. Niedługo po tym dowiedzieliśmy się z niemieckiej prasy, o odkrytych grobach polskich żołnierzy i oficerów rozstrzelanych przez NKWD w Katyniu.

Ogólna sytuacja pogorszyła się, gestapo organizowało na targach miejskich łapanki młodych mężczyzn i dziewcząt i wysyłano ich na przymusowe roboty do Niemiec. Ponad to w naszej wsi, Rada Gminna, otrzymała nakaz wytypowania do tych robót 20 osób. Ci wytypowani, którzy dobrowolnie nie zgłosili się, byli poszukiwani przez policję. Jednego dnia w zimie, zobaczyliśmy przez okno w odległości 200 m. idącego na przełaj w kierunku naszego domu, listonosza z niemieckim żołnierzem. W domu były moja 18-letnia siostra Maria. Mama krzyknęła do niej: – Weź płaszcz i uciekaj, bo cię zabiorą. Siostra wybiegła z domu i wpadła do mieszkającego w pobliżu sąsiada, i razem z jego córka Heleną, zaczęły uciekać. Żołnierz to zauważył, przyklękną i oddał strzał. Mama była w rozpaczy, że ją zastrzelił. Na szczęście był to strzał ostrzegawczy, dziewczęta się zatrzymały, wyszedł sąsiad, zagadał Niemca (znał trochę język jeszcze z pierwszej wojny światowej), wziął go do domu, poczęstował wódką i jedzeniem, i to uratowało dziewczęta.

Robiono także w tym czasie pobór chłopców w wieku ponad 16 lat (Junaki). Wykorzystywano ich do różnych robót drogowych i budowy fortyfikacji. Zaczęło się także intensywne prześladowanie i chwytanie ludności żydowskiej. Wydano zarządzenie, że ukrywanie ich i ich mienia będzie karane śmiercią. Tak zwanym “katem Łańcuta” był młody żandarm w Łańcucie Józef Kokott, bardzo mściwa osoba. Często, razem ze swoimi podwładnymi, pod wpływem alkoholu, robił wypady na osiedla żydowskie, by je terroryzować. Młodzi Żydzi uciekali i ukrywali się u znajomych i po lasach, nie wszyscy jednak zdążyli. Jednego wieczoru podczas łapanki, zastrzelono przy dojeniu krowy starszą kobietę, Szalową, a jej syna, który był głuchoniemy, pies wykrył ukrytego w polu pszenicy. Uśmiercono go strzałem w głowę – to stało się około 100 m. od naszego domu.

Innego późnego wieczora, gdyśmy już spali, ktoś zapukał do naszego okna. Mama rozpoznała dwie osoby z dwoma tobołkami na plecach, to była znana mamie jedna żydowska para, która prosiła o przechowaniu ich odzieży i pościeli. Mama po cichu, nie budząc nas, ukryła to na strychu. Po tygodniu przyszli z powrotem by to odebrać. Mama miała dobre serce, nie myślała o niebezpieczeństwie jakie nas czekało w razie wykrycia tych rzeczy.

W sąsiedniej wsi, Markowej, małżeństwo Ulmanów z pięciorgiem małych dzieci, ukrywali u siebie w domu, w wykopanej pod podłogą piwnicy, ośmiu Żydów: 5 mężczyzn i 3 kobiety. Były różne teorie, skąd niemiecka policja dowiedziała się o tym. Jedni podejrzewali, że Ulmanowie robili w sklepie duże zakupy żywności i to u kogoś w zbudziło podejrzenie i doniósł policji. Jednego dnia, o północy, przyjechała żandarmeria niemiecka, z Kokottem na czele, i wykryła kryjówkę – najpierw rozstrzelano Żydów, później parę Ulmanów, a następnie ich dzieci.

W naszym regionie działał podziemny ruch oporu, była to partyzantka. Związek Walki Zbrojnej przekształcony później na AK, a także Bataliony Chłopskie. Na odcinku drogi kolejowej, Łańcut – Przeworsk, zrobiono w nocy sabotaż, rozkręcając tory kolejowe, po czym pociąg z amunicją i bronią, idący na wschodni front, wykoleił się. W odwecie Niemcy, w Krzemienicy koło Łańcuta, rozstrzelali dwunastu zakładników.

Życie podczas okupacji było ciężkie. Oprócz niedostatku w zaopatrzeniu w żywność i odzież, żyło się zawsze w lęku i niepewności co przyniesie jutro, a widok gestapowca wzbudzał strach. Ludzie byli „głodni” informacji z Zachodu, jedynym źródłem uzyskania wiarygodnych wiadomości było, mimo zakazu, słuchanie radia „Głosu Ameryki” i „Polskiego Radia z Londynu”. Informacje o działaniach wojennych wojska polskiego na wschodnim i zachodnim froncie oraz o klęskach niemieckich dawały nam otuchy i budziły nadzieję, że wnet odzyskamy wolność.

W lipcu 1944 roku na nasze tereny, bez większych walk, wkroczyły wojska sowieckie. Było to pod wieczór, kiedy wszedł do naszego domu jeden oficer i oświadeczył, że za godzinę musimy odstąpić jeden pokój na kwaterę. Starsze siostry, natychmiast wyszły z domu i ukryły się u znajomych w sąsiedniej wsi. Ja, mama i brat, musieliśmy przespać noc na strychu. Wnet do pokoju weszło kilku, wyższych rangą oficerów i kilku żołnierzy, którzy zajęli się instalowaniem łączności kablowej. Nad ranem musiało wydarzyć się coś poważnego na froncie, bo wszyscy pospiesznie opuścili nasz dom. Mama, jak zwykle rano, miała zapalić w kuchni i zrobić nam śniadanie, otworzyła drzwiczki do pieca i woła mnie: – Mieciu, choć zobacz co to tam leży. Ja zaglądam i widzę niebieską żelazną kulę – to był granat. Wyjąłem go i zadyszany mówię: – Mamo, jakie szczęście żeś nie rozpaliła ognia, inaczej z naszego domu byłaby tylko ruina, a może i nas by już nie było. Przyszedł szwagier, on był po wojsku, wziął granat i zdetonował go. To może była „zapłata”. Poprzedniego dnia, dwóch żołnierzy pytało mnie, w których domach mieszkają dziewczęta, ja powiedziałem mu, że nie wiem.

Pod koniec roku 1944 złożyłem przed Izba Rzemieślnicza w Rzeszowie egzamin czeladnika kowalskiego, otworzyłem po ojcu własny warsztat i zacząłem pomagać rodzinie. Ekonomicznie było nam już lżej, bo i kontakt z ojcem, po nieomal czterech latach przerwy, znowu odnowił się i przysyłał dolary. Wolność, jaką odczuliśmy po okupacji, nie trwała długo. W roku 1947 komuniści sfałszowali wybory i przejęli władzę, wprowadzając cenzurę i zakaz zrzeszania się. W miastach, na rogach ulic, za-montowano radiowęzły, głośniki z których bez przerwy nadawano komunikaty o wyższości systemu socjalistycznego nad „Zgniłym Zachodem”. W szkole uczono sfałszowanej historii Polski, a partyjni funkcjonariusze namawiali dzieci, aby donosiły na rodziców, jeżeli słuchają Radia Wolnej Europy lub Głosu Ameryki. Zaczęto aresztować ludzi o odmiennych  poglądach i organizowano procesy pokazowe, zmuszając więzionych do przyznawania się do przestępstw, których nigdy nie popełnili. Zaczęto nacjonalizować rozwijający się rynek handlowy i rzemiosło, tworzono PGR-y. Pełno było donosicieli i szpiegów. Za okupacji hitlerowskiej mieliśmy wszyscy jednego wroga, można było ludziom ufać i zwierzać się. Teraz nie wiadomo było kto kim jest. Chcąc egzystować w tym systemie, trzeba było oszukiwać samego siebie, mówiąc wbrew swojemu przekonaniu. To wymagało podwójnej moralności – dla mnie było to psychicznym więzieniem. W tym systemie, który budowany był na kłamstwie, nie mogłem się odnaleźć.

Mieczysław Nycz z Ojcem.

Ojciec nie chciał wracać do tego nieludzkiego systemu. Wybudował w Kanadzie dom i kilkakrotnie próbował sprowadzić do siebie całą rodzinę. Bez skutku. Za Bieruta i Stalina, połączenie rodzin z  osobami mieszkającymi na Zachodzie, było niemożliwe. Między rokiem 1947 a 1949 odbyłem służbę w marynarce wojennej na Oksywiu, później otrzymałem pracę w charakterze motorzysty na kutrze rybackim „Walery” w Kołobrzegu. W roku 1951 udało mi się z czterema kolegami, w dramatyczny sposób uciec z komunistycznej Polski na wolność do Szwecji. To pomogło mi zobaczyć się z nieznanym mi Ojcem.

Mam ciągle myślach moją kochaną Mamę, jak ona podołała w tym niedostatku, w latach okupacji, bez pomocy Ojca, wyżywić i wychować tak dużą rodzinę. To jest także jej zasługą, że zawsze byłem wierny ideom wolności. Nasi pradziadkowie dali nam przykład, jak ja trzeba uszanować, mówiąc: – Człek dąży do wolności, do wolności wzdycha, bez niej, jak kwiatek, bez wody usycha. To prawda.

Kilka lat temu kupiłem książkę, napisana przez Andrzeja Szmilchowskiego “Pierwsze Umierają Przymiotniki”. To była bardzo ciekawa książka, pełna filozoficznych rozmyślań. Autor pisał m.in.:

Wielu z tych, którzy do dziś opowiadają jak to cierpieli za Systemu, jak brak im było oddechu wolności, opowiada głodne kawałki. Z myślą dorabiają do ciekawej facjaty rysy szlachetności. Bowiem aż tak źle nie było. Ludzie mieli umiejętność dostosowania się do okupanta, a ten nie był przez duże okresy bardzo dokuczliwy.

Z pełnym respektem dla Pana Szmilichowskiego, jednego z publicystów NGP – ta ocena życia za okupacji i systemu komunistycznego bardzo została uproszczona.  Oczywiście, w systemie powietrze było to samo, ale atmosfera była zatruta i to psychicznie męczyło. Pisanie o trudnych warunkach życia, o prześladowaniu, o więzionych, torturowanych, rozstrzelanych, zesłanych do obozów, Kazachstanu i na Sybir, to nie “głodne kawałki” – te wydarzenia są zweryfikowane i zapisane w historii. Ludzie zmuszeni byli dostosować się do różnych sytuacji, nawet w więzieniu i obozach, i dlatego wielu z nich przeżyło.

Andrzej Szmilichowski ma rację, w tym czasie tak źle nie było – było dużo, dużo gorzej.

Mieczysław Nycz

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2014 roku.

 

Mieczysław NYCZ. Mechanik, działacz społeczny. Urodził się 16 grudnia 1926 roku we wsi Wysoka powiat Łańcut. Syn Jana i Anny z domu Józefczyk. W 1941 roku rozpoczął naukę rzemiosła kowalskiego. W 1945 roku złożył egzamin czeladniczy w Rzeszowie i założył własny warsztat kowalski. We wrześniu 1947 roku powołany został do służba wojskowa w Marynarce Wojennej. Ukończył w Ustce 6-cio miesięczną szkołę specjalistów morskich w charakterze motorzysty. Po zdemobilizowaniu podejmuje pracę motorzysty w firmie rybackiej ”Barka” w Kołobrzegu. W 1951 roku wraz u grupą kolegów ucieka kutrem przez Bałtyk do Szwecji. Po otrzymaniu azylu politycznego rozpoczął pracę w fabryce maszyn rolniczych w Morgongava. 1954-1991 pracuje w fabryce samochodów ciężarowych Scania początkowo jako operator na obrabiarkach, a później po ukończeniu kursu technicznego w Centrum Technicznym w laboratorium motorów. Jest autorem szeregu innowacji w procesach prób silników. W 1979 roku został członkiem ”Złotego Klubu Scania”. W 1975 roku jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Polaków w Södertälje. W 1981 roku zakłada Komitet Wsparcia Solidarności w Södertälje (od 1990 roku organizacja nazywa się Komitet Solidarności z Polską), którego jest prezesem od 1983 roku. Organizator pomocy charytatywnej dla Polski (do 1996 roku zorganizowano ponad 100 transportów z pomocą dla szkół i szpitali). Odznaczony m.in. Srebrnym Krzyżem Zasługi przez Rząd RP na Uchodźstwie (1988); Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1990); medalami PCK w Ząbkowicach Śląskich i Fundacji Społeczno-Charytatywnej „Pomoc Rodzinie i Ziemi” w Toruniu. Należy Związku Szwedzkich Rencistów (SPF) i Boulesälskapet w Södertälje. Laureat nagrody Polak Roku w Szwecji – Poloniki 2012. Mieszka w Södertälje.

 

 

Lämna ett svar