ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Kontrolowana iluzja

Gdy skończyłem osiemdziesiąt lat, przyjaciele zgotowali mi niespodziankę spraszając gości do sztokholmskiego Konsulatu Rzeczpospolitej, i jeden z nich zapytał mnie wtedy (wierzę, że bardziej z życzliwości niż chęci podkreślenia, że wstąpiłem do klubu starców) – Czy zastanawiasz się nad tym, żeby skończyć z pisaniem? Długo już to ciągniesz, może czas odpocząć?

On sam, człowiek mniej więcej w moim wieku, skończył dawno temu z papierosami, z mocnymi alkoholami, z jedzeniem mięsa, nie wymieniając już najistotniejszej przyjemności. Odparłem, że byłoby wielkim brakiem rozwagi, planować tak odległą przyszłość! A poza wszystkim, dlaczego miałbym się pozbawiać radości, jaką nadal sprawia mi pisanie?

Kontynuował (A może ja sam to powiedziałem?), że pisanie jest nałogiem, rodzajem narkotyku wymagającego – przy próbach odtrucia – długotrwałej rehabilitacji.

Jeżeli to prawda, proces leczniczy w moim przypadku powinien się zacząć w wieku szesnastu lat, bowiem wtedy zacząłem produkować z upodobaniem, żeby nie powiedzieć pasją, miłosne soneciki i erotyczne fraszki.

Tajemnica, w postaci jakiegoś kodu zmuszającego niektórych ludzi do pisania, w moim przekonaniu w ogóle nie istnieje. Bierzemy do ręki książkę by poznawać ludzi i znaleźć się bliżej nich. Jedni na tym poprzestają, zaś inni zabierają się za pisanie, i najczęściej nie robią tego by się obnażyć, ale aby pod osłoną słów ożywić i wyciągnąć na jawę wewnętrzne prawdy, które nieodreagowywane nurtują tak, że spać nie dają.

Patrząc z socjologicznego punktu widzenia, jak również a może nawet przede wszystkim dla higieny intelektualnej, w wielu przypadkach skończenie z pisaniem byłoby decyzją nad wyraz słuszną, zaś dla literatury absolutnie korzystną. Coraz więcej Polaków (niestety!) pisze i drukuje swoje książki, a równocześnie (o paradoksie!), coraz mniej Polaków książki czyta. Mamy zdaje się pod tym względem (wstyd wielki!) „najlepszy” wynik w Europie.

Idźmy dalej. Myślę, że człowiek rodzi się ze świadomością etapu. Inaczej mówiąc wie, że jest determinowany upływem czasu. To nie oznacza, że wszyscy tak mają, ja na przykład się z tym nie godzę. Chwilami czuję się jakbym miał szesnaście lat, a czasami jak sto szesnaście. Uważam, właściwie wierzę, że moment pędu (wszelki ruch w świecie), jest kontrolowaną, (przez kogo?), iluzją.

Zachodzę od czasu do czasu (chrzciliśmy tam jedną z moich wnuczek Rebeccę) do stale pustego katolickiego kościółka w Jakobsbergu. Siadam w ławce, patrzę na witraże (śliczne), i wyobrażałem sobie rzeczy trudne do wyobrażenia, na przykład „otchłań”. Tamże uzmysłowiłem sobie niedawno, że „nadaremno” niesie o wiele większy ładunek, niż „śmierć”, i już tłumaczę, jak do tego doszedłem. Nadaremno to kapitulacja i poddanie się. Nadaremno reprezentuje takie nagromadzenie prawdy, że świat aż czuje ból. Boli go, że jest bardzo niezręczny, i dlatego tak oddalony od Boga. Natomiast śmierć jest kompletnie niczym, zerem.

Drgnięcie spirali czasu wrzuca człowieka w jakieś kontinuum, i tyle tego. A my, istotki o świadomości ślepych kociąt wierzymy, że wszystko, co nas otacza, jest autentyczną, kompletna, i oczywiście jedyną rzeczywistością.

Kiedyś – już o tym wcześniej gdzieś pisałem, ale powtórzę – przyszła mi do głowy „dźwięczna” myśl, a mianowicie: Do tego, co najbardziej niezrozumiałe, do tajemnicy egzystencji, najlepiej zbliża człowieka to, co odbiera instynktownie – świat dźwięków, muzyka.

To oznaczałoby, że cechą najlepiej charakteryzującą człowieczeństwo nie jest rozum, tylko emocje, a ogólnie wiadomo, że mistrzem emocji jest człowiek rodzaju żeńskiego! Punkt. Apollinaire musiał to wiedzieć:

 

Jej włosy ze złota tak jasno

                                   Świecące się

                                   Nigdy nie zgasną,

                                   Jak ognie pysznić się będą,

                                   Śród róż herbacianych,

                                   Co więdną.

 

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar