Bohaterowie nie są bez skazy

Czy pomoc jaka płynęła ze Szwecji (i innych krajów wolnego świata) do Polski w okresie Solidarności i Stanu Wojennego była duża czy mała? Czy można było zrobić więcej? Dzisiaj takie rozważania mają już charakter czysto spekulatywny.

Tylko w ostatnich latach ukazało się parę książek poświęconych oficjalnej i nieoficjalnej pomocy jaką ze Szwecji organizowano dla struktur Solidarności i opozycji w Polsce w latach 80-tych. I są to zarówno opracowania naukowe, jak i osobiste wspomnienia osób zaangażowanych w tę działalność. Zapewne najciekawszą w tym kontekście jest książka Mariana Kalety ”Emigrancka spółka ”Szmugiel”. Wspomnienia dostawcy sprzętu poligraficznego przemycanego do Polski dla opozycji antykomunistycznej w latach 1978-1989″ dająca obraz tej najbardziej zakonspirowanej działalności.

Wspomnienia Kalety odsłaniają wiele nieznanych szczegółów, pokazując również w jakim stopniu w działalność na rzecz pomocy opozycji w Polsce zaangażowana była paryska ”Kultura” (i Jerzy Giedroyć osobiście), a także Rząd RP na Uchodźstwie. Kaleta – jak sam siebie określa ”zawodowy rewolucjonista” – ze szczegółami opisuje zarówno początki swojej działalności, jak i kolejne wpadki organizowanych transportów. Jest to oczywiście zapis bardzo subiektywny.

Kaleta pojawił się w Szwecji w lutym 1970 roku po tym jak uciekł przez Jugosławię do Włoch. Najpierw trafił do obozu dla uchodźców w Tylösand w pobliżu Halmstad, stamtąd trafił do Malmö. Później do Lund, gdzie podjął naukę języka szwedzkiego na uniwersytecie. Dokładnie swoje losy opisuje w książce. W każdym razie – zgodnie z tym co pisze – już w 1978 roku zaczął organizować transporty sprzętu poligraficznego dla opozycji. Apogeum tej działalności to lata 1983-1986, gdy przemyt sprzętu organizowany był na wielką skalę i za wielkie pieniądze.

Życiorys Kalety zapewne wystarczyłby na pasjonujący film sensacyjny… niekoniecznie jednak z dobrym zakończeniem. Interesujący się tą tematyką zapewne pamiętają słynną wpadkę olbrzmiego transportu TIRem w roku 1986, za kierownicą którego siedział oddany sprawie polskiej Lennart Järn. Straty, jakie wówczas poniosła Solidarność, szacuje się na niemal 1,5 miliona koron (łącznie z kaucją, którą trzeba było zapłacić za uwolnienie z PRL-owskiego więzienia szwedzkiego kierowcy). Organizatorem tego transportu był Marian Kaleta. Nieco później wpadł drugi transport (tym razem organizowany dla Solidarności Walczącej), a przerzucano do Polski między innymi pistolety gazowe.

Z autobiograficznej książki postać Kalety rysuje się jednak dwuznacznie. Nie ma żadnych podstaw by mu nie wierzyć w zakres jego działalności, zresztą firmowana była ona przez takie autorytety jak Mirosław Chojecki, czy Jerzy Giedroyć. Nie ulega też wątpliwości, że Kaleta był całkowicie oddany swojej ”szmuglerskiej” działalności, chociaż – jak sam o sobie pisze – był osobą bardzo nieuporządkowaną i impulsywną. Tę impulsywność widać w wielu opiniach jakie zawarł w książce. Ci, którzy go poznali, mówili, że nie był osobą łatwą do współpracy. Również tutaj, na terenie Szwecji, gdzie dochodziło do konfliktów w jego kontaktach z Biurem Solidarności w Sztokholmie. Zresztą nie tylko tutaj. Kaleta dość pogardliwie i z pewną wyższością odnosi się w swoich wspomnieniach do wszelkiej maści intelektutalistów, którzy wiecznie ”wszystkiego się bali” i nie byli zdolni do ”jakiejkolwiek konkretnej działalności”.

Dla Kalety tylko jedna działalność miała sens: szmuglowanie sprzętu poligraficznego dla opozycji. Wszystko inne – działania polityczne i budujące wsparcie dla Solidarności wśród zagranicznej opinii publicznej – były jego zdaniem nieadekwatne do faktycznych potrzeb. I marnowaniem pieniędzy przeznaczanych przez różne rządy i europejskie związki zawodowe. Taką postawę Kalety można zrozumieć – przez 10 lat swojego życia nie robił nic innego poza organizowaniem tychże nielegalnych transportów. I zapewne z perspektywy własnego życia oraz poświęcenia się tej sprawie, trudno mu spojrzeć obiektywnie na działalność innych struktur działających na emigracji w tamtych latach. Bo niewątpliwie sprzęt poligraficzny był ważnym orężem w walce z komuną… ale nie jedynym.

W recenzji pracy Jana Olaszka ”Rewolucja powielaczy. Niezależny ruch wydawniczy w Polsce 1976-1989” (Warszawa 2015) Bartosz Kaliski pisze: Czy rzeczywiście aż rewolucja? W odróżnieniu od niektórych recenzentów daleki jestem od przesadnego rozstrząsania zawartych w tytule sformułowań. /…/ Dla władz partyjno-państwowych nie druki były największym zagrożeniem, lecz strajki w dużych zakładach pracy, a te wybuchały z powodu podwyżek cen. Z drugiej strony trud wydawców i drukarzy zaowocował nie tylko ”papierową rewolucją”. Było to coś niewątpliwie ważnego – tylko co? Rewolucja kojarzy się z radykalną i powszechną przemianą wyobrażeń o otaczającym świecie. Tymczasem właściwie do końca lat osiemdziesiątych niemałe segmenty społeczeństwa pozostały nią niedotknięte”. Według optymistycznych danych z połowy 1981 roku do prasy solidarnościowej swobodny dostęp miało zaledwie 15 proc. badanych, a co cdopiero mówić o okresie wcześniejszym. Niemal 20 proc. ankietowanych deklarowało, że nie interesuje się tą prasą z zasady. ”Nie do zanegowania jest oczywiście opisywana szeroko przez Olaszka rola korowskich drukarzy w powstaniu i rozpowszechnianiu biuletynu strajkowego Stoczni Gdańskiej im. Lenina „Solidarność” – pisze dalej Kaliski – To był przełom — realny, a nie tylko w percepcji jego współautorów , który pozwolił na spopularyzowanie dwudziestu jeden postulatów. Ale termin rewolucja ma swoje implikacje. Czym był okres do lipca 1980 r.? Narastaniem sytuacji rewolucyjnej? Czy czas stanu wojennego to dalszy etap rewolucji, czy też jej rozłożony na raty kres, postępujący równocześnie z degeneracją systemu gospodarczego państwa? Tymczasem autor zadowala się stwierdzeniem, że „drugi obieg miał pewien wpływ na erozję systemu. Niezależne publikacje delegitymizowały komunizm zarówno przez swoją treść, jak i przez sam fakt istnienia”. (z artykułu : ”Powielacz i bieg dziejów Polski”).

Bez działalności Kalety ta ”erozja systemu” zapewne byłaby nieco wolniejsza, ale nie posiadamy wiedzy o wszystkich kanałach przerzutowych do Polski. Kaleta nie był jedyny, sam wspomina w książce działalności Chojeckiego i Ryszarda Szulkina ze Sztokholmu, którego działalność wspomina Paweł Jaworski w książce ”Most przez Bałtyk”. Sam, wraz ze znajomym znajomej, marynarzem z Polski, jeździłem do Ystad bo organizować kanał przerzutowy polskimi promami. I pewnie takich prób było znacznie więcej. Kaleta nie był jedyny, choć zapewne nikt mu nie może doprównać.

W zasadzie poza Giedroyciem, przedstawicielami rządu londyńskiego i Jerzym Milewskim (szefem Biura ”S” w Brukselii), wszystkimi innym, w jakiś sposób, dostaje się od Kalety. Główna pretensja to brak wystarczających funduszy na jego działalność, a już najgorsi byli w jego opinii Szwedzi, którzy w ogóle pomagać nie chcieli. Gdy skonfrontujemy to z danymi podanymi we wspomnianej wcześniej książce Pawła Jaworskiego i opracowaniu szwedzkim ”Solidaritet & Diplomati. Svenska fackligt och diplomatiskt stöd till Polens demokratisering under 1980-talet”, to jasno widać, że Marian Kaleta nie do końca ma rację. Tyle tylko, że szwedzkie pieniądze, były często obwarowane warunkami, które uniemożliwiały finansowanie działalności Kalety.

Za działalnością przerzutów do Polski stał działający w Lund Szwedzki Komitet Poparcia Solidarności którego współzałożycialmi byli Marian Kaleta i Józef Lebenbaum. Wszystko działo się w porozumieniu z biurem w Brukselii, a tam decyzje podejmował Jerzy Milewski. Do czasu ”wielkiej wpadki” w 1986 roku, nawet jeśli kwestionowano metody działania Kalety, to strumień pieniędzy płynął do Lund finansując jego działalność. Najwięcej z Brukselii, ale także z Paryża i Londynu, i oczywiście także ze Sztokholmu. Tyle tylko, że bohater ”Spółki Szmugiel” nigdy nie był ustatysfakcjonowany sumami.

Przełom nastąpił, gdy wpadł na granicy polskiej Lennart Järn. W dodatku był to największy transport jaki kiedykolwiek zorganizowano – wartość przemycanych urządzeń i farb drukarskich wynosiła około 300 tysięcy dolarów. Okoliczności zatrzymania Järna Kaleta opisuje w książce. Zapewne profesjonalni przemytnicy złapali by się za głowę, gdyby przeczytali niektóre szczegóły: okzałao się bowiem że w ostatniej chwili przed wjazdem na prom w Ystad na ciężarówce zmieniono numery rejestracyjne samochodu – tyle tylko, że były to numery samochodu osobowego; kierowca nie miał prawa jazdy… bo ma policja szwedzka zabrała je wcześniej za jazdę po alkoholu; zlekceważono także celników szwedzkich, którzy wprawdzie zwrócili uwagę na niezgodność dokumentów samochodu, ale dostali zgodę na przepuszczenia TIRa przez tajną policję szwedzką – ci sami celnicy mieli zawiadomić celników polskich, że coś jest nie w porządku z transportem. Wpadka była spektakularna, wykorzystana przez propagandę PRL. Czy jednak była to tylko nadgorliwość szwedzkiego celnika, czy robota agentów śledzących działalność Kalety? Czy może niefrasobliwość organizatora przerzutu?  Kaleta pisze, że dopiero po paru latach dowiedział się, że współpracujący z nim brat Lennarta, Sven Järn jeżdżący z transportami został zatrzymany przez SB i zmuszony do podpisania zobowiązania do współpracy…

Irena Lasota, mieszkająca w Waszyngtonie publicystka, wydawca, związana w latach 80-tych z ruchami opozycyjnymi w Polsce, tak komentowała sprawę w jednym z wywiad w roku 1992: W 1984 r. po raz pierwszy otrzymałam niepokojącą wiadomość z Polski, że offsety wysłane przez Biuro Brukselskie miewają wmontowane mikronadajniki, które pozwalają bezpiece namierzyć sprzęt i drukarnie. W 1986 r. zaczęła się fala wpadek całych transportów organizowanych przez Biuro Brukselskie. W Świnoujściu Służba Bezpieczeństwa przejęła transport wartości ok. 350 tys. dolarów. Dlaczego uporczywie organizowano tak wielkie przerzuty, zamiast przesyłać sprzęt kilkoma kanałami w małych porcjach? Okazało się również, że w transportach przejmowanych przez SB znajdowały się b. skomplikowane komputery. Podziemie nie potrzebowało takiego sprzętu do składania gazet i książek. Te komputery objęte były zakazami COCOM-u, zastrzeżone wyłącznie dla państw NATO. Służby specjalne najwidoczniej wpadły na pomysł, że najlepszym sposobem do przemytu tego specjalistycznego sprzętu na Wschód jest udawanie, że transporty przeznaczone są dla Solidarności. Potem wystarczało taki transport przejąć. (…) Droga szwedzka była w dużej mierze finansowaną przez Biuro Brukselskie. Za transporty z południa Szwecji odpowiedzialny był Marian Kaleta. Różne kontakty „Kontaktu” przebiegały przez Szwecję. Nie było to towarzystwo słynące z trzeźwości. Kiedy się szykował duży transport, chodziły o tym opowieści po całej Europie Zachodniej. Transporty wyładowywano książkami. Chodziło o to, żeby komputery się nie kiwały. Książki zbierano od różnych wydawców. W związku z tym wiadomo było, gdzie, co i jak idzie. Jeżeli człowiek, który nie potrafił zabezpieczyć transportu, któremu znika notes z biura i pojawia się potem w komunistycznej prasie, jeżeli potem ten człowiek zajmuje się bezpieczeństwem państwa, to można mu pogratulować kwalifikacji (chodzi o Jerzego Milewskiego – dop. NGP).

Również w książce Jaworskiego i ”Solidaritet & Diplomati” pada pytanie, jak można było pozwolić na tak wielkie ryzyko organizując tak duży transport?  Tezy Ireny Lasoty o kreciej robocie SB potwierdza także książka Henryka Piecucha ”Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie. Mówi były szef wywiadu i kontrwywiadu, pierwszy zastępca Ministra Spraw Wewnętrznych generał dywizji Władysław Pożoga”. Marian Kaleta uważa, że to wymysły, a działalność była tak tajna, że żaden agent nie mógł o niej wiedzieć. To raczej naiwne myślenie w świetle wielu faktów, o którycvh dowiedzieliśmy się znacznie później. Po pierwsze trudno było taką działalność utrzymać w pełnej tajemnicy – wszak w środowisku emigracyjnym w Malmö i Lund nie brakowało współpracowników tajnych służb w PRL. Po drugie – co raczej Kaleta przemilcza w książce – jednym z czołowych Tajnych Współpracowników był… Jerzy Milewski – szef brukselskiego biura Solidarności. A to właśnie on był głównym kontaktem Kalety.

Milewski przed wprowadzeniem stanu wojennego wraz z delegacją „Solidarności” wyjechał do Nowego Jorku. Od 1982 do 1991 kierował Biurem Koordynacyjnym NSZZ „S” w Brukseli. Został zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa PRL – TW Franiciszek. Według niektórych publicystów zagraniczna pomoc dla „Solidarności”, jaka przechodziła m.in. przez monitorowane 24 godziny na dobę przez SB Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, kierowane przez Milewskiego nigdy nie została oficjalnie rozliczona. Po upadku komuny Milewski wrócił do Polski i po wyborach prezydenckich w 1995 i wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego pracował w Kancelarii Prezydenta na stanowisku szefa BBN.

Jeszcze dziwniejsza jest opisywana przez Mariana Kaletę wpadka transportu dla Solidarności Walczącej. ”Nawiązanie kontaktu z Andrzejem Kołodziejem z SW – czytamy w książce – postawiło mnie w trudnej sytuacji. Prosił o dostarczenie pistoletów na gaz, gazu obezwładniającego w sprayu, celowników optycznych oraz pałek obezwładniających”. Po zapakowaniu tego wszystkiego w dwie wypatroszone lodówki, towar we wrześniu 1987 roku przemycono do Polski, a osobą kontaktową był niejaki Kawa – polecony przez… Kornela Morawieckiego. Cała akcja okazała się prowokacją Służby Bezpieczeństwa, a głośno zaczęło o niej być w październiku 1987 roku. Szczegóły w książce Kalety.

Tego już było za wiele – Marian Kaleta znalazł się na celowniku krytyków jego działalności. Z ostatnich rozdziałów książki wyczytać można wiele o jego rozgoryczeniu, tym bardziej, że 10-letnia działalność wpłynęła również na jego życie osobiste. ”Na początku 1992 roku wyszedłem z Biura brukselskiego tak, jak do niego wszedłem przed pięcioma laty – bez grosza przy duszy. Nie dostałem żadnej odprawy pieniężnej na odchodne (Kaleta był bowiem zatrudniony przez Biuro brukselskie – dop. NGP). Od 1989 do 1995 byłem prawie cały czas na bezrobociu. To były dla mnie najcięższe lata po wywalczeniu wolności dla Polski”. Zbuntowany, pokłócony niemal ze wszystkimi swoimi dawnymi współpracownikami bohater, mimo wielu ambicji, kariery w Polsce nie zrobił. Pisząc swoją książkę w 2015 roku nadal uważał, że ”polska młodzież któregoś dnia się obudzi i dokończy ”rewolucji” przeciw zniewoleniu i okłamywaniu narodu, którą my zaczęliśmy w 1980 roku strajkiem w gdańskiej stoczni. Czy doczekam tego dnia – Pan Bóg jeden wie”. (ngp)

 

Marian Kaleta: Emigrancka spółka ”Szmugiel”. wspomnienia dostawcy sprzętu poligraficznego przemycanego do Polski dla opozycji antykomunistycznej w latach 1978-1989. IPN 2015

Paweł Jaworski: Most przez Bałtyk. Szwecja wobec ”Solidarności” 1980-1982. Warszawa 2017

Solidaritet & Diplomati. Svenska fackligt och diplomatiskt stöd till Polens demokratisering under 1980-talet. opr. Klaus Misgeld, Karl Molin & Paweł Jaworski. Huddinge 2015

Henryk Piecuch: Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie. Mówi były szef wywiadu i kontrwywiadu, pierwszy zastępca Ministra Spraw Wewnętrznych generał dywizji Władysław Pożoga. Warszawa 1992

Henryk Piecuch: O czym wiedziały tajne służby. Warszawa 2016

Lämna ett svar