ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: M.S. ratunkiem ludzkości

Szaleństwom rodzaju ludzkiego sens nadaje dopiero historia pisana piórem kronikarzy, pracowników najemnych, i tak koło się zamyka: zdarzenie, kronikarz, wersja historii.

Dla przykładu: Szlachetny naród Szerpów, zamieszkuje od niepamiętnych czasów doliny u stóp Mount Everestu i innych ośmiotysięczników, ale żadnemu z dzielnych Szerpów nigdy nie przyszło do głowy, żeby się tam wspinać. Najwyższa góra świata została dotknięta stopą rodzaju ludzkiego dopiero 29 maja 1953 roku, kiedy słaniający się na nogach i nie bardzo zorientowany, co się z nim dzieje Nowozelandczyk Edmund Hillary, dotarł na szczyt, korzystając z pomocy całkowicie przytomnego, świeżego jak rzodkiewka, ale nic niepojmującego i przestraszonego Szerpy Tenzinga.

Skąd przestrach Tenzinga? Szerpowie, podobnie jak inni górale, mają swoje tradycje. W tradycji Szerpów szczyty gór zamieszkują diabły i inne złe duchy, z którymi inteligentny i na poziomie Szerp się nie zadaje. Musieli pojawić się cudzoziemscy barbarzyńcy, którzy w podkutych rakami buciorach wymyślili alpinizm, dodali mu, zupełnie bez sensu, otoczkę romantyzmu, i z takim bagażem od lat wędrują, celem zamarznięcia na śmierć, do Nepalu.

Sztuki piękne poszły w równie pasjonującym kierunku. Już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Gerard Hoffnung czarował bywalców sal koncertowych swoim „Koncertem na odkurzacz”, zaś w tym samym czasie BBC wyemitowało awangardowa partyturę, którą okazała się „Eine Kleine Nachtmusik”, czytane od końca i po odwróceniu pięciolinii.

Zapewne oburzę wielu (szczególnie syna Andrzeja), kiedy powiem, że pomimo paroletnich wysiłków, absolutnie nie rozumiem rapu. Jak również, co wyznam ze skruchą i troszkę wstydem, nie rozumiem muzyki Pendereckiego, malarstwa Picasso (z wyłączeniem okresu błękitnego), miałczącego głosu balladzisty Boba Dylana, a także mam idiosynkrazję do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, zarówno z przed, w trakcie, jak i po Donaldzie Trumpie.

Można odnieść wrażenie, jakby jakaś siła wyższa otworzyła puszkę z Pandorą! (Jak powiedział z trybuny sejmowej jakiś poseł PiSu, który mógłby być z powodzeniem ministrem
Markiem Suskim). Jak było naprawdę z puszką i Pandorą? Na ideę, aby wysłać na ziemię Pandorę wpadł sam Zeus, wkurzony na ludzi, że z chwilą, gdy nauczyli się korzystać z ognia, zapomnieli o swoich bogach. W puszce (raczej urnie), jaką Pandora wzięła z sobą znajdowały się wszelkie możliwe plagi (choroby, ciężka praca, śmierć), ale także nadzieja.
Jakże niepewny nasz los spoczywający w rękach Pandory (podobno bardzo pięknej bogini), i cała nadzieja w ministrze Marku Suskim (również pięknym), który gdyby to od niego
zależało, wsadziłby zapewne tą okropną babę z powrotem do puszki, i tak uratował świat!

Andrzej Szmilichowski 

Lämna ett svar