ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie

Dnia trzydziestego listopada 1808 roku o godzinie 10.30, 125 szwoleżerów pod dowództwem pułkownika Jana Leona Hipolita Kozietulskiego dokonało 8 minutowej szarży na cztery hiszpańskie baterie w wąwozie pod Somosierrą, zakończone wybiciem do nogi załóg wszystkich czterech baterii, otwierając tym samym Napoleonowi drogę do Madrytu.

Pozycja wydawała się nie do zdobycia, niemający sobie równych stosunek sił, mówi sam za siebie. Szwoleżerowie uzbrojeni w szable i pistolety, uderzają w biały dzień na w sumie 16 dział, wymierzonych w wąski wąwóz niepozwalający na rozwinięcie ataku szerzej niż czwórką koni. Zbocza wąwozu obsadzone są dziewięcioma tysiącami wojska.

Kozietulski po otrzymaniu rozkazu (podobno pijany w dym, jak również sporo szwoleżerów – ale nic w tym nadzwyczajnego, we wszystkich armiach i wojnach żołnierze mają ułatwiony dostęp do alkoholem tuż przed trudnymi akcjami) staje w strzemionach, wyjmuje szablę z pochwy i z okrzykiem „Naprzód psiekrwie! Cesarz patrzy!”, podrywa szwoleżerów do ataku na pierwsza baterię.

Szwadron rusza cwałem i przyjmuje salwę pierwszej baterii, która zabija konia pod Kozietulskim. Na tym kończy się aktywny udział „bohaterskiego” pułkownika Kozietulskiego w szarży pod Somosierrą, ale historia chce inaczej – czyniąc go bohaterem po wsze czasy. Był później oskarżony, podobno niesłusznie, o zdefraudowanie kasy szwadronu, umarł w Warszawie w wieku 43 lat.

A na miejscu odbyła się defilada zwycięzców. Cesarz na widok Polaków uniósł się w strzemionach i wzniósł okrzyk „Najdzielniejsi z najdzielniejszych!”. Koniec cytatu, jak również koniec 57 młodych Polaków, gdyż tylu zginęło. Prawie 50 procent stanu osobowego szwadronu.

Było to wspaniałe zwycięstwo, popis (straceńczej?) odwagi, po którym zaczęto patrzeć na Polaków innymi oczami, gdyż wprzódy nimi pogardzano. Tak donoszą historyczne zapisy z owych czasów.

Dziś w wiosce Somosierra, oraz pamięci jej mieszkańców, nie ma śladu tego (drobnego w gruncie rzeczy) incydentu napoleońskich wojen, w ogóle trudno znaleźć ów wąwóz. W gruncie rzeczy nie ma, czemu się dziwić – który naród hołubi i rozpamiętuje z dumą triumfy najeźdźców?

Powstał wówczas termin kozietulszczyzna, oznaczający skłonność do brawury i ogromnych strat, bez widocznych efektów. Niektórzy uważają bitwę pod Monte Cassino i Powstanie Warszawskie za przejaw kozietulszczyzny. Z uczuciami się nie dyskutuje, a w obu przypadkach mamy do czynienia z wzmożeniem patriotycznym i dumą, więc nie oceniajmy. Warto tylko pamiętać, że pod Monte Cassino zginęło 1071 żołnierzy, a w Warszawie 200.000 – kwiat młodej polskiej inteligencji…

Andrzej Szmilichowski

Ilustracja: Henryk Pilatti – Polscy jeźdźcy pod Somosierrą

Lämna ett svar