WYWIAD: Nie można być obojętnym

Z Andrzejem B. Lewkowiczem, filozofem, językoznawcą i badaczem kultury Romów, Laureatem Nagrody Polonii Szwedzkiej POLONIKI 2018, rozmawia Ludomir Garczyński-Gąssowski.

Od pewnego czasu zamieszcza Pan na łamach Nowej Gazety Polskiej wnikliwe, pełne zaangażowania artykuły na drażliwe tematy związane m.in. ze sprawą nowych uchodźców i mniejszości etnicznych w Szwecji. Jak trafił Pan do NGP?

Kilka lat temu Pan Redaktor Tadeusz Nowakowski zwrócił się do mnie z propozycją opublikowania raportu w sprawie sytuacji Cyganów w Szwecji. Taki raport rok wcześniej opracowałem i rozesłałem europarlametarzystom. Później był jakiś czas przerwy, nie planowałem zupełnie działalności publicystycznej, chociaż taki epizod w swoim życiu miałem wcześniej. Byłem na początku lat 90-tych założycielem i pierwszym redaktorem kwartalnika „Dialog – Pheniben”, który zajmował się problematyką mniejszości etnicznych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem Cyganów. Po jakimś czasie poczułem, że dzieje się w Polsce tak wiele, niestety niezbyt dobrego, że nie można obok tego przejść obojętnie czy milczeć. Napisałem tekst o próbach niszczenia praw kobiet w kraju przez obecną ekipę rządzącą. Pewnie nie zrobiłbym tego gdyby nie polski prezydent (prawnik z wykształcenia), który namawiał rządzących do niestosowania w kraju europejskiej konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, którą polska ratyfikowała. Miało to miejsce niedługo po tym jak prawa kobiet ograniczono w Rosji, prawnie dopuszczając nawet ich bicie przez mężów. Nie trudno było doszukać się pewnej paraleli i tendencji. Niektóre kraje unijne, w tym również Polska, zamiast dorównywać cywilizowanemu światu (Europie), staczają się na dno i zaczynają iść ręka w rękę z Rosją. Tego było za wiele. Chwyciłem za pióro. Nie miałem innej możliwości wyartykułowania mego sprzeciwu dla tego barbarzyństwa jakie zaczęło pojawiać się w Polsce. Później napisałem kolejne teksty. Niestety pochłonięty różnymi pracami, nie mam zbyt wiele czasu na publicystykę. Ale kiedy „podniesie mi się ciśnienie” z tego czy innego powodu, piszę chociaż nie mam do tego za grosz talentu. Pisanie tekstów naukowych a dziennikarstwo to dwie różne bajki.

Z czym się wiążą te Pana zainteresowania?

Po wyjechaniu na Zachód, jako młody człowiek, zderzyłem się z zupełnie inną rzeczywistością. Najpierw zauważyłem, że jest tam inny stosunek do zwierząt. Budowano już wówczas w Niemczech tunele pod autostradami, aby dzikie zwierzęta mogły swobodnie migrować. Nikt tam też nie znęcał się nad psami i kotami czy zwierzętami hodowlanymi. W dzieciństwie w Polsce widziałem wiele okrucieństwa wobec zwierząt. Zauważyłem także, że prawa mają wszyscy, nawet dzieci. A także mniejszości narodowe i emigranci. O tym w Polsce wówczas mało kto słyszał. Nic więc dziwnego, że swoją wiedzą i doświadczeniem w zakresie praw mniejszości i ich praw językowych oraz migracji chciałem podzielić się z Polską, kiedy po 1989 roku zmieniała swój ustrój. Miałem wówczas dobre relacje z wieloma polskimi politykami różnych opcji. W tym czasie powstał w polskim sejmie zespół parlamentarny ds. mniejszości, któremu przewodniczył Jacek Kuroń. Już wówczas Jacek Kuroń miał problemy zdrowotne, poważnie niedomagał i niewiele udzielał się w pracy parlamentarnej, natomiast świetnie zastępował go Jerzy Szteliga. Zespół ten inspirował prace nad ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych, tworzono konstytucję, gdzie znalazły się również zapisy o mniejszościach (art. 27 i 35). Istniało w tym czasie w Ministerstwie Kultury biuro ds. mniejszości, z którym również miałem bliski kontakt. To był bardzo owocny dla mnie okres, bo w miarę szybko udało się polskie prawo w tym zakresie dostosować do standardów europejskich. Cieszę się, że miałem jakiś wkład w to dzieło. Niewątpliwie chęć pomocy słabszym (mniejszości – jak sama nazwa mówi – są zawsze mniejsze i słabsze), nadanie im należnych praw i ochrona ich było wówczas głównym motorem mojej działalności społecznej. Zresztą sam byłem migrantem, a właściwie jestem nim ciągle, bo migrantem zostaje się człowiek raz na całe życie wyjeżdżając ze swego kraju. Trudno zatem, aby mnie emigranta nie interesowały sprawy migracji. Żyjąc w różnych krajach nabrałem pewnego doświadczenia migracyjnego, poza tym mam zapewne zdolności w adaptacji na obczyźnie i mogłem tego uczyć innych. Oczywiście moje zainteresowania nie ograniczają się tylko do Cyganów, ale zajmuje się również Żydami oraz ludnością Saami (z północnej Skandynawii). Interesują mnie ich języki, bo są ogromnie ciekawe z językoznawczego punktu widzenia, ale również dlatego, że wymierają. W instytucie języka cygańskiego pracujemy nad mechanizmami, które pozwolą zahamować ten proces i wierzymy, że uda się rewitalizować cygański. Jestem również przekonany, że nasze metody reformowania cygańszczyzny uda się transponować na inne języki wymierające.

Wiem, że pracuje Pan, jako nauczyciel języków obcych i  tłumacz. Wiem także, że jako badacz – językoznawcza specjalizuje się Pan w językach indoirańskich w tym (a może głównie) w języku romskim.

Mam dość szerokie zainteresowania, bo jestem filozofem, językoznawcą i ekonomistą z wykształcenia. Miałem trochę publikacji naukowych z filozofii i ekonomii, pracowałem również jako wykładowca przedmiotów filozoficznych i ekonomicznych, ale rzeczywiście bardziej kojarzony jestem z Cyganami, a właściwie z ich językiem. Z tego względu, że cygański należy do rodziny języków indoirańskich, dokładniej do centralnych języków nowoindoaryjskich, nie sposób badając język Cyganów nie zajmować się innymi językami z tej grupy. Tym bardziej, że moje badania mają charakter historyczno – porównawczy. Jeśli chodzi o język cygański, to mało zajmuję się dialektami romskimi, raczej głównym przedmiotem mojego zainteresowania są dialekty nie-romskie.

Czy według Pana słusznie odrzuca się tradycyjną nazwę Cyganie, język cygański zastępując to określeniem Romowie, romski?

Z nazwą Cyganów narobiło się w ostatnim czasie wiele zamieszania i dobrze, że Pan o to zapytał, bo jest okazja, aby to wyjaśnić. Otóż ok. IX wieku z Indii wywędrowało na Zachód bardzo wiele ludności. Nie znamy przyczyny tego eksodusu. Jest wiele teorii, które próbują wyjaśnić to zjawisko. Niektóre grupy osiadły w Azji, w północnym Iraku nazywa się ich Karaczi (od miasta Karaczi w Pakistanie), w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i na południu Rosji osiedlili się Luli. Wymieniam tylko niektóre grupy, jest ich dużo więcej. Niestety te azjatyckie grupy utraciły swój język. W Armenii zamieszkała grupa Lom, na Bliskim Wschodzie grupa Dom, natomiast do Europy doszła grupa Rom, którą na terenie Cesarstwa Bizantyjskiego nazywano po grecku Athinganoi, czyli nietykalni. I ta grecka nazwa dała początek nazwom Cyganów w różnych językach europejskich (ros. cygan, cze. Cikán, niem. Zigeuner, fr. Tsigan, lit. čigonas itd.). Cyganami zatem nazywamy indyjskie ludy wędrowne, które dotarły do Europy ok. XIII wieku. Docierali oni do Europy kilkoma falami. Pierwsze grupy Cyganów dotarły najdalej na Zachód naszego kontynentu, do Wysp Brytyjskich, na Półwysep Iberyjski, do Skandynawii, Francji i Niemiec. To nie są grupy Romów. Nazywają oni sami siebie różnie np. Sinti, Manusz, Caló, Kaale, Resande itd. Natomiast Europę Środkową, Wschodnią i Południową zamieszkują Romowie. Zatem jeśli piszę o Cyganach z tych terenów to oczywiście używam nazwy Romowie, natomiast jeśli poruszam problemy Cyganów Europejskich używam nazwy ogólnej. Trzeba rozumieć, że nie wszyscy Cyganie to Romowie. Dla przykładu w Niemczech największa organizacja cygańska nazywa się Zentralrat Deutscher Sinti und Roma (Centralna Rada Niemieckich Sintów i Romów). Tam wyraźnie rozgranicza się kto kim jest, czy Cyganem Romem czy Cyganem nie-Romem. Szwedzkim politykom zwracałem na to wielokrotnie uwagę, ale jak grochem o ścianę. Dla nich liczy się przede wszystkim poprawność polityczna. W Szwecji najaktywniejsi politycznie są przedstawiciele Romów, grupa Resande jest nieliczna i mało widoczna, więc Romowie narzucili tu w Szwecji swoja nazwę na określenie wszystkich Cyganów, która niestety jest niewłaściwa.

Czy zainteresowanie Pana uchodźcami i kulturą cygańską ma jakiś specjalny powód po za chęcią pomocy prześladowanym?

Kultura cygańska praktycznie nie zajmuję się. Znam ją oczywiście doskonale, ale zajmuję się tym tylko pobocznie. Nie chce wchodzić na pole etnografów, kulturologów czy historyków. Nie mogę zajmować się wszystkim, nie jestem omnibusem. Nie zaangażowałem się też nigdy w pomoc uchodźcom. Zawsze powtarzałem, że pomagać trzeba umieć. To wymaga ogromnych środków i czasu. Oczywiście odwiedzałem obozowiska uchodźców, miałem kontakt z uciekinierami wojennymi z byłej Jugosławii. Przez kilka wakacji pracowałem w ośrodku dla uchodźców we Friedrichshafen w Niemczech. Z dziennikarzami Gazety Wyborczej spędziłem koszmarne tygodnie w Jugosławii krótko po wybuchu tam wojny wędrując z grupami ludzi uciekającymi przed działaniami wojennymi. Więc jakieś blade pojęcie o tym mam, jednak nigdy pomoc uchodźcom nie była moim celem bezpośrednim. Raczej skupiałem się nad tworzeniem naukowych podstaw dla egzystencji uchodźców i migrantów, a jako główne zadanie wybrałem języki, które zanikają. Aby ludzie rozwijali się na uchodźstwie zachowując swoja tożsamość narodową, muszą mieć język oraz otoczkę kulturową, inaczej szybko zasymilują się, stopią z większością. Trzy, cztery pokolenia i pozostaje tylko wspomnienie po małej grupie emigrantów. Ten proces obserwuję tutaj w Szwecji.

Od kiedy mieszka Pan w Szwecji?

Moje pierwsze związki ze Szwecją datują się na połowę lat osiemdziesiątych, kiedy współpracowałem ze szwedzkimi naukowcami z Uniwersytetu w Lund, z filozofem Hansem Henrikssonem oraz z socjologiem Claudio Marta, który tę naszą współpracę opisuje w swojej książce pt. Relationi interetniche (2005). Studiowałem również z wieloma Szwedami, którzy zapraszali mnie do Szwecji. Natomiast na stałe osiedliłem się tu zaraz po roku 2004. Należę zatem do tej najnowszej fali emigracji. Wiele rzeczy złożyło się na to, że zdecydowałem się na opuszczenie Polski, do której wróciłem po latach emigracji. Po pierwsze czas spędzony na emigracji sprawił, że moje więzi z Polska już nie były takie silne. W pierwszej połowie lat 90-tych wróciłem do Polski licząc, że coś zmieni się w tym kraju, ale to były płonne nadzieje. Ludzie nie zmieniają się tak szybko. Szybko można zmienić nazwę kraju, ustrój, napisać nowe prawo, jednak ludzie zmieniają się pokoleniami. Na każdym kroku łapałem się na tym, że myślę i postępuję inaczej niż otoczenie, nie byłem zupełnie rozumiany. Poza tym początek lat dziewięćdziesiątych to czas ogromnej korupcji w Polsce, bałaganu i chaosu. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że to nie jest miejsce dla mnie. Oczywiście mogłem wrócić do Niemiec i tak początkowo zrobiłem. Ostatecznie wybrałem Szwecję, którą znałem wcześniej. Byłem zauroczony przede wszystkim jej naturą oraz otwartością ludzi, których tu poznałem. Oczywiście środowisko akademickie było inne niż reszta szwedzkiego społeczeństwa. Później swoją opinie o Szwecji i Szwedach musiałem nieco modyfikować. Niemniej nadal uważam, że jest to kraj o sporych możliwościach dla emigrantów. Każdy, kto będzie szanował szwedzkie prawo, kulturę, zintegruje się z tym społeczeństwem, znajdzie tu swoje miejsce.

 

 

 

Lämna ett svar